Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Aerin-ker-Noel stał na tarasie i patrzył w niebo. Wreszcie westchnął ciężko, spojrzał na towarzyszącego mu wojownika. Przez ułamek sekundy wydawało mu się, że za gęstym zawojem dostrzega błysk oczu.
– Przykro mi, Yatech. Ona nie da się przekonać.
– Wiem. Inaczej nie budziłbyś mnie w środku nocy.
– Myślę, że powinieneś wyjechać skoro świt. Dam ci dobrego konia. Powiedz starszemu, że ponieważ to ja złamałem umowę, możecie zatrzymać zapłatę.
Ciemna postać skłoniła głowę.
– Powiem. Ale sądzę, że przy najbliższej okazji zwróci ci pieniądze.
– Też tak sądzę. Czuję się, ech... Po prostu głupio mi, że wyciągnąłem cię z afraagry po próżnicy.
Prawie mógł sobie wyobrazić uśmiech Issara.
– Wcale nie po próżnicy. Zobaczyłem równinę, była ładna, miła walka. No i przekonałem się, że prawdą jest to, co zawsze powtarzał mój dziadek.
– A co mówił?
– Że to kobiety rządzą światem.
Kupiec uśmiechnął się powściągliwie.
– Jej ojciec i brat zostali zabici w czasie wojny z Issaram ćwierć wieku temu. Wracali do domu powozem, gdy otoczyła ich grupa wojowników z gór. Podobno niektórzy mieli odsłonięte twarze. Zabili wszystkich dorosłych. Tylko ją zostawili. Konie same wróciły do domu. – Spojrzał tam, gdzie powinny być oczy wojownika. Potem odwrócił się do niego plecami. – Wyobrażasz to sobie? Pięcioletnia dziewczynka siedząca obok swojego martwego ojca i brata, w powozie ciągnionym przez głupie zwierzęta. Schlapana krwią najbliższych. Zbyt przerażona, by płakać. Dopiero dzisiaj mi o tym opowiedziała. Wiedziałem, że straciła ojca w tamtej wojnie, ale nie wiedziałem, że w taki sposób. Nigdy bym cię nie zaprosił do domu, gdybym...
Przerwał mu łagodny głos.
– Nie było żadnej wojny. I ty o tym dobrze wiesz. Kiedy wam, Meekhańczykom, udało się odeprzeć se-kohlandzki najazd, potrzebowaliście jakiegoś zwycięstwa, by podbudować morale w Imperium. Więc najechaliście na nas. I do tej pory macie pretensje, że wasza krew też się polała. Ale kiedy pułki Lamparta i Orła wkroczyły w nasze góry, pierwszą rzeczą, jaką zrobiły, było wyrżnięcie do nogi ośmiu osad. Zabili wszystkich, mężczyzn, kobiety, dzieci. Wszystkich.
– Słyszałem, że wasze kobiety same rozbijały dzieciom głowy, a potem rzucały się z nożami na żołnierzy.
Rozmowa zmierzała w zdecydowanie złym kierunku.
– Nikt nie może zobaczyć twarzy Issaram, dopóki kołacze się w nim życie. Takie jest prawo. Jeśli ktoś ujrzy twoją twarz, on lub ty musicie stanąć przed Matką, nim nadejdzie kolejny świt. Takie jest prawo. – Wojownik umilkł na chwilę. – Po tym, jak zniszczyliśmy wasze pułki, na równiny nie zeszła żadna armia, tylko garść tych, którzy stracili rodziny w tamtych wymordowanych osadach. Niektórzy szukali zemsty, inni śmierci. Ale nie było żadnej wojny.
– Zabijali wszystko, co się ruszało.
– Nie wszystko. Prawo dotyczy tych, którzy ukończyli dziewięć lat. Młodsze dzieci nie potrafią skraść ci spojrzeniem duszy.
– Więc gdyby Erath albo Isanell...
Wkroczyli na naprawdę grząski grunt.
Zamaskowany wojownik wzruszył ramionami.
– Wiesz, kim jestem. Żyjemy z Prawem Harudiego od dwóch i pół tysiąca lat. Stosowaliśmy się do niego, kiedy tymi ziemiami władali Aralhowie, ludy f’Eldyr i Fennyjczycy, wreszcie wy, przybysze ze wschodu. Dzięki tym prawom Issaram pozostali tymi, kim są do tej pory. Nie sądzisz chyba, że zmienię je dla ciebie.
Aerin powoli skinął głową.
– Myślę, że lepiej będzie, jak odjedziesz – powiedział cicho.
– Wyruszę skoro świt.
– Weź, co ci będzie potrzebne na drogę, żywność, wodę.
– Poradzę sobie.
Kupiec odwrócił się, żeby wejść do środka. Usłyszał głośne westchnienie.
– Aerin... – głos Issara był dziwny.
– Tak?
– Coś się zbliża. Magicznego. Obudź ludzi, niech wezmą broń.
Yatech ruszył szybkim krokiem do bramy. Aerin stał i gapił się zdumiony, jak mężczyzna zatrzymuje się kilkanaście kroków przed wrotami i wyjmuje broń.
W świetle księżyca dwa zakrzywione ostrza błysnęły biało.
Zwariował, przemknęło przez głowę kupca. Zwariował. To samo musieli pomyśleć strażnicy przy bramie. Jeden odwrócił się do Issara, wysuwając przed siebie włócznię, drugi ruszył w bok, pod murem, kierując się w stronę pomieszczeń dla służby.
Miał szczęście, przeżył pierwszy atak.
Wrota nagle wygięły się pośrodku i eksplodowały do wewnątrz, jakby uderzone gigantycznym taranem. Pierwszy strażnik zginął od razu, wyleciał w górę wraz z tysiącem drewnianych drzazg, które zostały po bramie.
Przez dziurę wjechało kilkunastu dzikich, wyjących, hałłakujących jeźdźców. Śmierć, zniszczenie, rzeź i koniec świata.
Niezupełnie.
Przed pierwszą parą konnych wyrosła nagle spod ziemi zamaskowana postać. Luźna szata zafurkotała w powietrzu, do wtóru świstu zakrzywionych kling i rozpaczliwego rżenia ranionych zwierząt.
Oba wierzchowce zwaliły się na ziemię, pociągając za sobą jeźdźców, kwicząc, rzężąc, wierzgając w powietrzu kopytami. W ten taniec śmierci wpadła następna dwójka, potem kolejna. Powstał zator z żywych i umierających ciał. A pośrodku tej rzezi tańczyła, wirowała, migotała bronią zamaskowana postać. Dziedziniec zabarwił się krwią.
Reszta bandytów rozdzieliła się przy wyważonych wrotach i pogalopowała wzdłuż ścian majątku. Większa z grup skierowała się do ustawionych z boku wozów, w biegu zeskakując z koni i dobijając się do drzwi stajni.
Druga ruszyła ku rezydencji.
Aerin odzyskał zdolność działania. Wpadł do środka, zderzając się z jednym ze swoich ludzi.
– Co...?
– Bandyci! Zabarykaduj drzwi!
Mężczyzna gapił się na niego z otwartymi ustami.
– Szybko! – Kupiec złapał za ciężką, osadzoną w kamiennym bloku misę, zwyczajowo pełną wody, i spróbował ruszyć ją z miejsca. – Pomóż mi.
Obaj z najwyższym trudem przewrócili kamień i podtoczyli go pod drzwi. Woda chlusnęła na posadzkę. W tej samej chwili rozległo się pierwsze uderzenie. Drzwi wytrzymały.
W korytarzu pojawiło się więcej osób, kucharz, służąca, chłopak na posyłki.
– Przyłóżcie tu coś jeszcze! Szybko!
Kucharz zniknął za najbliższymi drzwiami i po chwili dobiegł stamtąd dźwięk przesuwanego mebla. Aerin pobiegł w głąb rezydencji, do komnat żony.
– Ell! Ell!
Otworzyła w nocnej koszuli, z ciężkim świecznikiem trzymanym jak maczuga w ręku.
– Bandyci – rzucił jednym tchem. – Nie podchodź do okien.
Okna miały stalowe kraty, misternie wykute przez henlendzkich rzemieślników. Spadek po dziadku. W tej chwili błogosławił tego starego sknerę.
– Dzieci! – Minęła go i pobiegła do sąsiednich pokoi. – Isanell! Erath!
Dziewczynka otworzyła od razu. Prawą stronę jej nocnej koszuli plamiła krew. W lewej ręce trzymała mały łuk do polowania na ptactwo.
– Bandyci! – wykrzyknęła, jakby dostała właśnie prezent. – Chyba jednego trafiłam.
– Isa!
Matka już przy niej klęczała.
– Jesteś ranna?! Gdzie? Pokaż! – Zaczęła nią potrząsać. Isanell spojrzała na swój prawy bok. Potem dotknęła głowy, tuż nad uchem, skąd sączyła się krew.
– O kurczę – wymamrotała.
I zemdlała.