Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Zabierz ją do kuchni, tam nie ma okien. – Polecił Aerin i rozejrzał się po pokoju córki. We framudze drzwi tkwiła szaropióra strzała, dwie inne wbiły się w ścianę.
Okna w pokoju Eratha też wychodziły na dziedziniec.
Poderwał się, pobiegł do sąsiedniej komnaty. Drzwi nie były zamknięte, ale w pokoju ziało pustką.
Zawrócił do kuchni.
– Erath! Gdzie on jest? – Złapał najbliższą służącą za rękę. – Gdzie mój syn?!
Dziewczyna rzuciła mu spojrzenie przerażonego królika.
Puścił ją i złapał chłopaka na posyłki. Nieraz widział, jak on i Erath uganiali się niczym szaleńcy, walcząc z niewidzialnymi bandytami lub polując na wyimaginowane potwory.
– Ty... – Imię wyleciało mu z pamięci. – Danel. Gdzie jest Erath?!
Chłopak opuścił wzrok.
– W stajniach – wyszeptał.
– Gdzie?!
– W stajniach, panie. Parobki mieli urządzać wyścigi szczurów.
Aerin runął do swojej komnaty. Na ścianach wisiała tam kolekcja różnej broni, łuki, kusze, topory, włócznie, oszczepy, miecze, issarskie yphiry i talhery. To były jednak tylko ozdoby, swoją ulubioną broń, meekhański kawaleryjski miecz, kładł zawsze przy łóżku, nawyk wyniesiony z noclegów na szlakach handlowych.
Złapał miecz, wybiegł na korytarz i stanął jak wryty. Drzwi tarasowała masywna dębowa szafa.
– Auhag!
Kucharz zjawił się jak duch.
– Odwalamy! – Aerin złapał róg mebla i próbował przesunąć. Daremnie. – Nie stój tak, człowieku! Pomóż mi!
Mimo swoich sześćdziesięciu lat Auhag stropił się jak mały chłopiec.
– Nie, panie... Tam śmierć.
Kupiec zaparł się nogą o ścianę i szarpnął, aż pociemniało mu w oczach. Szafa tkwiła jak wmurowana. Jak on ją tu przyciągnął?
– Rusz się, do stu demonów! Auhag!
Kucharz miał łzy w oczach.
– Nie, panie. Pochowałem waszego ojca, nie chcę i was. Tam bandyci. Śmierć.
– Tyyy...! – Aerin szarpnął się jak furiat, świsnął mieczem, zatrzymując klingę o włos od szyi mężczyzny. – Tam jest mój syn!
– Pani Miłosierna!
Głos Ellandy podziałał na niego jak wiadro zimnej wody. Skoczył w jej kierunku, spodziewając się najgorszego, żony leżącej ze strzałą w piersi, wyłamanych krat, bandytów wdzierających się do środka.
Stała przy oknie w jego komnacie, patrząc na dziedziniec. W dwóch skokach był przy niej, gotów obalić na ziemię, zasłonić przed strzałami, odciągnąć w bezpieczne miejsce.
Znalazł się przy oknie i skamieniał.
Przez bramę wjeżdżała właśnie postać z jego najgorszych koszmarów. Na czarnym, pokrytym ni to sierścią, ni to piórami rumaku siedział mężczyzna, mający na oko osiem stóp wzrostu. Prawa połowa jego ciała wyglądała jak obdarta ze skóry, poparzona i toczona przez robaki. W głębokim, czerwonym oczodole błyskało czarne, nieruchome oko. Zęby szczerzyły się w parodii uśmiechu. U kikuta prawej ręki tkwiło kilka haków, noży i zadziorów, poplamionych czymś lepkim i czerwonym.
Jeździec spojrzał w kierunku sąsiadującego ze stajnią budynku dla woźniców i służby, w którym najwyraźniej stawiano zażarty opór. Kilku naszpikowanych strzałami bandytów leżało już przed stajnią, kilku innych czołgało się, byle dalej. Kamienne ściany i wąskie okna dawały obrońcom zdecydowaną przewagę. Mimo że bandyci otworzyli już stajnię, nie udało im się zaprząc żadnego zwierzęcia do wozów. Na dodatek na piętrze budynku, gdzie spali parobkowie i stajenni, także zabarykadowała się zdesperowana grupka. Atak zdecydowanie nie przebiegał tak, jak powinien.
Aż do tej chwili.
Gdy tylko makabryczny jeździec pojawił się na placu, deszcz kąśliwych strzał ustał jak ucięty nożem. Na kilka uderzeń serca całe podwórze zamarło.
Potem do maszkary podszedł jakiś bandyta, prowadząc szarpiącą się, drobną postać.
– Och...
Aerin poczuł kulę żółci podjeżdżającą do gardła. Ellanda złapała za kratę w oknie, jakby próbowała ją wyrwać. Ozdobne, stalowe winorośla naznaczyły się czerwienią.
– Och, Erath.
Tylko tyle. Żadnego krzyku, płaczu, wycia. Wolałby to.
Siedzący na koniu potwór złapał chłopca za ramię i bez trudu podniósł go na wysokość własnej twarzy. Erath przestał się szarpać. Z tej odległości Aerin dostrzegł, że przód spodni chłopca zakwitł ciemną, wilgotną plamą. Nie zdziwił się.
Ostrza i haki przerażającej protezy zbliżyły się do twarzy dziecka.
– Nieee!
Jakąś częścią umysłu kupiec zdumiał się, słysząc swój krzyk. To wycie było zbyt zwierzęce. Gdzie się podziało pięćdziesiąt pokoleń kulturalnych i cywilizowanych przodków?
Wiedział gdzie. Stało za nim i też wyło w noc.
– Nieee!!!
Monstrum powoli odwróciło głowę i spojrzało mu w oczy. Lekceważenie, pogarda, nienawiść. Potwór potrząsnął chłopcem jak szmacianą kukiełką, zamachnął się hakami.
Dwie rzeczy wydarzyły się niemal jednocześnie.
Pierwszą był okrzyk, jeszcze bardziej przenikliwy niż wrzask Aerina, okrzyk bojowy, od którego konie stawały dęba, a ludzie tracili zapał do walki.
– Kiiijach! Daraa Issaram!
Drugą była zawoalowana postać, która w jakiś magiczny sposób, nieprawdopodobnym skokiem z ciemności, znalazła się na końskim grzbiecie, za plecami demonicznego jeźdźca. Dwa miecze uderzyły jednocześnie. Jeden ciął w prawą rękę, tuż nad łokciem, drugi gładko wszedł w plecy potwora. Zakończony hakami kikut pożeglował w powietrzu, kręcąc kilka koziołków i... upadł na ziemię jako zwykłe męskie przedramię, z dłonią wciąż kurczowo zaciśniętą na powykrzywianym kawałku żelaza.
Sam jeździec również uległ przemianie. Skurczył się, zmalał, przybrał postać niewysokiego, łysiejącego mężczyzny w poplamionym kubraku, siedzącego nie na piekielnym rumaku, lecz na zwykłym, choć świetnie utrzymanym karym ogierze.
Cała metamorfoza trwała mniej niż dwa uderzenia serca. Yatech uniósł miecz i zadał ostatnie cięcie. Głowa mężczyzny poleciała w powietrze, ciągnąc warkocz szkarłatnych kropel, i upadła tuż obok ręki. Perfekcyjne uderzenie. Podobnie jak zeskok z końskiego grzbietu i podtrzymanie upadającego na ziemię chłopca.
Aerin nie był jednak w nastroju, żeby podziwiać umiejętności Issara. W kilku słowach dał wyraz swoim uczuciom, przerażeniu, nienawiści, szokowi i uldze.
– Chędożony czarownik! Napadli na mój dom z jakimś chędożonym, kozojebnym, niedouczonym magikiem!
W tym momencie Ellanda wreszcie zemdlała.
Złapał ją i delikatnie ułożył pod ścianą, w najbezpieczniejszym miejscu. Wracając do okna, chwycił bakheński, gięty na modę koczowników łuk i kołczan. Nie uważał się za dobrego łucznika, ale z odległości dwudziestu kroków na pewno nie mógł spudłować zbyt wiele razy. Jego ludzie także otrząsnęli się już z zaskoczenia. Na bandytów znów posypały się strzały. Zbici z tropu, zdemoralizowani śmiercią maga, jeźdźcy przez chwilę kręcili się po dziedzińcu jak stado kurcząt.
Ku ogromnej uldze, Aerin nigdzie nie dostrzegł Eratha. Najpewniej Yatech odciągnął go w bezpieczne miejsce.
Napiął łuk i wymierzył w galopującego w kółko, wrzeszczącego bandytę w czerwonej przeszywanicy. Wstrzymał oddech i zwolnił cięciwę. Jeździec wyrzucił ręce w górę i ze strzałą wbitą do połowy drzewca w prawy bok zwalił się z konia.
Nieźle, jak na pierwszy strzał.
Potem dostrzegł jak po jednym, po dwóch, zbójcy wymykają się przez wyważoną bramę i znikają w mroku. Nadeszła pora, by pomóc reszcie bandy w podjęciu podobnie słusznej decyzji.
Drzwi pomieszczeń dla służby otworzyły się i wypadło z nich około trzydziestu mężczyzn, uzbrojonych we włócznie, oszczepy, miecze, topory, korbacze, gizarmy lub po prostu ciężkie drągi. Wrzeszcząc jak stado demonów, obrońcy rzucili się na niedobitków.