Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Gdy skończyli tańczyć, Frankenstein zapytał Marię, czy nie ma ochoty się czegoś napić, po czym przemaszerowali przez zatłoczoną salę balową do salonu, gdzie podał jej filiżankę ponczu. Maria poczuła się w obowiązku nawiązać jakąś konwersację, nim będzie mogła wycofać się w bezpieczne miejsce, jakim było jej krzesło dla panien podpierających ściany.
— Cóż pana sprowadza do Londynu, panie Frankenstein?
— Przyjechałem, by spotkać się z kilkoma filozofami przyrody, tu, w Londynie, i w Oxfordzie — zajmującymi się badaniami magnetyzmu.
— Och! W takim razie na pewno spotkał pan profesora Langdona z Towarzystwa Królewskiego?
Frankenstein spojrzał na nią, jakby dopiero teraz ją zobaczył.
— Jak to możliwe, że zna pani profesora Langdona?
— Nie znam go osobiście, ale trochę interesuję się nauką. Czy pan jest filozofem przyrody?
— Muszę pani wyznać, że nie jestem w stanie już rozmawiać na ten temat. Niemniej jednak, owszem, studiowałem z panem Krempe i panem Waldmanem w Ingolstadt.
— Nie jest pan w stanie rozmawiać na ten temat, ale chce się pan spotkać z profesorem Langdonem.
Przez przystojną twarz pana Frankensteina przemknął jakiś cień.
— Nie potrafię tego ująć słowami, ale właśnie do tego dążę.
— Co za paradoks.
— Paradoks, którego nie jestem w stanie wyjaśnić, panno Bennet.
Jego głos wręcz ociekał rozpaczą. Maria spojrzała w jego czujne, czarne oczy, i odparła:
— Serce ma swe powody, o których rozsądek nie wie nic.
Po raz drugi tego wieczora obrzucił ją spojrzeniem, w którym czaiło się zrozumienie. Pan Frankenstein pociągnął łyk z filiżanki, po czym odezwał się znów:
— Panno Bennet, powinno się unikać takich form spędzania wolnego czasu, które pozbawiają nas normalnych kontaktów z ludźmi. Jeśli nauka, której poświęca pani czas, przyczynia się do osłabienia więzi i niszczy upodobanie do prostych przyjemności, taka nauka jest niewątpliwie niebezpieczna.
Maria nie umiała pojąć celu tej niezwykłej przemowy.
— Przecież dążenie do wiedzy nie może być szkodliwe.
Pan Frankenstein uśmiechnął się.
— Henry nalegał, bym zawarł jakieś znajomości wśród londyńskiego towarzystwa; gdybym wiedział, że spotkam tak myślącą osóbkę jak pani, uczyniłbym to już dawno temu. — Ujął jej dłoń. — Dostrzegam przy drzwiach pani ciotkę. Na pewno wyruszyła, by nad panią czuwać. Jeśli pani pozwoli, odprowadzę ją do pani matki. Dziękuję za taniec, a jeszcze bardziej za rozmowę, panno Bennet. Pośrodku obcego kraju obdarzyła mnie pani chwilą współczucia.
I znów Maria zasiadła obok matki i ciotki, jak pół godziny wcześniej. Czuła lekkie oszołomienie. Nieczęsto się zdarzało, by cudzoziemiec przemawiał tak z głębi serca do kobiety, którą widział po raz pierwszy w życiu, nie umiałaby go jednak za to zganić. Wręcz przeciwnie, cierpiała z powodu własnej porażki: iż nie udało jej się zatrzymać go na dłużej.
Gdy po północy wyszły z balu, padał zimny, marcowy deszcz. Czekały pod portykiem, aż woźnica sprowadzi powóz. Kitty zaczęła kaszleć. Gdy stały tam, w chłodzie nocy, Maria zauważyła olbrzymiego, zakapturzonego mężczyznę, który stał w cieniu na rogu uliczki. Nie zasłaniał się przed deszczem, stał nieporuszony i obserwował kamienicę oraz uczestników balu. Nie zbliżał się ani nie oddalał, jakby obserwowanie było jedynym celem jego życia. Maria zadrżała.
W powozie, który wiózł je do domu ciotki Gardiner w pobliżu Belgravii, pani Bennet nalegała, by Kitty okryła nogi peleryną.
— Przestańże kaszleć, Kitty. Miej trochę litości dla moich nerwów! — po czym dodała: — Nie powinni byli podawać kolacji na końcu tego długiego korytarza. Młode damy, zgrzane w tańcu, musiały spacerować na zimnie.
Kitty z trudem zaczerpnęła powietrza.
— Nigdy nie widziałam, żebyś była aż tak zainteresowana mężczyzną, Mario. O czym ci opowiadał ten szwajcarski dżentelmen?
— Rozmawialiśmy o filozofii przyrody.
— Nie mówił, dlaczego przyjechał do Anglii? — spytała ciotka Gardiner.
— Właśnie ją wymienił jako powód.
— Nic podobnego! — oburzyła się Kitty. — Przyjechał, żeby zapomnieć o swoim bólu. Jego braciszek William został zamordowany przez służącego, niecałe pół roku temu!
— Jakie to straszne! — jęknęła ciotka Gardiner.
— Jak to możliwe? — spytała pani Bennet, zaskoczona.
— Powiedziała mi o tym Lucy Copeland, córka Lorda Mayora — odparła Kitty. — A ona usłyszała to od samego pana Clervala. Ale to nie wszystko! On jest zaręczony — żeni się z kuzynką. Tylko że zostawił ją w Szwajcarii, a sam z jakiegoś powodu przyjechał tutaj.
— Rozmawiał z tobą o tych sprawach? — zwróciła się do Marii pani Bennet.
— Matko, o tajemnicach rodzinnych nie będzie opowiadał obcym, a co dopiero pannie, z którą tańczy — wtrąciła Kitty.
Maria zadumała się nad tymi wieściami. Być może one wyjaśniały dziwne zachowanie pana Frankensteina. Czy jednak mogły wyjaśnić, czemu się nią zainteresował?
— Człowiek powinien być tym, za kogo się podaje — rzekła.
Kitty kichnęła i rozkaszlała się.
— Zapamiętajcie moje słowa, dziewczęta — oznajmiła pani Bennet — że te zaręczyny to jakieś swaty wbrew jego woli. Ciekawe, jaką sumkę wniesie do małżeństwa.
Przez następnych kilka dni kaszel Kitty przeszedł w silne przeziębienie i mimo jej protestów zdecydowano, że powietrze miejskie jej nie służy; powinny skrócić sezon i wrócić do Meryton. Pan Sidney niewątpliwie nie miał pojęcia, jak niewiele brakowało. Maria sama nie wiedziała, czy żałuje wyjazdu, choć wspomnienie tej półgodziny spędzonej z panem Frankensteinem sprawiło, iż czuła żal, że nie będzie mieć już szansy na spotkanie z nim; nigdy dotąd nie odczuwała czegoś takiego po spotkaniu z kimkolwiek.
Po tygodniu Kitty czuła się lepiej i narzekała na ich przedwczesny wyjazd z Londynu. W rzeczywistości była zaledwie o dwa lata młodsza od Marii i jeszcze nie podejmowała prób psychicznego przygotowania się do staropanieństwa, jak jej starsza siostra. Pan Bennet ukrył się w gabinecie i pojawiał się tylko podczas posiłków, by wygłaszać sardoniczne komentarze na temat kampanii matrymonialnych pani Bennet i Kitty. Być może, podsunął pan Bennet, należałoby zaprosić pana Sidneya do Longbourn podczas obrad parlamentu. Maria unikała tych dyskusji ćwicząc na fortepianie, a kiedy rozkwitająca wiosna przyniosła piękną pogodę, chodziła na długie spacery po okolicy, gdzie mogła przysiąść pod dębem i czytać, oddając się swojemu uwielbieniu dla Goethego i niemieckich filozofów. Gdy próbowała wciągać ojca do dyskusji, ostrzegł ją:
— Obawiam się, moja droga, że twoje rozumienie świata w zbyt dużym stopniu opiera się na książkach, a nie życiowym doświadczeniu. Bądź ostrożna, córko. Nadmiar nauki zmienia kobietę w potwora.
Jakież życiowe doświadczenie pozwolono jej nabyć? Potraktowana odmownie Maria napisała do Elżbiety o tym, jak brutalnie zakończyły się ostatnie podchody małżeńskie Kitty, i jak źle wpłynęło to na jej nastrój. Elżbieta odpisała, zapraszając dwie młodsze siostry do Pemberley.
Maria radowała się ogromnie na samą myśl, że jakiś czas będzie z dala od matki i zobaczy kawałek Derbyshire, a i Kitty nie miała nic przeciwko. Pani Bennet nie była przekonana, gdy Elżbieta podsunęła, że pobliskie Matlock i jego lecznicze wody będą miały zbawienny wpływ na zdrowie Kitty (nikt przecież nie poślubi słabującej dziewczyny), ale przekonał ją argument, że choć Matlock nie może się równać z Londynem, bywa tam lepsze towarzystwo niż w sennym Meryton, a zatem szanse na spotkanie odpowiednio majętnych młodzieńców są większe. Zatem w drugim tygodniu maja pan i pani Bennet ze łzami w oczach umieścili swoje ostatnie niezamężne córki w dyliżansie, który wyruszał w długą drogę do Derbyshire. Przyczyna łez u pani Bennet była prosta: nie będzie mogła otoczyć córek opieką na odległość, zaś w przypadku pana Benneta chodziło raczej o to, że podczas nieobecności dziewcząt będzie miał tej opieki nadmiar.