KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Trzeba uporządkować myśli, przeanalizować wszystko od samego początku, przypomnieć sobie szczegółowo wydarzenia minionej nocy.
Kiedy w końcu udało się odstrzelić kłódkę i mogliśmy wejść do korytarza, pościg za Lindem był już zupełnie bezsensowny. Ale w gorączce akcji nie od razu to zrozumieliśmy. Świecąc zabraną ze stołu latarnią, Fandorin biegł na przedzie, a ja za nim - lekko pochylony, żeby nie uderzyć głową o niski sufit. Kołyszące się światło wyławiało z ciemności siatki pajęczyn, jakieś skorupy pod nogami, wilgotny blask gliniastych ścian.
Po dwudziestu krokach korytarz się rozdwoił. Erast Piotrowicz przysiadł na sekundę, poświecił w dół i nabrawszy pewności, skręcił w prawo. Po półminucie tunel znowu się podzielił. Po przestudiowaniu śladów, doskonale widocznych na tłustej warstwie pyłu, ruszyliśmy w lewo. Jeszcze siedem czy osiem takich rozwidleń pokonaliśmy łatwo, a potem olej w lampie się wypalił i zostaliśmy w zupełnej ciemności.
- Wspaniale - wymamrotał ze złością Fandorin. - Po prostu wspaniale. Teraz już nie ma po co gonić Linda, nawet drogi powrotnej nie znajdziemy. Kto by pomyślał, że to taki labirynt. Ryli tu przez trzysta lat albo i w-więcej: i mnisi w latach smuty, i zbuntowani strzelcy, i raskolnicy, ukrywający przed patriarchą Nikonem stare księgi i cerkiewne srebro, a sądząc po tych kamiennych galeriach, kiedyś pewnie były tu i kamieniołomy... Dobrze, Ziukin, pójdziemy na chybił trafił.
Trudno było przemieszczać się w ciemności, szliśmy bardzo powoli. Kilkakroć przewróciłem się, potykając na nierównościach. Raz, kiedy upadłem, z piskiem wyskoczyło spode mnie coś żywego. Złapałem się za serce. Mam taką wstydliwą, niemęską słabość - nie znoszę szczurów i myszy. To przemykające, złodziejskie plemię jest z jakiegoś powodu głęboko nienawistne mojemu jestestwu.
Innym razem zaczepiłem nogą o coś podobnego do korzenia, co po obmacaniu okazało się klatką piersiową martwego człowieka.
Kiedy upadłem po raz trzeci, coś zabrzęczało pode mną. Złapałem się za kieszeń - „Orłowa” w niej nie było.
- Kamień wypadł! - krzyknąłem przerażony.
Fandorin zaświecił zapałkę i zobaczyłem rozwalony garnek, w którym mętnie pobłyskiwały nierówne krążki. Wziąłem jeden - stara srebrna moneta. Ale teraz nie monety mnie interesowały. Czyżbym upuścił brylant wcześniej, podczas któregoś z poprzednich upadków? Niełatwo będzie go odzyskać.
Dzięki Bogu, w świetle trzeciej zapałki Erast Piotrowicz dostrzegł na wpół zaryty w pyle kamień. Podniósł go i schował do własnej kieszeni, a ja nie śmiałem mu się sprzeciwić. Nasypałem sobie w kieszenie ze dwie garście monet i poszliśmy dalej.
Nie wiem, ile godzin tak chodziliśmy. Od czasu do czasu siadaliśmy, żeby odpocząć. Drugą noc z rzędu spędzałem pod ziemią i niech to... Zaiste trudno powiedzieć, która z nich była mniej wstrętna.
Nie mogliśmy nawet sprawdzić godziny, ponieważ zapałki wkrótce zwilgotniały i nie chciały płonąć. Kiedy już drugi raz potknąłem się o znajome szczątki, zrozumieliśmy, że krążymy w kółko. Wtedy Fandorin rzekł:
- Wiecie, Ziukin, tak nic z tego nie wyjdzie. Chcecie, żeby po naszych żebrach biegały szczury?
Zadrżałem.
- I ja nie chcę. A to oznacza, że nie starczy już nadzieja, że „jakoś to będzie”. Potrzebny jest system. Teraz będziemy poruszać się tak: dokładnie liczymy z-zakręty. I zawsze - jeden w prawo, następny w lewo. Naprzód!
Ale po wprowadzeniu „systemu” szliśmy jeszcze bardzo długo, zanim w końcu dostrzegliśmy w oddali słabe światełko. Pierwszy rzuciłem się w jego kierunku. Korytarz zwęził się, podłoga zrobiła nierówna, trzeba było czołgać się na czworakach, ale to mi wcale nie przeszkadzało, ponieważ światło stawało się coraz mocniejsze. Już na samym skraju złapałem się ręką zimnego, gładkiego korzenia, a ten nagle z wściekłym sykiem wyrwał mi się z dłoni. Żmija! Jęknąłem, cofnąłem się i trzepnąłem głową o kamień. Na wąskim łbie uciekającego gada dostrzegłem żółte plamki - to był zwykły zaskroniec. Ale serce i tak biło mi jak oszalałe.
Labirynt wyprowadził nas na podmyty brzeg rzeki. Zobaczyłem owiniętą w poranną mgłę ciemną barkę, dachy magazynów, a nieco w głębi łuki mostu kolejowego.
- Niedaleko odeszliśmy - stwierdził Fandorin, prostując się i otrzepując swój poplamiony kaftan woźnicy. Długiej czarnej brody zdążył się już pozbyć, kapelusz z szerokim rondem zgubił, jak mi się wydaje, jeszcze w piwnicy kapliczki.
Podążyłem za jego spojrzeniem. O kilkaset kroków od nas, oświetlone porannymi promieniami słońca, miękko pobłyskiwały kopuły monasteru Nowodiewiczego.
- Widać tym przejściem mnisi potajemnie przekradali się do rzeki - odezwał się Fandorin. - Ciekawe, w jakich celach.
Mnie wcale to nie interesowało.
- O, tam jest kaplica! - wskazałem. - Chodźmy szybciej. Panowie Karnowicz i Łasowski pewnie się nas naszukali. I to nie tyle nas, ile „Orłowa”. Ale się ucieszą!
Uśmiechnąłem się. W tej chwili - za sprawą przestrzeni, światła, porannej świeżości przepełniało mnie szczególne poczucie pełni życia, którego ongiś, najpewniej, doznał wskrzeszony Łazarz.
- Chcecie zwrócić „Orłowa” Karnowiczowi? - spytał z niedowierzaniem Fandorin.
Z początku wydało mi się, że się przesłyszałem, ale potem pojąłem, że pan Fandorin, tak jak ja, cieszy się z pomyślnego zakończenia koszmarnej nocy i dlatego jest skory do żartów. No cóż, bywają takie okoliczności, w których i Ziukin lubi pożartować, choćby nawet z niezbyt przyjemnym rozmówcą.
- Nie, chcę go odnieść doktorowi Lindowi - odpowiedziałem, lekkim uśmiechem dając do zrozumienia, że doceniłem żart i odpowiadam w tym samym tonie.
- No właśnie. - Erast Piotrowicz z powagą skinął głową. - Jeśli oddamy b-brylant władzom, to więcej go nie zobaczymy. A wtedy chłopczyk i Emilia zostaną skazani.