Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 146
Перейти на страницу:

Na chwalę Ojca Mojego Niebieskiego!

Dlaczego Twój Ojciec zostawił cię, abyś w mękach umierał na krzyżu?

Nazarejczyk nie odpowiedział, ale i tak zrozumiałem, że zasiałem w jego duszy ziarno zwątpienia.

Skierowawszy wzrok ku niebu, rozkleił suche, pokryte strupami wargi i zdławionym głosem zachrypiał:

— Boże Mój! Boże Mój! Czemuś mnie opuścił…?

To były jego ostanie słowa, po wypowiedzeniu których opuścił głowę na pierś i wyzionął ducha.

Nie zrozumiałem, czy liczył na to, że otrzyma odpowiedź na swoje pytanie skierowane w pustkę, czy nawet umierając kontynuował przedstawienie dla publiczności.

Nazarejczyku — zawołałem w myśli. — Nazarejczyku…

Chciałem go zapytać, co teraz myśli na temat wiecznego życia, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Ciało przybite do krzyża. Żałosny widok. Człowiek nie powinien umierać w ten sposób.

Odwróciłem się i pokuśtykałem z miejsca kaźni — nic mnie tu już nie zatrzymywało. Człowiek, uważający się za Syna Boga, umarł. I jeśli nawet przed śmiercią nie zdołał, albo, być może, nie chciał darować mi zbawienia, to tylko dlatego, że tak jak nikt na świecie nie był do tego zdolny.

Bóg umarł, a świat pozostał taki sam. To znaczy, że nic nie znaczył dla świata? Nie skupiałem zbytnio swej uwagi na tym pytaniu, gdyż przede mną była cała wieczność, aby znaleźć na nie odpowiedź. Teraz potrzebowałem znaleźć miejsce, w którym wieczność można było przeczekać, nie zwracając na siebie ciągłej uwagi ciekawskich.

Skierowałem się w stronę pustyni. I chociaż przemieszczałem się niewyobrażalnie powoli, do rana moje nogi po kostki zatonęły w grubym żółtym piasku. Z uporem kontynuowałem marsz przed siebie, do samego centrum rozpalonego piekła, nie zwracając uwagi na to, jak rozplątują się bandaże, które jako jedyne nadawały memu gnijącemu ciału pozory kształtu.

Gdy to, co pozostało jeszcze z mojego ciała, runęło na rozpalony piasek, i gdy zrozumiałem, że już więcej nie zdołam ruszyć się z miejsca, uspokoiłem się wreszcie. Zrobiłem wszystko, co mogłem, i nic więcej ode mnie nie zależało.

Mijały dni. Za dnia słońce wysuszało resztki mojego ciała, a nocą podżerali je wychodzący spod stygnącego piasku mieszkańcy pustyni. Wkrótce z mojego ciała pozostał tylko szkielet. Po to, by i kości zmieniły się w proch, potrzebne było niejedno dziesięciolecie. Ale nawet po tym, jak wiatr rozwiał pył, w który obróciło się moje ciało, nadal pozostawałem przykutym do miejsca, w którym kiedyś padłem, by leżeć pod palącymi promieniami słońca.

Mijały wieki. Nauczyłem się korzystać z zalet mojego obecnego stanu. Teraz, pozostając cały czas w tym samym miejscu, mogę rozmawiać z martwymi i obserwować życie żywych. Nazarejczyk nie zmartwychwstał. Niejednokrotnie próbowałem z nim porozmawiać, ale nie odzywa się, gdy go wołam. Być może po śmierci dotarła doń świadomość, że ów cały ból świata, który zamierzał wziąć na swoje barki, przyszło teraz mi dźwigać? Ale nawet jeśli zdawał sobie z tego sprawę, to nie był w stanie zmienić czegokolwiek. Nazarejczyk był teraz martwy, tak jak było martwych miliony, miliony tych, którzy umarli przed nim. Nawet on nie miał władzy nad śmiercią. Do tego temu światu nie jest potrzebny żywy Bóg. Wystarczą mu bajki o Bogu.

Mogę teraz łudzić się nadzieją stania się znów sobą po tym, jak świat zakończy swe istnienie i wszystko, co istnieje, runie w otchłań Wiecznego Niebytu. Nauczyłem się cierpliwości i wiem, że doczekam tej chwili, gdy jako jedyny martwy, zdolny do obserwowania wydarzeń z boku, ujrzę koniec tego świata.

Przełożył Paweł Laudański

John Kessel

DUMA I PROMETEUSZ

Gdyby nie upór matki i siostry Marii, Kitty, panna Maria Bennet, której zainteresowania prawami natury nie sięgały natury ludzkiej, nie poszłaby na bal na Grosvenor Square. Ten sezon należał do Kitty. Pani Bennet już dawno temu postawiła krzyżyk na Marii, ale nadal żywiła nadzieję w związku z jej młodszą siostrą i umyśliła, że postawi Kitty na drodze pana Roberta Sidneya z dworu w Detling, który miał sześć tysięcy funtów rocznego dochodu, i miał się pojawić tego wieczoru. Jako niezamężna, Maria była zmuszona mieszkać z rodzicami i znosić matczyne kaprysy, więc choć nie istniał żaden powód, dla którego Maria miałaby się tam udać, nie znalazła też żadnej dobrej wymówki.

Maria znalazła się więc w sali balowej wielkiego domu, odziana w jedwabną suknię, z upiętymi wysoko włosami i przyozdobiona klejnotami należącymi do siostry. Nie była ani pięknością, jak jej starsza siostra Jane, która szczęśliwie wyszła za mąż, ani dowcipna, jak starsza i szczęśliwa w małżeństwie siostra Elżbieta, ani pełna wdzięku, jak jej młodsza i nieco mniej szczęśliwa w małżeństwie siostra Lidia. Niezgrabna, krótkowzroczna, nigdy nie sprawiała wrażenia atrakcyjnej, i z biegiem lat w coraz większym stopniu przyjmowała za dobrą monetę to, co o niej sądzili inni. Czuła rozpacz za każdym razem, gdy pani Bennet karciła ją za to, że się garbi. Kiedyś Maria musiała patrzeć, jak Jane i Elżbieta wiodą szczęśliwe życie dzięki temu, że znalazły właściwych mężów. W niej nie było jednak ani odrobiny wdzięku czy tajemniczości i żaden mężczyzna nie patrzył na nią z zachwytem.

Karnet Kitty był pełen i zdążyła już zatańczyć z szacownym panem Sidneyem, którego Maria uznała za wyjątkowego nudziarza. Kitty, rozgorączkowana i rozpromieniona, była pewna, że w tym sezonie znajdzie męża. Maria, dla odmiany, siedziała z matką i ciotką Gardiner, której zdrowy rozsądek był doskonałą przeciwwagą dla głupoty matki. Po trzecim menuecie Kitty przyfrunęła do nich.

— Kitty, odetchnij trochę! — rzekła pani Bennet. — Nie pędź tak! Kim jest ten młody człowiek, z którym tańczyłaś? Pamiętaj, że mamy się uśmiechać do pana Sidneya, nie do jakichś obcych. Czy ja go czasem nie widziałam z Lordem Mayorem?

— Skąd mam wiedzieć, co widziałaś, matko?

— Co za impertynencja!

— Tak. To znajomy Lorda Mayora. Przyjechał ze Szwajcarii! Pan Clerval, na wywczasach.

Wysoki, jasnowłosy Clerval stał w towarzystwie posępnego młodzieńca o ciemniejszych włosach. Oba byli nieskazitelnie odziani: szare spodnie gołębiej barwy, czarne żakiety i kamizelki, białe gorsy i rękawiczki.

— Ze Szwajcarii? Nie pozwolę ci wyjść za jakiegoś Holendra. Choć mawiają, że ci kupcy bywają nieprzyzwoicie bogaci. A kim jest ten dżentelmen, z którym rozmawia?

— Nie wiem, matko, ale zaraz się dowiem.

Ciekawość pani Bennet nie została wystawiona na próbę, gdyż dwóch panów ruszyło przez salon, by podejść do sióstr i ich przyzwoitek.

— Henry Clerval, madame — odezwał się jasnowłosy. — A to mój stary przyjaciel, pan Victor Frankenstein.

Pan Frankenstein skłonił się, lecz nie wypowiedział ani słowa. Maria nigdy w życiu nie spotkała nikogo, kto miałby aż tak ciemne oczy — ani nikogo, po kim byłoby aż tak widać, że jest tu tylko z obowiązku. Maria nie potrafiła określić, czy przyczyną jest fakt, że czuje się on niepewnie przy takich okazjach, ale atmosfera odmienności zaintrygowała ją. Przypuszczała, że jego rezerwamoże być oznaką raczej smutku niż dumy. Jego maniery były nienaganne, podobnie jak angielszczyzna, choć mówił z lekkim francuskim akcentem; gdy poprosił Marię do tańca, ta była przekonana, iż czyni to wyłącznie na prośbę pana Clervala; na parkiecie, gdy kapela złożona z fortepianu, skrzypiec i wiolonczeli zagrała kadryla, poruszał się z wdziękiem, lecz bez śladu uśmiechu.

1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)