Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Aerin poczuł przypływ dumy. Jego krew. Wystarczą dwa słowa i syn wyciągał dalej idące wnioski niż gubernator.
– To nas nie dotyczy. Lato co jakiś czas przychodzi nieco wcześniej i wysusza stepy nieco bardziej niż zwykle. Wtedy koczownicy walczą między sobą o pastwiska i wodę dla stad. Zresztą gubernator już o tym wie, za pół miesiąca wszystkie stanice zostaną wzmocnione.
– A miasto?
– Miasto? A cóż nam może grozić za murami? Nie martw się, skończy się na tym, że w przyszłym roku wołowina będzie droższa.
Kupiec przeciągnął się, aż trzasnęło w stawach.
– A teraz zmykaj. A ty, moja droga, idź do swojej komnaty i poczekaj na matkę. Tylko bez takich min proszę.
Wstał i skierował się do wyjścia. Cień spod ściany poruszył się i podążył za nim.
—— • ——
– Kochasz mnie?
Leżeli zdyszani, spoceni, ciągle jeszcze czując na wargach smak swoich ciał.
– Tak.
– Jak bardzo?
– Znowu pytasz? Dlaczego?
– Odpowiedz!
– A jeśli nie...?
Wywinęła się jak łasiczka i już siedziała na nim okrakiem. Złapała go za nadgarstki, przytrzymała jedną ręką, drugą zaczęła łaskotać.
– Odpowiedz!
Wytrzymał kilka sekund, potem szarpnął się, aż zaskrzypiało całe łóżko.
– Cicho. Bo ktoś usłyszy.
– Myślisz, że ktokolwiek odważy się wejść do mojej komnaty? Kiedy mogę mieć odkrytą twarz?
– Nie zbaczaj z tematu, ty gartafanrze.
Zachichotał.
– Wiesz chociaż, co znaczy to słowo?
– Mam pełne zaufanie do Harriba. Ojciec mówi, że nikt nie potrafi tak kląć jak koczownicy. – Dźgnęła go palcem pod pachę. – Odpowiedz.
– Mówiłem już wiele razy.
– Jeden raz więcej nie zaszkodzi. A tysiąc razy będzie akurat. Oczywiście na dzisiaj... – Delikatnie dotknęła jego warg. – Uśmiechasz się.
– Tak.
– Śmiejesz się ze mnie – rzuciła oskarżycielsko.
– Skądże znowu. Właśnie dlatego się w tobie zakochałem. Byłem sam, wśród obcych, daleko od domu. A ty nauczyłaś mnie, co to jest uśmiech. Byłaś jak chłodny strumień pośrodku pustyni.
– Byłam?
– Byłaś, jesteś, będziesz. Jesteś jak pożar stepu i wiosenny deszcz, jak wschód słońca i tęcza, poranna rosa na płatkach kwiatu i polujący sokół. Wszystkie te cudowne, niezwykłe rzeczy, które sprawiają, że czuję się szczęśliwy i...
W miarę, jak mówił, pochylała się coraz niżej, aż wreszcie przerwała mu delikatnym pocałunkiem. Po chwili ześlizgnęła się niżej i przyłożyła ucho do jego piersi.
– Mów dalej – poprosiła szeptem.
– Co?
– Wiesz. Dlaczego mnie kochasz.
– Znowu, seyqui allafan?
– Co to znaczy?
– W naszych górach, pomiędzy spalonymi słońcem skałami, można znaleźć nieliczne źródełka. Wokół nich często rosną małe, jasne kwiaty. Tak właśnie je nazywam. To dar od Wielkiej Matki, przypominają i niosą nadzieję.
– Nie chcę żebyś rozmawiał o religii. Mów o nas.
– O nas?
– Tak.
– A pamiętasz chociaż, jak się spotkaliśmy?
– Pewnie, minęło już, eee... prawie trzy lata.
Ponownie zaczęła badać palcami jego twarz.
– Znowu się uśmiechasz.
– Niezła wtedy wybuchła awantura. Twoja matka o mało nie dostała histerii...
—— • ——
Dziesięć ciężkich, wysokich i krytych wozów wjeżdżało przez bramę z ciemnego drewna na rozległy plac. Jego dwa boki stanowił dwunastostopowy, zwieńczony żelaznymi kolcami mur, pozostałe dwa tworzyły budynki. Ten naprzeciwko bramy był parterowy, jasny, ozdobiony kolumienkami, łukowato zwieńczonymi oknami i klasycznym małym tarasem. Po stalowych kratownicach pięły się zielone winorośle. Niewyróżniająca się letnia rezydencja bogatego kupca. Do lewego skrzydła pałacyku przylegało kilka zabudowań gospodarczych. Czysto, schludnie i praktycznie. Nic szczególnego. Przy stajniach gromadziła się już służba, pachołkowie i stajenni czekali, aż wozy się zatrzymają, żeby zająć się ludźmi i końmi.
Na tarasie stała kobieta, dość młoda, o przepięknych jasnoblond włosach, ubrana w wytworną ciemnoczerwoną suknię. Obok niej nerwowo podskakiwała dwójka dzieci.
– Jedzie, jedzie! – Chłopiec wyciągnął szyję jak ciekawski źrebak. – Na drugim wozie!
Ruszył biegiem, jakimś cudem unikając stratowania przez kilka luzaków prowadzonych właśnie do stajni.
– Erath! – Kobieta postąpiła kilka kroków w przód. Towarzysząca jej dziewczynka wydęła pogardliwie wargi.
– Głupek.
Matka spiorunowała ją wzrokiem.
– Isanell, jak ty się wyrażasz. Później o tym porozmawiamy, teraz chodźmy na spotkanie z ojcem.
Za ostatnim wozem właśnie zamykano bramę. Ruszyły przez dziedziniec spokojnym, dystyngowanym krokiem.
– Nie garb się, ramiona wyżej, unieś nieco głowę. I uśmiech moje dziecko, uśmiech.
Po każdym napomnieniu dziewczynka stąpała coraz sztywniej i bardziej nienaturalnie. Robiła się też coraz bardziej ponura. Podeszły do wozu, na którym obok brodatego woźnicy siedział krępy, lekko szpakowaty mężczyzna pod czterdziestkę. Na twarzy miał kilkudniowy zarost.
– Witaj, Ellando – uśmiechnął się radośnie.
Kobieta wykonała dworski ukłon. Dziewczynka powtórzyła go niemal perfekcyjnie.
– Witaj w domu, panie.
Przez twarz mężczyzny przebiegły mieszane uczucia.
– Za co tym razem? – zapytał nieco żałośnie.
– Sześć dni temu przygotowałam ucztę powitalną, ale karawana się nie zjawiła. Myślałam, że oszaleję z niepokoju. Połowa jedzenia rzecz jasna się zmarnowała, a ja nie spałam przez trzy noce, zanim nie doniesiono mi, że w drodze powrotnej zajechałeś do Antaler. Co to było tym razem? Wyższe ceny na jaspis?
Pokręcił głową.
– Niezupełnie. – Dotknął ręką płótna wozu, w miejscu, gdzie ziała niewielka dziurka. Dopiero teraz zauważyła, że tych dziurek było więcej. Spostrzegła też brudnawy bandaż, wystający spod rękawa woźnicy.
– Och, Aerin... – Kobieta przyskoczyła do męża i niemal siłą zwlekła go z kozła. – Kto? Koczownicy? Bandyci? Issarowie? Nic ci nie jest?! – mówiąc to, potrząsała nim energicznie, szukając ewentualnych ran.
Poddawał się tym zabiegom z uśmiechem. Nagle syknął głośno.
– Och, przepraszam, przepraszam, przepraszam. Jesteś ranny? – Zaczęła rozpinać mu kubrak.
– Ell, nie jesteśmy sami... – Schwycił ją znienacka i pocałował. Kilku najbliższych woźniców i tragarzy zagwizdało radośnie.
– Łajdak... – Wyrwała mu się czerwona jak piwonia. – A ja się tak martwiłam. Nie mogłeś przysłać gońca?
– To było tylko kilkunastu bandytów. Chcieli pewnie porwać jeden lub dwa wozy i uciec. Zabiliśmy kilku, reszta uciekła. Ośmiu ludzi zostało rannych. To dlatego poprowadziłem wozy do Antaler. Mają tam najlepszych uzdrowicieli w prowincji. A wiesz, co by się tu działo, gdyby kobiety, których mężowie i synowie pojechali ze mną, dowiedziały się o napaści?
Skrzywiła się.
– Masz rację. Byłam głupia.
– Wcale nie. Po prostu przysłanie gońca mogło tylko pogorszyć sytuację.
Odwrócił się do dziewczynki. Ciągle stała z boku, zła, naburmuszona, najwyraźniej obrażona na cały świat.
– A ty? Nie przywitasz się z ojcem?
Powtórzyła ukłon.
– Witaj, ojcze.
Jęknął dramatycznie.
– I ty też? Za co?
Żona wzruszyła ramionami.
– Mnie nie pytaj. Ostatnio chodzi zła jak stado szerszeni.
Płótno na wozie odchyliło się i wyjrzała stamtąd jasna czupryna chłopca.
– Matka nie pozwala jej jeździć na Siwku. I każe uczyć się poezji. I tańca. Chce z niej zrobić prawdziwą damę. – Zachichotał jak z niezłego dowcipu.
Aerin przyklęknął przed przyszłą damą.