Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 98
Перейти на страницу:

Trzeba było wysłać kurdupla.

Wypływamy o świcie, kiedy jeszcze śpię. Nikt mnie nie budzi i niczego ode mnie nie chce, ale czuję, że coś się zmieniło, i podrywam się natychmiast. Słyszę tupot stóp na pokładzie, szuranie rozmaitych przedmiotów, słyszę, jak cuma z chlapnięciem ląduje w wodzie, a potem głuchy łomot bębenka i wiosła. Skrzypienie drzewców, nierówny plusk wody. Skrzyp, plusk.

Rzeka chlupocze o burty. Nie słychać świstu pejcza ani jęków, Bogu dzięki.

Płyniemy.

Ubieram się, przypinam pas z mieczem i nożem, po czym wychodzę z ładowni i patrzę na umykające brzegi, mijamy dziesiątki wilczych okrętów identycznej konstrukcji jak klasa regatowa. Identycznych, co do głębokiej szczerby na relingu prawej burty. Mijamy nabrzeże z kantorami, patrzę na chałupę Wędzonego Ulle, na rufy stojących przy pirsach statków.

Przywykłem właściwie do tego miasta, a teraz znowu w nieznane.

Pozdrawiają mnie, rozradowany podróżą Grunaldi podaje mi róg z zaprawionym korzeniami piwem.

Piwo na śniadanie, obiad i kolację. Jest pożywne, poza tym w procesie produkcyjnym gotowano je, a niewielka ilość alkoholu dodatkowo dezynfekuje, więc jest bezpieczniejsze od wody, zakażonej wszystkim, co do niej wpadło, gnojowicą przesiąkającą przez ziemię, bakteriami cholery, czerwonki i nie wiadomo czym jeszcze. Tyle tylko, że wszyscy tu rozwalimy sobie wątroby i popadniemy w alkoholizm.

Najbardziej chciałbym umyć zęby.

Pytam go, co się robi, gdy trzeba za potrzebą, a jest się już na statku. Otrzymuję odpowiedź oczywistą, Grunaldi wskazuje głową wodę za burtą.

Wątpliwości mam tylko przez chwilę na widok jakiejś kobiety, przechadzającej się po belkowanym nabrzeżu i patrzącej na nasz okręt spod dłoni, chroniącej oczy przed porannym słońcem. W końcu staję sobie z drugiej burty, bo wydaje mi się, że załogi okrętów, zakotwiczonych na drugim brzegu fiordu, skalistym i bezludnym, to mężowie bywali, którzy nie zgorszą się byle czym.

W tym momencie mijamy dwa statki, stojące na kotwicy obok siebie rufami do skalistego brzegu. Widzę łopoczące leniwie, zębate proporce z wizerunkiem tańczących węży i jakiegoś chudego jegomościa opartego o sztag z kubkiem w ręku, a potem bezmyślnie spoglądam na pas piany, który zostawiam wzdłuż burty.

Trwa to ułamek sekundy, kiedy uświadamiam sobie, co nie pasowało mi w tym obrazku.

Może opalizujące błękitem szkła sportowych okularów przeciwsłonecznych marki „Visconti Vector”, panie zwiadowco?

Natychmiast spoglądam na niego, wyostrzam obraz, ale widzę, że to nie jest van Dyken. To w ogóle nikt z moich. Jest niski, widzę wąską, szczurzą twarz, sczesane na tył, drobne warkoczyki odsłaniają podłużne, wąskie ucho, wyszczerza zwartą palisadę drobnych zębów jak miętowe tic-taki. Nogę opiera o obrotnicę arkabalisty i pociąga z cynowego kubeczka.

Miejscowy.

Skakać do wody? Przeszukać okręt?

Prosić o zatrzymanie? To nie taksówka.

Zaatakować samotnie dwa okręty pełne Węży?

Nierealne.

Dowiem się tyle, że te okulary dostał od kogoś, kto dostał od jeszcze kogoś, a przypuszczalnie po prostu zabrano je kiedyś jednemu z moich rozbitków. Najpewniej zaś nie dowiem się niczego.

To jest jedynie kolejny trop wiodący do Ziemi Węży.

Przez chwilę biję się z myślami.

I to myślę szybko.

Odpowiedź brzmi: przed siebie. Do kraju Węży, jak najprędzej. Chodzi o ryzyko związane z masowymi ofiarami z ludzi. O osławiony humanitaryzm jego mieszkańców. O nienasycony apetyt boga Smeiringa. O zimną mgłę. Jeżeli rozbitkowie wpadli w ręce Ludzi Węży, przypuszczalnie już nie żyją albo zginą wkrótce.

Jeżeli teraz przybiję do brzegu, wyjęcie tego konkretnego jegomościa zabierze mi kilka dni. Muszę go śledzić, muszę dopaść go niepostrzeżenie, kiedy będzie sam, albo zaaranżować taką sytuację. Dowiem się czegoś lub się nie dowiem i znajdę się w punkcie wyjścia, na koniu, zdążając w góry. Mając tydzień albo dwa w plecy.

Tymczasem statkiem będę już w połowie drogi.

A zatem trzeba opanować nerwy, nie dać się ponieść ekscytacji i spokojnie usiąść na zwiniętych linach albo pomyśleć o śniadaniu. To tylko mały przedmiot, który można nosić w kieszeni, zedrzeć jeńcowi z twarzy jednym ruchem, bo wywołuje ciekawość i przyciąga uwagę, a do tego zgłębić jego funkcjonowanie można samodzielnie i bez trudu. Drobiazg, który przez prawie dwa lata mógł dziesiątki razy przejść z rąk do rąk. Być odbierany siłą, przegrywany w deseczki lub kamienie, zdzierany z twarzy zabitego, darowany krewnemu w ramach zwrotu długu, albo zostać kupiony na straganie.

Te okulary za pięćdziesiąt euro mogłyby opowiedzieć mi fascynującą historię, ale to nie okulary bym przesłuchiwał, tylko szczurkowatego Człowieka Węża, który miał je na nosie.

Wbrew pozorom wiem dosyć. Wiem, że nikt nie lubi Węży, więc nie ma wielu kontaktów pomiędzy nimi a resztą. Rzeczy, które przechodzą z rąk do rąk, a do takich niewątpliwie należą okulary przeciwsłoneczne, z powłoką antyrefleksyjną, automatyczną polaryzacją i filtrem UV „Visconti Vector”, wędrują od jednego Węża do drugiego. A zatem jestem w dobrym miejscu.

Na okręcie płynącym do Ziemi Węży.

Jak najprędzej.

Dają mi kawałek sera i kubek skwaśniałego, owczego mleka, do tego kawałek plackowatego chleba. Za burtą suną skaliste brzegi fiordu, nad nimi wznoszą się urwiska i puszcza. Z dołu niepowstrzymanie dobiega skrzyp i plusk piętnastu par wioseł. Nierówno. Wioślarze nie mają wprawy, pewnie niektórzy z nich po raz pierwszy w życiu dzierżą wiosła.

Płyniemy.

Schodzę pod pokład na dziobie, czyszczę Jadrana i pozwalam mu oprzeć wielki łeb na ramieniu. Głaszczę go po wygiętej szyi, wypowiadam jakieś uspokajające banały po polsku i chorwacku. Dobrze czasem wypowiedzieć choć kilka słów w normalnym języku.

Steruje ten wielki, łysy chłop, którego poznałem przy domostwie Skifanara, walcząc z czarnym bluszczem. Grunf Kolczaste Serce.

Co za imię.

Jest małomówny i generalnie sceptyczny, ale chyba już mnie zaakceptował. Siedzi na drewnianym relingu rufowego kasztelu i opiera nogę w skórzanej ciżmie o wygięty rumpel. To etatowy sternik Atleifa jak słyszę. Grunaldi miał własny statek, ale już nie ma. Przepadł okręt i cała załoga z wyjątkiem ośmiu ludzi. Nadal nie wiem, w jakich okolicznościach.

Siedzę obok sternika i patrzę na rzekę. Nasz młody dowódca zamknął się w rufowej kabinie ze swoimi nowymi niewolnicami. Teraz obaj słyszymy wyraźnie rytmiczne, dziewczęce jęki. Trwa to już od rana.

Grunf uśmiecha się pod wąsem i tupie w dek.

— Spokój tam! Sterować nie można!

Eksperymentalnie zapalam zioła, które sobie kupiłem, ale zaraz kaszlę i wystukuję wszystko za burtę. Szczypie w język i pachnie jak spalony majeranek. Nie są na szczęście trujące ani narkotyczne, tylko po prostu bez sensu.

Łódź płynie zakolami, z wody sterczą białe, ostre skały, nad nami zamykają się urwiska z drzewkami czepiającymi się szczelin.

Nevermore szybuje z rozpostartymi skrzydłami pośrodku wąwozu i kracze ogłuszająco, aż niesie się echo.

Przeglądam rynsztunek, napełniam kołczan strzałami, resztę związuję w pęczek i owijam kocem. Robi się chłodno.

Niewolnicy przy wiosłach zaczynają śpiewać coś monotonnie i smutno, najpierw cicho, a potem coraz wyraźniej.

Zabieram na pokład butelkę palinki.

Płyniemy. Skrzyp, plusk!

Do Ziemi Ognia.

Pierwszego trupa mijamy po południu. Płynie twarzą w dół, w pierwszej chwili wygląda jak kawałek pnia, ale wkrótce okazuje się, że to człowiek. Dryfuje z prądem, ma rozłożone szeroko ramiona, a na środku pleców wyhaftowany okrągły emblemat, przedstawiający trzy esowate kształty wpisane w okrąg.

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)