Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 98
Перейти на страницу:

Wyrzucił obie nogi, podrywając się podrzutem z ziemi. Staw skokowy odpowiedział przeciągłą falą znajomego, mdlącego bólu.

W ten sposób nigdy mi to nie wydobrzeje, przemknęło Drakkainenowi przez myśl.

Dysk wyleciał z Kręgu Ognia i wpadł pomiędzy gapiów, wzbijając czerwoną chmurę rozpylonej krwi. Tłum eksplodował krzykiem.

Drakkainen wystrzelił trójskokiem w stronę Węża. Płynął przez oleiste powietrze, widząc, jak tamten szybciej niż powinien sięga do swojej torby. Odbił się prawą nogą, mając jeszcze dobre dziesięć metrów, i popłynął znowu, kiedy palce tamtego ujmowały ostrze. Uderzył drugą nogą w ziemię, wiedząc już, że nie dobiegnie, kiedy zgięty nadgarstek przeciwnika wyprostował się i pocisk wyślizgnął się w jego stronę.

Nie było czasu.

Drakkainen otworzył pięść i pozwolił mieczowi odpłynąć z dłoni.

A potem uderzył ręką dysk z góry, podkładając drugą, i uwięził go pomiędzy klaskającymi dłońmi. Stopa Wędrowca uderzyła o ziemię. Drakkainen targnął biodrami, wykręcając w powietrzu piruet, przemieścił górną dłoń, starając się nie dotykać ostrej jak brzytwa krawędzi tnącej, po czym chwycił dysk pomiędzy kciuk a palec wskazujący i, nadal obracając się, wystrzelił go spod pachy.

Minęli się tuż-tuż, niemal ocierając ramionami, a potem obaj stali przez chwilę nieruchomo.

Tłum milczał.

Palce w metalowej rękawicy wyprostowały się i kolejny dysk wysunął się z nich, wbijając się w trawę.

Skądś dobiegał cichy, perlisty szum jak z ogrodowego zraszacza.

Z przeciętej ukośnie szyi Człowieka Węża strzelał pulsujący strumień jasnej, tętniczej krwi.

Poza tym obaj stali bez ruchu.

A potem pod człowiekiem w czarnej kamizeli ugięły się kolana i zwalił się nagle na ziemię bezwładnie niczym porzucona marionetka, a Drakkainen wyszedł z trybu bojowego.

Prosto we wrzask tłumu, huk płonących ognisk i rude światło popołudnia.

— Na plaży nie miałem sobie równych — wycedził Wędrowiec i podniósł leżący w trawie miecz. Znalazł jeszcze tarczę i, roztrącając tłum, opuścił Krąg Ognia.

Nie ocierając krwi sączącej się z nosa po wardze, doszedł aż do miejsca, gdzie leżały jego rzeczy i stał Jadran, i tam dopiero zemdlał.

***

Budzę się skołowany w kompletnych, dusznych ciemnościach.

Siedzę, dysząc, i patrzę w ciemność. Prosto z koszmaru pełnego węży, krwi, trupów i winy.

Istne piekło. To cyfral czyści mi mózg. Mogę chodzić i patrzeć w lustro, mogę znieść własną osobowość, pomimo że dopiero co zabiłem człowieka, mogę drwić sobie z szoku posttraumatycznego, ale ceną za to są koszmary godne Dantego.

Nic nie widzę.

Nie jestem związany, ale mam na sobie tylko spodnie. Kostka spuchła wyraźnie, na dłoni mam amatorsko zawiązany opatrunek z jakiejś przesiąkniętej krwią szmaty.

Gdzie ja jestem? To loch? Piwnica?

Jest ciemno.

Pachnie solą, stęchlizną, wędzonym mięsem i smołą. Pomieszczenie rezonuje drewnianym pogłosem jak wnętrze gitary. Słyszę gdzieś niedaleko pluskanie wody, dalej przeciągłe skrzypienie lin, czyjeś kroki, stukające dźwięcznie, jakby koń łaził po moście z drewna.

Okręt.

Jestem na okręcie.

Leżę na drewnianej podłodze na kilku grubych, ale brudnych futrach, rzuconych jedno na drugie.

Wzmacniam światło i widzę, że opodal, pomiędzy wręgami i pod wybrzuszoną beczkowato burtą, leżą moje toboły, siodło i sakwy.

Znajduję maść przeciwko stłuczeniom, znowu opatrunek w aerozolu, znowu kompleks regeneracyjny. Na szczęście opatrzone wczoraj rany się nie otworzyły. Białe smugi opatrunku trzymają, odżywiają, doprowadzają powietrze i leczą. Za to na dłoni zarobiłem ukośną szramę od nasady palca wskazującego aż do środka kiści. Jednak musiałem chlasnąć się o ten dysk.

Jak co wieczór. Przenośna klinika. Vuko Drakkainen — jednoosobowy oddział pourazowy.

Zakładam jeszcze samousztywniający bandaż na kostkę i, prawie nie kuśtykając, znajduję sobie świeże ubranie, a potem wychodzę na pokład.

Jestem na wilczym okręcie Ludzi Ognia. Na pokładzie w żelaznym kotle żarzą się węgle, na leżącym na wierzchu ruszcie skwierczą kawałki mięsa.

— To było coś! — krzyczą na mój widok. Ktoś wręcza mi róg. Piję. Ciągle kręci mi się w głowie i bolą mnie wszystkie mięśnie, jakbym rozładował przyczepę piachu widłami.

— Ale się śmiałem, jak to poleciało w tłum!

Ależ wy, ludzie, macie poczucie humoru.

— Myśleliśmy, że cię ranił — tłumaczy Atleif. — Więc przynieśliśmy cię tutaj. Wszystkie twoje rzeczy już zabraliśmy od Lunfa. Koń też jest pod pokładem. Tam, na dziobie, jest takie miejsce. Uwiązany i dostał jeść. Nie chciał od ciebie odejść. Na okręt też najpierw wnieśliśmy ciebie, wtedy sam wszedł po trapie. Wierny koń. Warto było się o niego bić z tym Wężem. Zostań z nami, Wędrujący Nocą. Gdziekolwiek będziesz chciał jeszcze szukać tych swoich, i tak warto mieć dokąd wracać i gdzie rozpalić ogień. W moim dworze jest dużo miejsca.

— Dziękuję, ci Atleifie — mówię. Bo i co tu powiedzieć. I tak wybieram się do Ziemi Węży, a to jest po drodze.

Siadam na zwiniętym żaglu pod rozpiętym na pokładzie przed forkasztelem płóciennym namiotem.

Grunaldi wchodzi po szerokim trapie i zwinnie przeskakuje na pokład. Siada i wyciąga rękę, zaraz wtykają mu pełny róg.

— Niech ci bogowie błogosławią, Spalle — powiada z przesadną emfazą, po czym szturcha krytycznie kawałek udźca leżący na ruszcie. — Całyś? — pyta mnie, odrywając róg od ust.

— Przeżyję.

— Poszedłem gawędzić z dzielnym Lyfdagiem, który jest pierwszy do wyzywania kogoś na Krąg Ognia, a ostatni, gdy samemu trzeba się bić. I mam nowiny. — Sięga po mięso, nadgryza kawałek, żuje chwilę, po czym wychyla się i wypluwa wszystko za burtę. Odkłada mięso z powrotem na ruszt i szturcha końcem noża.

Obserwuję go cierpliwie.

— Rzeczywiście, jego ludzie poznali twojego konia. Lyfdag się wściekł, a nawet dostał szału. Lubi bowiem uchodzić za gwałtownika i uważa się za wielkiego styrsmana. Skarżył się przy piwie, aż tu dosiadł się do niego tamten Wąż i powiada, że też ma do ciebie sprawę, bo niby zabiłeś mu krewniaka. I to on poradził Lyfdagowi, żeby wyzwał cię na Krąg Ognia, i przysiągł, że będzie sam się bił. Co więcej, zapłacił mu za to. Przy okazji, to twoje pięć marek odszkodowania z pozdrowieniami od Lyfdaga. Prosił, żebym ci przekazał.

— I to wszystko ten Lyfdag powiedział ci po przyjaźni? — Machinalnie przyjmuję sporą garść srebra.

— Zaprzyjaźniliśmy się, bo zaproponowałem mu Krąg Ognia. Powiedziałem, że też mam sprawę, bo znałem jego szurzego, który miał mi kiedyś pomóc w morskiej bitwie. Oszukał mnie i odpłynął, a ja potraciłem ludzi i wróciłem bez łupu, ranny, na statku, który cały czas brał wodę. Dostaliśmy z balisty, mało się wszystko nie spaliło. Ponieważ ten szwagier już nie żyje, zaproponowałem, że będzie miał zaszczyt sam załatwić tę sprawę. Do tego rozmawialiśmy nad urwiskiem, gdzie ludzie łatwo się zaprzyjaźniają, nawet jeśli ktoś nazywa się Karmiący Ryby.

— A co byś zrobił, gdyby się zgodził?

— Wtedy nie zmarnowałbym tego nudnego wiecu.

Grunaldi wgryza się w rzepę i chrupie jak koń, a ja nie wiem, czy tu się dziękuje w takich sytuacjach, czy też należy to zignorować. W końcu mu dziękuję. Śmieje się.

— To już moja kolejna sprawa z Wężami — powiadam. — Wczoraj jeden z nich pytał o mnie, choć nie mógł mnie znać. Dziś jeden chciał zabić. Poprzedniego wieczora tak samo, trzech napadło mnie w mieście.

1 ... 67 68 69 70 71 72 73 74 75 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)