Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 146
Перейти на страницу:

Pastor zwrócił się do niej.

— Moje dziecko, a cóż ty wiesz o grzechu?

— Niewiele, ojcze, może z wyjątkiem grzechu lenistwa. A mimo to odnoszę wrażenie, że zasłona może spaść nawet z oczu największego grzesznika.

Frankenstein spojrzał na nią.

— Muszę się zgodzić z panną Bennet. Muszę wierzyć w to, że nawet najbardziej spaczony charakter zasługuje na bożą łaskę. Gdybym nie sądził, że to możliwe, nie wiem, jak mógłbym dalej żyć.

— Dość tych rozważań — przerwał mu Darcy. — Pastorze drogi, sugerowałbym uważniejsze pilnowanie parafian, także tych na cmentarzu. Teraz jednak wolałbym posłuchać, jak panna Georgiana gra na pianinie. Być może panna Maria i panna Katarzyna będą chciały do niej dołączyć. Musimy godnie zaprezentować gościom z zagranicy osiągnięcia naszych angielskich panien.

* * *

Następnego ranka, na stanowcze żądanie Kitty, mimo wiszących nisko chmur i chłodu w powietrzu, przypominającego raczej o marcu niż maju, Kitty i Maria udały się na spacer nad rzekę.

Ruszyły wzdłuż strumienia, który płynął przez tereny majątku w stronę rzeki Derwent. Kitty milczała, myśli Marii krążyły wokół tak nieudanego wczorajszego obiadu. Konwersacje w salonie przebiegały równie kulawo, co przy obiedzie. Gra na pianinie niespecjalnie się Marii udała, przez co wszyscy nabrali przekonania, że nie jest żadną konkurencją dla uznanej Georgiany. Jane i Lizzy dały jej do zrozumienia spojrzeniami, że jej przemowa przy stole była bardzo niestosowna. Pan Frankenstein przez resztę wieczoru nie powiedział prawie nic, jakby był znużony jej obecnością.

Zastanawiała się, jak spędzą ten poranek, kiedy Kitty nagle odwróciła twarz i wybuchła płaczem.

Maria dotknęła jej ramienia.

— Kitty, co się dzieje?

— Naprawdę wierzysz w to, co powiedziałaś wczoraj wieczorem?

— A co takiego powiedziałam?

— Że nie ma grzechu, którego Bóg nie mógłby wybaczyć.

— Oczywiście, że w to wierzę! A czemu pytasz?

— Bo popełniłam taki grzech! — Zasłoniła oczy dłonią. — Och, nie, nie wolno mi o tym mówić!

Maria powstrzymała się przed wygłoszeniem uwagi, że po tak prowokacyjnym wstępie Kitty trudno będzie zachować milczenie i najwyraźniej wcale nie miała takiego zamiaru. Intencje Kitty nie zawsze były jednak dla Marii jasne.

Po chwili perswazji i pokonaniu kolejnych metrów wzdłuż strumienia, Kitty wreszcie była gotowa, by zrzucić z siebie ciężar. Okazało się, że poprzedniego lata darzył ją uwielbieniem młodzieniec z Matlock, Robert Piggot, syn rzeźnika. Choć jego rodzina była zamożna, a on miał odziedziczyć rodzinne przedsięwzięcie, w żadnym wypadku nie można go było uznać za dżentelmena i Kitty poprzysięgła sobie, że afektacja nigdy nie przysłoni jej zdrowego rozsądku.

Powróciwszy jednak do Pemberley spotkała Roberta przy pierwszej wizycie w mieście i zaczęła się z nim spotykać w tajemnicy, gdy udawała się do Matlock pod pretekstem sprawunków. A co gorsza, para uległa namiętności i Kitty poznała, co to jest miłość cielesna.

Siostry przysiadły na zwalonym pniu drzewa w lesie i Kitty zaczęła snuć swą opowieść.

— Tak bardzo chciałabym za niego wyjść. — Łzy płynęły jej po policzkach. — Nie chcę być sama, nie chcę zostać starą panną! A Lidia… Lidia mi o tym powiedziała… o miłosnym akcie, o tym, jakie to przyjemne, jakich cudownych wrażeń dostarcza jej Wickham. Chwaliła się tym! A ja pomyślałam, że próżna Lidia ma coś takiego, a ja nic, tylko młodość zmarnowaną na konwersacjach i haftowaniu, na słuchaniu paplaniny matki i ciężkich westchnień ojca. Ojciec uważa mnie za głupią i myśli, że nigdy nie znajdę męża. — Kitty znów zaczęła szlochać. — Ma rację! Już żaden inny mężczyzna się ze mną nie ożeni! — Jej szloch przeszedł w atak kaszlu.

— Och, Kitty — szepnęła Maria.

— Kiedy Darcy wczoraj mówił o angielskich pannach, o mało się nie rozpłakałam. Musisz porozmawiać z ojcem, żeby pozwolił mi poślubić Roberta.

— Robert poprosił cię o rękę?

— Zrobi to. Musi. Nie wiesz, jakim jest szlachetnym człowiekiem. Choć zajmuje się handlem, jego maniery są nienaganne. Nie dbam o to, że nie jest szlachetnie urodzony.

Maria objęła Kitty ramieniem. Kitty na przemian pociągała nosem i pokasływała. Gdzieś nad nimi rozległ się grzmot, a w koronach drzew zaszumiał wiatr. Maria poczuła, jak Kitty drży. Musiała ją uspokoić i zaprowadzić z powrotem do domu. Jakże delikatna i drobna była jej siostra.

Maria nie wiedziała, co powiedzieć. Kiedyś w słusznym oburzeniu potępiłaby Kitty. Teraz jednak czuła, że drąży je ten sam lęk, bo strach Kitty przed umieraniem w samotności był jej strachem. Gdy usiłowała znaleźć jakąś odpowiedź, usłyszała uderzenia kropli deszczu o listowie w górze.

— Niemądrze postąpiłaś — rzekła w końcu, obejmując siostrę. — Ale może nie będzie aż tak źle.

Kitty zadrżała w jej ramionach i w końcu przemówiła do ramienia siostry.

— Ale czy ty jeszcze będziesz chciała ze mną rozmawiać? Co będzie, jeśli ojciec mnie odepchnie? Co ja wtedy zrobię?

Deszcz już padał, wielkie krople spadły na nie z siłą. Maria poczuła, jak jej fryzura nasiąka wodą.

— Uspokój się, ojciec nigdy by czegoś podobnego nie zrobił. Nigdy by cię nie odepchnął. Ja bym cię nigdy nie odepchnęła. Jane ani Lizzy też nie.

— A jeśli jestem przy nadziei?

Maria naciągnęła na głowę szal Kitty. Spojrzała na ciemny las ponad ramionami siostry. Coś się tam poruszało.

— Nie jesteś.

— Skąd możesz wiedzieć? Może jestem!

Las jeszcze bardziej pociemniał od deszczu. Maria nie była w stanie wypatrzyć, co się w nim czai.

— Daj spokój, musimy wracać. Weź się w garść. Porozmawiamy z Lizzy i Jane. One coś poradzą.

Błyskawica rozjaśniła leśne ciemności i Maria dostrzegła, za drzewami w odległości mniejszej niż dziesięć stóp od nich, postać ogromnego mężczyzny. Światło błyskawicy ujawniło twarz niezwykłej brzydoty: długie, cienkie, splątane czarne włosy, twarz barwy wyschłego pergaminu, czarne oczy ukryte głęboko pod grubymi brwiami. Najgorszy był jednak wyraz jego twarzy: odrażający, jakby zimny, nieokreślony głód. Wszystko to widziała przez ułamek sekundy, a potem znów nastała ciemność.

Maria gwałtownie wciągnęła powietrze i pociągnęła Kitty do siebie. Po niebie przetoczył się grzmot.

Kitty przestała płakać.

— Co się stało?

— Musimy iść. I to już.

Maria chwyciła Kitty za rękę. Lało jak z cebra, a leśna ścieżka już pokryła się błotem.

Pociągnęła Kitty w stronę domu. Kitty chyba zaczęła się skarżyć, ale Maria nie słyszała ani słowa z powodu bębniącego deszczu. Kiedy jednak spojrzała przez ramię, zobaczyła zarys grubo ciosanej postaci, która trzymała się blisko drzew, ale cicho podążała za nimi.

— Dlaczego biegniemy? — wysapała Kitty.

— Bo ktoś nas śledzi!

— Kto?

— Nie mam pojęcia!

Maria usłyszała, jak mężczyzna za nimi wychrypiał jakieś słowa:

— Halt! Bitter!

Nie dotarły jeszcze do brzegu lasu, gdy wyłoniły się przed nimi jakieś postaci, nadchodzące od strony Pemberley.

— Panna Bennet! Maria! Kitty!

Postaci okazały się być panem Darcym w towarzystwie pana Frankensteina. Darcy niósł płaszcz, który zarzucił na obie kobiety.

— Wszystko w porządku, moje drogie? — spytał pan Frankenstein.

— Dziękujemy! — wysapała Maria. — Tam ktoś jest — wskazała w kierunku ścieżki. — Jakiś mężczyzna. Śledzi nas.

1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)