KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Nagle siłacz, ten, który pozostał z nim, przyskoczył do mnie z nieoczekiwaną szybkością i obiema rękoma ścisnął dłonie, w których trzymałem kulę. Ta poruszyła się tak nieznacznie, że piekielna maszyna nie wybuchła, ale brylant wyleciał z wnęki i ze stukiem potoczył się po podłodze. Jubiler złapał go i wsunął do kieszeni.
Nie sposób walczyć z siłaczem, a z tyłu już podszedł czarnobrody woźnica, z którego nieludzką siłą miałem okazję się zapoznać. Boże, wszystko zepsułem!
- A oto niespodzianka numer dwa - szepnął mi na ucho głuchoniemy i jednocześnie zdzielił bandytę pięścią po głowie. Wydało mi się, że nie tak mocno, ale oczy Niemca zawirowały, a on sam rozwarł łapska i usiadł na podłodze.
- Trzymajcie kulę krzepko - rzekł woźnica głosem Fandorina.
Jednym skokiem znalazł się obok jubilera i zacisnął mu usta ręką, do podbródka przystawiając sztylet.
- Taisez-vous! Un mot, et vous etes mort!* [Milcz! Jedno słowo i jesteś trupem! (fr.).] Ziukin, odłączcie guziczek, bomba już nam nie będzie potrzebna.
Wypadki następowały z taką szybkością, że byłem zupełnie oszołomiony. Nieoczekiwana przemiana woźnicy w Fandorina zupełnie mnie nie zdziwiła - nie wiedzieć czemu, bardziej wstrząsnęło mną to, że Erast Piotrowicz zupełnie przestał się jąkać.
Posłusznie uniosłem paznokciami wciśnięty guziczek - z lekkim szczęknięciem wyskoczył.
- Krzyknijcie, że macie kamień i chłopczyka można wypuścić - rzekł cicho Fandorin po francusku.
Jubiler nerwowo zatrzepotał rzęsami - kiwnąć głową nie mógł, bo takim gestem nadziałby się na sztylet.
Fandorin zdjął rękę z jego ust, ale kindżał wciąż trzymał pionowo ostrzem do góry.
Poruszywszy kilkakrotnie cienkimi ustami i zwilżywszy je językiem, jeniec zadarł głowę, jakby zamierzał popatrzeć na sufit, i nagle głośno wrzasnął:
- Alarme! Fuiez-vous!* [Alarm! Uciekajcie! (fr.).]
Chciał krzyknąć coś jeszcze, ale wąskie pasemko stali zagłębiło się między jego podbródkiem a gardłem po samą rękojeść. Tylko zacharczał.
Jęknąłem.
Zabity jeszcze nie upadł na podłogę, gdy z luku wynurzyła się głowa - pewnie tego samego bandyty, który wcześniej zszedł na dół z mademoiselle.
Fandorin skoczył ku dziurze i mocno kopnął go w twarz. Usłyszałem gruchot padającego ciężko ciała, a Erast Piotrowicz, nie tracąc ani sekundy, zeskoczył do skrytki.
- Boże! - wyrwało mi się. - Panie Boże!
Z dołu dochodził łomot, ktoś krzyczał po niemiecku, ktoś po francusku.
Przeżegnałem się złotą kulą i podbiegłem do luku.
W dole ujrzałem stertę ludzkich ciał: ogromny młodzian z uniesionym nożem w ręku przycisnął sobą Fandorina, pod którym leżał nieruchomy ochroniarz. Erast Piotrowicz jedną ręką ściskał nadgarstki przeciwnika, przytrzymując nóż, a drugą wyciągał ku jego gardłu, ale w żaden sposób nie mógł go dosięgnąć. Wydawało się, że byłego radcę stanu trzeba ratować.
Rzuciłem kulę, celując w potylicę olbrzyma, i trafiłem idealnie - usłyszałem mlaszczący dźwięk. Zwykłemu człowiekowi takie uderzenie roztrzaskałoby kości czaszki, a ten tylko zakołysał się w przód. Ale to wystarczyło, by Fandorin sięgnął do jego gardła. Nie widziałem, co dokładnie zrobiły palce Erasta Piotrowicza, usłyszałem tylko makabryczny chrzęst i młodzieniec zwalił się na bok.
Szybko zszedłem do skrytki. Fandorin już się podniósł i rozglądał na boki.
Znajdowaliśmy się w kwadratowym pomieszczeniu z kątami tonącymi w mroku. Pośrodku wznosił się porośnięty mchem nagrobek, na którym płonęła lampa olejowa.
- Gdzie ona? - wystraszyłem się. - Gdzie jego wysokość? Gdzie Lind?
Pod ścianą stała skrzynia z narzuconymi na nią szmatami.
Pomyślałem, że Michała Gieorgijewicza pewnikiem trzymali właśnie tam. Jednak Fandorin rzucił się w przeciwnym kierunku.
Usłyszałem szybki, oddalający się tupot - sądząc po dźwięku, biegło trzech lub czterech ludzi.
Fandorin złapał latarnię, podniósł ją i zobaczyliśmy przejście w ścianie, przesłonięte kratą.
Czerń rozjaśniła się płomieniem wystrzału, w powietrzu świsnęło złowieszczo, huknęło głośne echo.
- Za występ! - krzyknął do mnie Fandorin, odskakując na bok.
- Emilio, żyjesz?! - zawołałem ostatkiem sił.
Ciemność odpowiedziała mi przygłuszonym głosem mademoiselle:
- Ich jest trzech! I Lind tu jest! To...
Głos przeszedł we wrzask. Rzuciłem się na kratę i zacząłem nią potrząsać, lecz była zamknięta na kłódkę.
Erast Piotrowicz mocno szarpnął mnie za rękaw - w samą porę: z podziemnego korytarza znowu wystrzelili. Jeden z żelaznych prętów buchnął snopami iskier i rozpadł się; od uderzenia niewidzialnego pocisku ze ściany posypały się na nas kamienne okruchy.
Z daleka dobiegały męskie głosy, ktoś jęknął cieniutko.
- Lind! - krzyknął głośno po francusku Erast Piotrowicz. - To ja, Fandorin! Mam kamień! Umowa pozostaje w mocy! Zamienię „Orłowa” na kobietę i dziecko!
Wstrzymaliśmy dech w piersi. Cisza - ani głosów, ani kroków. Dosłyszeli czy nie?
Fandorin wysunął rękę, w której nie wiadomo skąd pojawił się mały czarny rewolwer, i wystrzelił w kłódkę - raz, drugi, trzeci.
Posypały się iskry, ale kłódka nie spadła z haków.
16 maja
Siedziałem nad rzeką, tępo patrząc na przepływające obok długie tratwy z burych, chropowatych bierwion, i w żaden sposób nie mogłem pojąć, kto stracił rozum - ja czy też otaczający mnie świat.
Afanasij Ziukin ogłoszony został wyjętym spod prawa? Jest poszukiwany przez policję i żandarmerię?
A może w takim razie Afanasij Ziukin to wcale nie ja, tylko ktoś inny?
No nie, wszystkie siły imperium zostały postawione na nogi właśnie z naszego powodu. Pana Fandorina i mnie uznano za groźnych przestępców. A przyczyną tego nie było żadne straszliwe nieporozumienie, tylko nasze rzeczywiste działanie. Tak, tak, nasze, ponieważ wspólnikiem Fandorina stałem się dobrowolnie. Albo prawie dobrowolnie.