Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Na giełdzie tłok. Niewolnicy siedzą w namiotach skuci żelaznymi okowami na rękach i nogach. Niektórzy są chorzy, niektórzy ranni. Pomiędzy zagrodami chodzą kupujący, oglądają, szarpią za włosy, obmacują mięśnie, zaglądają w zęby. Kobiety siedzą już nago, nie ma sensu co chwilę zdzierać kiecki i walczyć z łańcuchami. Koszmarny widok. Wywraca mi się wszystko, kiedy na to patrzę.
Przypomina mi się Afryka po wojnie.
Przygotowywano mnie na to. Na publiczne egzekucje, na widok niewolników, na różne rzeczy. I wiem, że niczego nie zmienię.
Nie mam im niczego do zaproponowania w zamian. Sami pchajcie swoje pługi? Wynaleźć im traktor?
Więc interesują mnie wyłącznie twarze. Szukam.
Ludzkich oczu, ust, w których siedzi dwa razy mniej, ale za to dwa razy szerszych zębów, okrągło zakończonych uszu. Włosów, które kończą się nad karkiem, a nie ciągną między łopatkami niczym końska grzywa.
Szukam ludzi.
Dziesiątki razy znajduję kogoś zwiniętego w kłębek, ze wzrokiem wbitym w ziemię, i ostrożnie unoszę mu głowę. Pociągła twarz, wilgotne oczy jak podłużne krople smoły, nos wąski jak płetwa i gęste, białe zęby niczym ziarna ryżu.
Nic.
Spotykam natomiast Ludzi Węży. Chyba pełne załogi tamtych okrętów, które przypłynęły nocą. Nie widzę, żeby kogokolwiek kupowali. Kręcą się jednak wśród namiotów i zaglądają niewolnikom w twarze, jakby kogoś szukali.
Zupełnie tak jak ja.
Nie podoba mi się to.
Ale nie znajduję moich poszukiwanych ani żadnego po nich śladu. Nikt nie reaguje na nawoływania po angielsku, nikt nic nie wie.
Kamień w wodę.
Pojutrze wypływamy. Chodzę więc wśród straganów i szukam czegoś, co może zastąpić mi kawę, herbatę i tytoń. Wącham jakieś nasiona, duże, owalne orzechy, podobne do przerośniętych migdałów, rozmaite zioła. Pokazuję kupcom fajkę i tłumaczę, do czego służy. W końcu dostaję woreczek jakichś podejrzanych liści. Kupuję tytułem eksperymentu, podobnie jak orzechy, bo mają miły, orzeźwiający zapach. Dostaję też sprasowane, lepkie owoce, bardzo słodkie, które zastąpią mi kończący się miód. Kupuję również nowy płaszcz i portki, nowy kociołek. Odnawiam zapasy, ale nie znajduję nigdzie przedmiotów z nadrukiem „Made in Taiwan”, żadnych ziemskich artefaktów.
Na pokład wchodzą kupieni przez załogę niewolnicy. Ponad pięćdziesiąt osób. Zazwyczaj dosyć młodzi mężczyźni, tacy w wieku poborowym. Na mnie sprawiają wrażenie dzieci. Będą mieszkali w ładowni na międzypokładzie i obsługiwali wąskie, prawie czterometrowe wiosła, opuszczane przez odsuwane kluzy w burtach.
Żeglarze zdejmują im okowy, co przyjmuję z ulgą.
Jeden z żeglarzy imieniem Etil Skrzydlata Tarcza kupuje stado krów i schodzi z okrętu. Zostanie w mieście, ma zamiar pędzić bydło lądem do domu.
Podczas włóczęgi wśród chat i straganów natykam się na warsztat rzeźbiarza, który robi pamiątkowe płyty nagrobne. To kawał skały, zawierający warstwy jasnego i ciemnego kamienia. Mężczyzna odkuwa brzeg skały, zostawiając jasną, płaską powierzchnię, na której ryje rozmaite obrazki, przedstawiające sceny z życia zmarłego, ozdabia je wokół wzorami i wycina napisy.
Wunlif Niosący Wilka.
Ten, co kiedyś pokonał trzech amitrajów złamanym wiosłem i który umiał skruszyć serce najtwardszego woja pieśnią.
Płaczcie po nim.
Ryty przebijają jasną powierzchnię i docierają do ciemnego minerału pod spodem, więc są bardzo wyraźne. W warsztacie cały czas słychać łoskot dłut i młotów. Okręty wracają, kamieniarz ma pełne ręce roboty. Kupuję sobie dwa duże kawałki deski i grzebię w ogniskach, szukając odpowiednich kawałków węgla. Kiedy szkicuję, zbiera się wokół mnie niewielki tłum. Dzieci zaglądają mi przez ramię, gapie śmieją się i dają dobre rady.
Kamieniarz ma więcej zamówień niż czasu, więc muszę go przekonać całym złotym gwichtem. Ale wtedy rzuca wszystko i jestem dla niego klientem roku. Przestaje nawet podsuwać mi swoje pomysły, zgadza się też na to, że kamienie mają stanąć przy drodze, a nie na klifie.
Wzory nie są skomplikowane, więc nie zabiorą mu dużo czasu. Dwie płyty. Jedna z wyraźnym napisem po angielsku:
Do ocalałych ze stacji Midgaard II. Przybyłem na ratunek. Pytajcie o Ulfa Nocnego Wędrowca.
Kieruję się do Ziemi Węży przez Ziemię Ognia. Tam też można zostawiać informacje lub poczekać na dworze styrsmana imieniem Atleif Krzemienny Koń.
Vuko Drakkainen.
Napis na drugiej został wykonany runami Wybrzeża i głosił, że niejaki Ulf Nitj’sefni zapłaci srebrem za wieści o czworgu Czyniących o rybich oczach, które... i tak dalej. Nad tym znajdowały się cztery twarze, które naszkicowałem węglem na desce, posługując się cyfralem i wyświetlając sobie wizerunki rozbitków na zamkniętych powiekach. Obrazki musiały zostać uproszczone i wystylizowane tak, żeby mogły zostać wyrysowane węglem na desce, a następnie wyryte w kamieniu, ale zachowałem cechy charakterystyczne. Jeżeli rozbitkowie zobaczą je i wrócą na Ziemię, pozwą mnie do sądu.
Stałem kamieniarzowi nad głową, kiedy rzeźbił oczy. Uprzedziłem go, że jeżeli tym demonom zrobi się normalne oczy, zaczną widzieć i niechybnie sprowadzą zimną mgłę.
Rzeźbił i o nic nie pytał.
Możesz sobie być wariatem, jeżeli jesteś bogaty.
Odwiedzam jeszcze Wędzonego Ulle. Tym razem nie spadam z dachu, nie wbijam niczego w ściany ani nikim nie poniewieram. Zostawiam mu jeszcze jednego gwichta na przyszłość i przypominam, czego szukam.
— Jeden Wąż znowu o ciebie pytał — mówi. — Nie lubię tego. Nie lubię, kiedy do mnie przychodzą. Psują mi tylko interes. Tym razem to już pytał właśnie o ciebie. O bardzo wysokiego, rosłego męża, zwanego Wędrujący Nocą. Powiedziałem mu, że od paru dni cię nie widziałem, ale słyszałem, że biłeś się w Kręgu Ognia o jakiegoś konia. Tyle mu rzekłem. Chyba, bo potem znowu ocknąłem się jak ze snu, a Węża nie było.
Kiwam głową i daję mu tego gwichta na wszelki wypadek.
Ludzie Węże stanowczo zaczynają mnie interesować. Problem w tym, że nigdzie ich nie widać. Próżno szukać ich na ulicy, jarmarku albo na wzgórzu narad. A potem wyskakują jak diabliki z pudełka. W zaułku. W Kręgu Ognia. U Wędzonego. Na targu niewolników. Wiedzą, że nie są mile widziani, ale też nie ukrywają się. Po prostu pojawiają się, gdzie chcą, załatwiają swoje i nagle znikają.
Jak węże.
Ostatnie godziny spędzam na nabrzeżu, popijając to drogie, niby lepsze piwo i obserwując. W rzeczywistości po prostu siedzę i myślę. Czuję już, że niczego nie załatwię w porcie Żmijowe Gardło. Teraz czas mi w drogę do krainy Węży. Wiem, że podróż na statku w górę rzeki zaoszczędzi mi masę czasu, ale i tak dostaję objawów, które mój znajomy skipper nazywał „porcicą”. To choroba psychiczna, związana z niemożnością wypłynięcia z portu. Bo awaria, bo trzeba wymienić czip w silniku, bo ktoś nie dojechał. Więc łazisz tam i nazad i czekasz. W porcie.
Znowu odwiedzam bazar. Kupuję czarny półkożuszek z kapturem, niestety, takich z emblematami Węży nikt nie sprzedaje. Zwój porządnej liny i wiązkę zamorskich ziół, którymi kobiety czernią brwi. Dziegieć albo jakieś inne smarowidło znajdę sam, choćby na statku. Barwnik, którym będzie można imitować tatuaże, zrobię z sadzy zmieszanej z tłuszczem, a czerwony z ochry. Amulet mam. W razie potrzeby mogę z daleka uchodzić za jednego z nich.
Z jednym wyjątkiem, którego Lodowiec jakoś nie wziął pod uwagę.