Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Sammy wzdrygnął się na dźwięk mojego imienia, ale nadal patrzył Elisie prosto w twarz, jakby nie mógł odwrócić wzroku. Minęło pełne dziesięć sekund, zanim odwrócił powoli głowę i spojrzał na mnie. Uśmiechnął się, smutny, ale nie zaskoczony.
– Hej – rzucił i zabrzmiało to bardziej jak szept. Isabelle rozsiadła się obok Elisy i wszyscy wrócili do rozmowy, dzięki czemu ta chwila nabrała intymności.
– Cześć – powiedziałam, starając się zachować pozory obojętności, podczas gdy mój umysł rozpaczliwie próbował przeanalizować nową sytuację. Kiedy Kelly dała nam ostateczną listę członków grupy, wspomniała, że Isabelle Vandemark zgodziła się pojechać, o ile będzie jej wolno zabrać asystenta. Kelly zgodziła się, oczywiście. Czy to oznaczało, że Isabelle nie jest dziewczyną Sammy'ego? Musiałam to wiedzieć.
– Tu jest miejsce. Machnęłam gdzieś na lewo. – Jeżeli go szukasz.
Spojrzał na Isabelle, która sprawiała wrażenie zupełnie nie-zainteresowanej miejscem jego pobytu, i zaczął ostrożnie przechodzić nad nogami i torbami, kierując się w moją stronę. Stanowił całkowite przeciwieństwo ekstrawaganckiego Leo czy starannie ubranego Philipa, na swój sposób jednocześnie bardziej męski i bardziej bezbronny. Kiedy opadł na skórzany fotel obok mnie, miałam wrażenie, że z luksusowej kabiny zniknęło całe powietrze.
– Bette… – zaczął, mówił tak cicho, że musiałam pochylić się, by go słyszeć – nie miałem pojęcia, że tu będziesz. Strasznie mi przykro. Naprawdę nie wiedziałem, że to twoja wyprawa.
– Co? Po prostu ci powiedziała, że jedziecie na kilka dni do Stambułu? – zapytałam, powstrzymując łzy.
– Tak, jeżeli możesz w to uwierzyć, tak właśnie było. Wspomniała w zeszłym tygodniu, że chciałaby, żebym pojechał z nią na jakąś wycieczkę fundowaną przez prasę, ale dopiero wczoraj potwierdziła, że jedziemy. O nic nie pytałem. Po prostu spakowałem torbę.
– Tak po prostu jeździsz tam, gdzie ci każe? A co z pracą? Co ze szkołą? Nie rozumiem, jak możesz wszystko rzucić, bo ona tego chce. Tu nikt nie ma stałej pracy, więc nie ma w tym nic dziwnego, że jadą do Stambułu, bo mają na to ochotę. Rzuciłeś pracę?
Początkowo wyglądał na zmieszanego, potem jego twarz stwardniała.
– Nie, w pracy to rozumieją. Czasami coś mi wypada.
– Tak, teraz to ma sens – syknęłam ze złością. – Wytłumaczyłeś wszystko jasno i wyraźnie.
– Bette, przepraszam, po prostu to jest skomplikowane. Ona jest skomplikowana.
Zmiękłam trochę, widząc, jaki jest przygnębiony.
– Słuchaj, Sammy, przepraszam. To nie moja sprawa. Jestem tylko zaskoczona, to wszystko. – Przyszło mi do głowy, że niestety, w ogóle nie musi mi się tłumaczyć. Od czasu Pocałunku widziałam go tylko w Bungalowie. Pewnego wieczoru miał awanturę z grupą ubranych w ciuchy khaki bankierów, którym nie podobało się, że muszą stać na chodniku. Spojrzał tylko na mnie, uśmiechnął się lekko i podniósł sznur, żeby mnie przepuścić.
– Zapomnijmy o tym na razie, dobrze? Miałem koszmarny dzień, starając się ją tu dowieźć – westchnął i zamknął oczy.
Pomyślałam o ostatnich dziesięciu godzinach, o potwornym „Praniu Brudów” i zamiast spierać się z nim, czyj dzień był gorszy, uznałam, że może Sammy jeszcze tego nie widział. Byłoby to pierwsze pozytywne wydarzenie dnia.
Załodze udało się rozwiązać problem z bagażem i po kilku niepokojąco pobieżnych instrukcjach awaryjnych ze strony stewardes wznieśliśmy się w pozbawione księżyca niebo. Nie minęło kilka minut, a Elisa zaczęła dzielić górkę pigułek usypaną przed nią na stoliku i rozpoczęła licytację, jakby prowadziła aukcję w Sotheby's.
– Pobudzacze, spowalniacze, co dla kogo? Chcemy imprezować czy spać? – zapytała grupę, która zaczynała się nudzić. – To oczywiście nieoficjalnie, tak? – zwróciła się do reporterów, którzy po prostu pokiwali apatycznie głowami.
– Spać – jęknęła Isabelle. – Miałam koszmarny dzień i jestem wykończona.
– Zdecydowanie spać – zgodził się Leo, zsuwając tenisówki od Prady i strzelając w powietrzu natalkowanymi palcami u nóg.
Davide kiwał głową i nawet Philip zgodził się, że może rozsądnie byłoby przespać lot, skoro głównym zadaniem na najbliższe cztery dni jest nieustanne imprezowanie.
– Ale z was nudziarze! – powiedziała dziecinnym głosikiem Elisa, kręcąc głową z udawanym rozczarowaniem. – Ale skoro wszyscy tego chcą… czym mogę służyć?
– A co masz? – zapytał Emanuel, argentyński miliarder, nie wykazując specjalnego zainteresowania. Wyglądało na to, że ledwo mógł podnieść twarz znad kieliszka martini wielkości miski, który trzymał obiema rękami.
– Cokolwiek zechcesz. Powiedz mi tylko, czego ci potrzeba. I tak musimy pozbyć się tego przed lądowaniem. Oglądałam „Midnight Express” i nie chcę brać w tym udziału – obwieściła.
– Tak, nie można drażnić Turków narkotykami – zgodził się Philip. – Recepcjonista zajmie się nami, kiedy już dojedziemy, ale nie radziłbym niczego wwozić.
– Poproszę dwa razy valium – oświadczył Leo.
– Xanax dla mnie.
– Masz może ambien? Jeśli wezmę dwa i popiję drinkiem, powinno być dobrze.
– A może percocet? Możesz to znaleźć?
Wszyscy cierpliwie czekali na swoją kolej, a Elisa obchodziła kabinę, dostarczając każdemu to, co zamówił, zawsze znajdując żądaną markę i dawkę. Tylko Sammy i ja niczego nie wzięliśmy, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Zapaliłam papierosa, żeby nie wyglądać zbyt anielsko, ale w tym towarzystwie nie liczyło się to jako udział w libacji. Sammy wymówił się bólem głowy i spytał Philipa, czy może położyć się w sypialni.
– Nie mój samolot, stary, więc proszę bardzo. Tylko się nie obraź, jeżeli wkrótce poproszę cię, żebyś stamtąd wyszedł – powiedział poufale Philip, jednocześnie lubieżnie zerkając w moją stronę.
Wzdrygnęłam się, ale zdołałam podnieść podnóżek i skupić się na kilka minut na Pulp Fiction, które właśnie zaczęto wyświetlać na ekranie plazmowym wielkości ściany. Nawet mnie to wciągnęło i udawało mi się nie myśleć o Sammym przez całe trzydziestosekundowe wycinki czasu, kiedy podbiegła Elisa.
– Dobrze, więc nadal jakby nie mam jasności – powiedziała, rozrywając folię z nowej paczki marlboro lights. – Kim jest ten facet?
– Który facet? Sammy?
– Facet Isabelle. Co ma na myśli, mówiąc, że pracuje w Bungalowie?
– Jest tam bramkarzem, Eliso. Widziałaś go pewnie z tysiąc razy.
– Bramkarzem? Co bramkarz robi na naszej wycieczce? – syknęła. Niemal natychmiast obrzydzenie na jej twarzy zmieniło się w zrozumienie. – Ach, dotarło. Jest jednym z Chłopaków ze Śródmieścia. Tak, teraz to zupełnie zrozumiałe.
– Nie sądzę, żeby mieszkał w śródmieściu – powiedziałam, próbując skojarzyć, czy w ogóle wiem, gdzie Sammy mieszka.
Popatrzyła na mnie ze wzgardą.
– Bette, przecież znasz Chłopaków ze Śródmieścia. To firma, która wynajmuje przystojnych facetów jako barmanów, ochroniarzy i kelnerów na prywatne przyjęcia i imprezy. Ty sama zamawiałaś tych ładnych chłopców do pracy na imprezie BlackBerry, prawda? Więc ci ze Śródmieścia są o wiele bardziej ekskluzywni. I jest tajemnicą poliszynela, że zaspokajają wszelkie potrzeby klientów.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Tylko to, że nie byłabym zdziwiona, gdyby Isabelle trzymała Sammy'ego za jakimś tam wynagrodzeniem, żeby towarzyszył jej na różnych imprezach, pracował na przyjęciach, dotrzymywał towarzystwa. Te rzeczy. Jej męża raczej niespecjalnie obchodzą zobowiązania towarzyskie.