Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
W tym czasie zostałam wyróżniona stymulującymi, stanowiącymi istotne wyzwanie zadaniami w rodzaju nadzorowania załadunku Louisów Vuittonów i dopilnowania, by na pokładzie znalazł się wystarczający zapas „Rosy do twarzy Evian”, nie miałam więc zbyt wiele czasu, żeby stresować się takim drobiazgiem jak przedstawienie mnie jako kłamliwej prostytutki-oszustki w najmodniejszej, najbardziej poszukiwanej plotkarskiej gazecie, drobną sensacyjką, która dotarła do wszystkich moich przyjaciół, współpracowników i członków rodziny. Zbliżaliśmy się do ustalonego na godzinę piątą planowego wylotu – obecni byli wszyscy oprócz jednej osoby, zaproszonej w ostatniej chwili, bywalczyni salonów, oraz jej „gościa”, którzy zadzwonili, że tkwią w korku w tunelu Lincolna – kiedy nastąpił pierwszy kryzys.
Walizek było tak dużo, że bagażowi nie mogli zmieścić ich wszystkich w samolocie.
– Mamy na dzisiejszy lot komplet pasażerów – powiedział mi jeden z nich. – Można założyć, że gulfstream pięć mieści średnio sześć sztuk średniej wielkości albo cztery sztuki ponadwymiarowe na osobę, ale ta grupa znacznie przekroczyła ten limit.
– Jak znacznie?
– No cóż – mruknął, marszcząc czoło. – Wypada średnio po cztery ponadwymiarowe sztuki na osobę. Jedna dziewczyna ma siedem, w tym kufer tak duży, że musieliśmy wyprowadzić z hangaru dźwig, żeby go wciągnąć na pokład.
– Co pan proponuje? – zapytałam.
– No cóż, proszę pani, najlepszy możliwy scenariusz to wyeliminować kilka sztuk bagażu.
Z pełną świadomością, że będziemy realizowali najgorszy scenariusz z możliwych, uznałam, że wykażę wolę współpracy i sprawdzę, czy ktoś wyrazi chęć rozstania się z częścią dobytku. Wspięłam się na pokład odrzutowca, pożyczyłam od drugiego pilota słuchawkę interkomu i wyjaśniłam naszą sytuację przez głośnik. Jak było do przewidzenia, odezwały się śmiechy i gwizdy.
– Ty chyba, jakby, żartujesz – stwierdził Oliver, śmiejąc się histerycznie. – To, kurwa, prywatny samolot. Powiedz im, że mają coś wymyślić. – Oliver, jako założyciel funduszu hedgingowego, który odnosił takie sukcesy, że „Gotham Magazine” nazwał go Najbardziej Pożądanym Kawalerem Manhattanu Roku 2004, był przyzwyczajony do wydawania podobnych zarządzeń.
– Jeżeli choć przez sekundę myślisz, że pojadę bez butów, to jesteś, niestety, w błędzie – oświadczyła Alessandra. – Skoro pamiętałam, żeby zabrać puste kufry, żebym wracając do domu mogła zapakować to, co kupię, to oni chyba mogą wymyślić, jak je tam dowieźć. – Jej matka była notoryczną zakupoholiczką. Zasłużenie cieszyła się złą sławą, wydając co roku miliony na ubrania, buty i torebki, w stylu Imeldy Marcos. Jak widać, to jabłko padło niedaleko od jabłoni.
– Przestań się tak zamartwiać, kochanie. Chodź tu i weź sobie jakieś małe piciu. Niech załoga się tym zajmie, w końcu za to im płacimy. – To oczywiście Philip, który leżał rozwalony na jednej z pokrytych kremową skórzaną tapicerką kanap w koszuli w kratkę od Armianiego rozpiętej o jeden guzik za daleko. Elisa wydawała się równie mało przejęta, siedziała na kolanach Davide'a, skupiona na podłączaniu swojego iPoda do głośników kabinowego zestawu stereo.
No i dobrze. Jeżeli nikt się tym nie przejmuje, to i ja nie muszę. Poza tym, o ile nie zostawimy mojej usztywnianej, zdecydowanie niemodnej srebrnej walizki Samsonite, stanowiącej cały mój bagaż, to naprawdę nie jest mój problem. Przyjęłam kieliszek szampana od stewardesy, której idealną figurę uwydatniał granatowy uniform, i zaczęłam słuchać jednego z pilotów, też o wyglądzie gwiazdy kina, z kształtną szczęką w stylu Brada i subtelnymi pasemkami, gdy omawiał w skrócie plan lotu. Po oględzinach pasażerów i załogi zdałam sobie sprawę, że wszyscy obecni z wyjątkiem niżej podpisanej, wyglądają, jakby wyszli wprost z odcinka serialu Dynastia, fakt zaledwie lekko deprymujący.
– Czas lotu powinien zamknąć się w dziesięciu godzinach, z minimalnymi turbulencjami przy przelocie nad Atlantykiem – powiedział pilot ze zniewalającym uśmiechem i trudnym do zidentyfikowania europejskim akcentem. Nikt aż tak przystojny nie powinien być odpowiedzialny za nasze życie, pomyślałam. Ktoś nieco brzydszy i mniej modny miałby szansę mniej pić i lepiej się wysypiać.
– Hej, Helmut, a może zboczylibyśmy tym cackiem na Mykonos i tam zostali? – zawołał do pilota Philip.
Rozległ się aplauz.
– Mykonos? – spytała Camilla, dziedziczka fortuny kosmetycznej. – Tam jest, jakby, o tyle atrakcyjniej niż w Bejrucie. Przynajmniej mają cywilizacją. Mają tam Nobu *.
Helmut się roześmiał.
– Powiedzcie tylko słowo, dzieciaki, a zabiorę was, dokąd zechcecie.
Kobiecy głos wzniósł się ponad resztę. Dochodził ze schodów prowadzących z pasa startowego.
– Jedziemy na Mykonos? – Usłyszałam, że pyta kogoś, kogo nie mogliśmy zobaczyć, bo jeszcze nie pojawił się w drzwiach. – Myślałam, że do Stambułu. Chryste panie, mój pieprzony rzecznik prasowy nie jest w stanie niczego dokładnie zrozumieć. A nastawiłam się, że kupię turecki dywan! – zawodziła.
Przyszło mi do głowy, że musi to być Isabelle, nasza brakująca gwiazda towarzystwa, niepracująca, która z całą pewnością mogłaby się obejść bez rzecznika prasowego. Właśnie kiedy pomyślałam, że wie, że Stambuł znajduje się w Turcji, para weszła na pokład i się rozejrzała – para składająca się, jak to para, z dwóch osób. Mój mózg potrzebował sekundy na odnotowanie, że męską połowę tej konkretnej pary stanowi… Sammy. Mój Sammy.
– Isabelle, skarbie, oczywiście jedziemy do Stambułu, tak jak ci powiedziano. Chłopcy po prostu żartują. Wiesz, co się z nimi dzieje, kiedy ktoś wspomni o greckich wyspach! Zostaw rzeczy tam, gdzie jesteś, i choć się napić. – Elisa pospieszyła pocieszyć kobietę, którą natychmiast rozpoznałam jako tę z parku, ale nigdy przedtem nie połączyłam jej z imieniem Isabelle. – I przedstaw nas swojemu wspaniałemu przyjacielowi.
W tym momencie Sammy zamarł. Wyglądał na tak spiętego i zakłopotanego, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie zemdleje. Nie widział mnie jeszcze, nie obejrzał całej grupy, ale zdołał coś wymamrotać.
– Jestem Sammy. Z Bungalowu – powiedział dziwnie cienkim głosem.
Elisa patrzyła na niego nierozumiejącym wzrokiem, a Isabelle walczyła z olbrzymią torbą od Louisa Vuittona, starając się wciągnąć ją na pokład. Uderzyła go dłonią w ramię i wskazała głową torbę, którą on podniósł bez wysiłku i umieścił pod jednym ze skórzanych siedzisk.
– Z Bungalowu? Spotkaliśmy się tam kiedyś? – pytała Eliza z wyrazem konsternacji na twarzy. Przypomniało mi się, że kiedy chodziłyśmy tam razem, widziałam, jak flirtuje z Sammym, obejmuje go, jak mu dziękuje i w ogóle traktuje, jak gdyby byli najlepszymi przyjaciółmi. O ile mogłam się zorientować, wcale teraz nie udawała, naprawdę nie miała pojęcia, kim on jest.
Teraz już wszyscy zwrócili uwagę na dziwną scenę, która rozgrywała się na ich oczach, i musieli się zastanawiać, czemu właściwie ten atrakcyjny facet wygląda tak znajomo, skoro nie potrafią go skojarzyć.
– Pracuję tam – powiedział cicho, patrząc jej prosto w twarz.
– W Bungalowie? – Elisa najwyraźniej była jeszcze bardziej zbita z tropu. – Aa, rozumiem! Chcesz powiedzieć, że spędzasz tam tyle czasu, że czujesz się tam zupełnie jak w biurze! Tak, dokładnie cię rozumiem. My też, prawda Bette? – Zachichotała i upiła łyk szampana, czując ulgę, że rozwiązała zagadkę.
* Nobu – restauracja japońska, mająca filie m.in. w NY i Londynie.