Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
— To ty zabiłeś tamtych trzech?! — Grunaldi chichocze, waląc dłonią w kolano, i krztusi się rzepą. — Węże żądali pomsty, ale im powiedzieli, że sami pozabijali się po pijanemu. Dobrze mieć na pokładzie kogoś, kto zabija Węży!
— Chyba nikt ich tu nie lubi. Zaczyna mi być ich żal.
— Bo ich nie znasz. Żyją w górskich pustkowiach i bawią się wiedzą Czyniących. Upodabniają się do gadów i tak samo żyją. Powiadam ci, Nitj’sefni, jeżeli jakiś Wąż powie ci, że dzień jest ładny, to sprawdź od razu, czy w ogóle jest dzień i co on chciał w ten sposób zyskać. My tu wszyscy nie dobieraliśmy się według łagodności, ale Węże to co innego. Są gorsi od Amitrajów. My, Ludzie Ognia, mamy do nich blisko przez góry. Nic ich nie interesuje, tylko złoto i ten ich szalony bóg, co go nazywają Smeiring. Porywają ludzi, czy to na morzu, czy w obcych krajach, czy w domu, i zarzynają w świątyni Węża. Podobno poświęcają nawet własne dzieci. Ich baby wszystkie próbują czynić. Powiadam ci, my wiemy najlepiej, czym są Węże.
— I tak będę musiał iść między nich. Ci, którzy zaginęli, mogli trafić między Węży.
— Weź dobrą radę od tego, co wiele widział i dobrze ci życzy. Płyń z nami. A jak już będziesz w Ziemi Ognia, znajdź sobie ładne miejsce nad naszym jeziorem i zbuduj chatę. Opłacz tych, których szukasz, i postaw im kamienie, żeby pamięć nie zginęła. A jeżeli znowu przyjdzie ci ochota iść w Ziemię Węży, idź do stodoły i tam powieś się na wodzach.
— U nas się tak nie robi — mówię mu. — Nie zostawiamy nikogo. Obiecałem, że znajdę ich, uwolnię, jeżeli trzeba, i zabiorę do domu. I tak będzie. Opłaczę dopiero, kiedy zobaczę ich martwe ciała.
Grunaldi zwiesza nagle głowę, markotnieje i pociąga łyk piwa. Potem długo patrzy za burtę na chaty, łodzie przy pomostach i płonące wszędzie ogniska. Z brzegu niosą się śpiewy i wrzaski. Przełyka ślinę z trudem.
— Zrozumiałem, co mówiłeś — powiada. — U nas jest tak samo i kiedyś też wrócimy do Lodowego Ogrodu po naszych.
Potem milknie i nie mówi więcej na ten temat. Zdążyłem się zorientować, że tu nie należy pytać o bolesne rzeczy. Jeżeli będzie chciał mi o tym powiedzieć, sam zacznie. Jeżeli nie, należy to uszanować. Nie wolno się dopytywać.
Słyszę basowe krakanie.
Nevermore siedzi na szczycie złożonego do bezanmasztu dziwnego gafla i czyści dziobem pióra.
No, to jesteśmy w komplecie.
Na brzegu rozlegają się nagle gwałtowne okrzyki i śmiechy zmieszane z kilkoma przeraźliwymi wrzaskami rozpaczy. Jedni krzyczą z entuzjazmem i radością, podczas gdy inni wzbijają w niebo rozpaczliwą skargę.
— Co tam się dzieje?
— Przypłynął wilczy okręt. Ten, co właśnie podpływa do brzegu. Jest z Ziemi Orłów, sądząc po znakach. Kobiety Orłów przyjechały do Żmijowego Gardła spotkać swoich mężów. Niektóre zaś właśnie dowiedziały się, że wrócą tak, jak przyjechały — same. To te, które krzyczą. Zobaczyły odwrócone tarcze swoich mężczyzn, powieszone na burcie. Oni nikogo już nie powitają.
— Dlaczego wypływacie?
— Kto to wie? Ktoś rodzi się biedny i może albo narzekać na los, albo zabrać miecz i szukać szczęścia. Trzeba handlować, walczyć lub zaciągać się u obcych władców. Po to, żeby kupić niewolnych, krowy, ziemię, zbudować dom, dać posag córkom, zapewnić dobrobyt kobietom. My jesteśmy wędrowcy morza. Nie umiemy inaczej. Kiedyś wojna wygnała nas z naszej ziemi. Przyszedł Amitraj i spalił nasze strzechy. Zostaliśmy my, potomkowie tych, którzy mieszkali na brzegu. Kiedy nie było się już można bić, wsiedli na okręty i znaleźli nową ziemię tutaj. Ale już z nich nie zsiądziemy. Taki nasz los. Czasem ktoś przestaje pływać. Zostaje w domu i patrzy, jak rosną drzewa, kołysze dzieci, prowadzi pług, obraca brusem. Ale upływa rok, dwa i nie może dłużej. Wychodzi nad wodę i patrzy na fale. Dlaczego gęsi wędrują? Z nami jest tak samo. Baba, która tak tęskni, teraz ma cię dosyć i nie może znieść, bo nie rządzi już domem przez pół roku. Nosi klucze, ale musi się z tobą liczyć. I musi patrzeć bez wytchnienia na twoją gębę. Drwi, że jesteś hołysz i boisz się walczyć z losem. Że zdziadziałeś i tyle z ciebie pożytku, co ze starego wołu. Niektórzy piją i topią całkiem rozum w piwie. Codziennie jest tak samo.
Więc biorą tarczę, hełm i miecz, i wchodzą na deski pokładu. Nie wiem dlaczego, ale nie umiemy inaczej. Może to dlatego, że odebrali nam prawdziwą ziemię? Ale wsiadasz na wilczy okręt i jest zupełnie inaczej. Stęchły placek, którego nie dałbyś w domu psu, na okręcie to królewskie jedzenie. Wszystko może się zdarzyć. Powietrze znowu jest lekkie, pachnie solą i smołą. Masz miecz w ręku, gwiazdy nad głową i znowu jesteś wolny. Próbujesz szczęścia. Może wrócisz bogaty jak król, a może wcale. A potem tysiąc razy mówisz sobie, że nigdy więcej. Przeklinasz własny rozum, że nie mogłeś wysiedzieć na lądzie. Bijesz się nie wiadomo z kim, topisz w sztormach, czasem trafiasz w takie ziemie, które lepiej było omijać. Ale potem wracasz. Twoja kobieta okazuje się lepsza niż wszystkie księżniczki południa, a chałupa piękniejsza niż pałac. A potem mija pół roku, przychodzi wiosna i znowu dom robi się ciasny, strzecha za niska, powietrze za gęste, a piwo słabe. Dni znowu robią się krótkie i jednakowe. I znowu zaczynasz patrzeć na wodę. Tak już jest. Bywają kobiety, które mają tak samo i też pływają. Ale rzadko. Zazwyczaj wolą rządzić domem, niewolnikami, dziećmi, handlować. Kiedy nas nie ma, wszystkim rządzą kobiety.
— Rozumiem, co powiedziałeś o patrzeniu na fale — odpowiadam mu. — W moim życiu było tak samo.
Nabijam fajkę i patrzę w ciemność. Ile miałem domów? Ile kobiet? Ile lat? Tyle razy czułem się stary i znudzony, ale nie było tam, w domu, żadnych wilczych okrętów, na które można było wsiąść. Żadnego odwracania losu prostym mieczem.
A zatem: kierowca konwojów humanitarnych, przemytnik, biznesmen, korespondent wojenny, płetwonurek na platformie wiertniczej, poszukiwacz wraków, włóczęga, skipper do wynajęcia, kierowca rajdowy, czego to nie robiłem? Dziesiątki zawodów. Tylko nigdy nie byłem w stanie zasiąść do tego, co jest codziennie takie samo. I nigdy niczego dłużej niż na kilka, kilkanaście lat. Odmieniec. Adrenaline addicted, mówili lekarze. Osobowość niedojrzała. Kryzys wieku średniego. Pewnie, tylko że w moim świecie wiek średni potrafi trwać i sto lat.
Uświadamiam sobie, że teraz chcę położyć się w wannie, zrobić zakupy, odkurzyć podłogę, odnaleźć Deirdre, zabrać ją do domu, budzić się obok niej i widzieć przez okno Adriatyk i Palmiżanę po drugiej stronie przesmyku. Chcę napić się cappuccino i iść do teatru. Tęsknię za spokojem, kolędami, ulicą, na której nikt i nic mi nie zagraża. Ale tak naprawdę, upłynie kilka miesięcy i zatęsknię do rękojeści miecza, prostych, ciemnych ludzi w kolczugach i drożdżowego piwa. I znowu wsiądę na motor. Też zacznę „patrzeć na wodę”.
Milczymy.
Rozumiemy się. Ja i dziki, ni to wiking, ni to pirat z drugiego końca wszechświata.
I jest dobrze.
Rano, po nocy spędzonej w zatłoczonej, ciasnej ładowni, załoga schodzi na ląd na giełdę niewolników. Ale najpierw wielkie liczenie srebra, potrząsanie sakiewkami. Każdy pięć razy ogląda każdą monetę, rachuje, notuje coś na kawałkach kory.
— Po co mamy sami radzić wiosłami — powiada któryś. — A i w domu potrzebni. Ja będę musiał uwolnić w tym roku trzech, więc trzeba odkupić, bo nie będzie komu robić.
— A co z nimi będzie?
— Dostaną bransolety wolności z moim znakiem, po marce srebrem i pójdą sobie. Chociaż Kidyłaj pewnie zostanie. Stary już jest. Przywykł do Wybrzeża Żagli. Przywykł mówić, co chce i używać rozsądku. Zbuduje sobie chałupę i dalej będzie u mnie, ale wtedy będę musiał mu coś płacić. Dogadamy się. Zobaczymy, co kobieta powie.