KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Woźnica, stojący przy otwartych drzwiach, chwycił mnie za łokieć i pociągnął: no, złaź! Zmarszczyłem się - ile siły było w tych stalowych palcach!
Zardzewiałe drzwi z wielgachną kłódką, prawie nie skrzypiąc, otworzyły się przed nami.
Wszedłem do na wpół ciemnego pomieszczenia, bardziej przestronnego, niż mogło się to wydawać z zewnątrz, i zobaczyłem kilka męskich postaci. Zanim zdążyłem się im przyjrzeć, drzwi za nami się zamknęły, lecz światło nie zniknęło, jedynie z szarego stało się żółtawe - na ścianach wisiało kilka lamp olejowych.
Ludzi Linda było czterech. Najpierw zwróciłem uwagę na siwego, chudego pana o nierosyjskiej twarzy, z cienką linią ust i w stalowych okularach. Czyżby to był doktor Lind? Po jego obu stronach stało dwóch wysokich, barczystych mężczyzn, których twarze tonęły w ciemności - zapewne ochrona osobista. Czwarty był woźnica, który wszedł za nami i oparł się plecami o drzwi, jakby odcinając nam drogę.
Jeden z ochroniarzy machnął ręką na woźnicę, wyraźnie żądając, żeby wyszedł.
Woźnica kiwnął głową, ale nie ruszył się z miejsca. Ochroniarz gniewnie wskazał palcem na drzwi. Tamten skrzyżował ręce na piersi.
- Taubstummer Dickkopf!* [Uparty głuchoniemy pień! (niem.).] - zaklął wielkolud.
To dlatego woźnica zachowywał się tak dziwnie. Teraz jasne, dlaczego Lind się nie bał, że brodacz wpadnie w ręce policji.
- Do diabła z nim - powiedział, także po niemiecku, drugi ochroniarz. - Niech sobie sterczy. Pewnie też jest ciekaw.
Teraz siwy pan władczo wyciągnął rękę w kierunku węzełka i zrozumiałem, że zaczyna się najważniejsze.
- Przynieśliście? Dawajcie - rozkazał po francusku matowym głosem.
Upuściłem na podłogę chusteczkę, w którą była zawinięta kula, otworzyłem wieczko i kamień błysnął ze swojego aksamitnego gniazda leniwym, przytłumionym blaskiem.
Powoli i starannie wymawiając każde słowo, oznajmiłem im o niespodziance i przedstawiłem warunki wymiany. Dzięki Bogu, mój głos ani razu nie zadrżał. Najważniejsze przecież, żeby Lind uwierzył - jeśli zajdzie potrzeba, ja nie stchórzę.
Wysłuchał mnie, nie przerywając, i skinął, jakby nie spodziewał się niczego innego. Niecierpliwie pstryknął palcami.
- Dobrze, dobrze. Dawajcie, sprawdzę.
I wyciągnął z kieszeni malutką lupę w miedzianej oprawie.
Zatem to nie Lind, lecz jubiler - tak jak przewidywał Fandorin. Dwoma palcami podważyłem tłustawy kamień, który ochoczo i jakoś tak wygodnie legł w mojej dłoni, jakby był stworzony właśnie na jej rozmiar. Drugą ręką przycisnąłem ostrożnie bombę do piersi.
Jubiler wziął brylant i podszedł do jednej z lamp. Ochroniarze - czy kimkolwiek oni byli - obstąpili mistrza i głośno sapnęli, kiedy szlify „Orłowa” wybuchnęły niesłychanym blaskiem.
Obejrzałem się na mademoiselle. Stała bez ruchu, splatając palce. Uniosła brwi i wskazała wzrokiem kulę. Skinąłem uspokajająco: nie denerwujcie się, nie upuszczę.
Jubilerowi nie starczało światła olejowej lampy. Wyjął jeszcze latarkę elektryczną, poruszył włącznikiem. Cienki jaskrawy promień padł na brylant. Zmrużyłem oczy - wydawało się, że kamień sypnął iskrami.
- Alles in Ordnung* [Wszystko w porządku (niem.).] - rzekł beznamiętnie jubiler niezbyt czystym niemieckim i schował lupę do kieszeni.
- Zwróćcie kamień - zażądałem i groźnie wyciągnąłem przed siebie ręce z otwartą kulą.
Wzruszył ramionami i włożył brylant z powrotem do schowka.
Ośmielony sukcesem, podniosłem głos:
- Gdzie jego wysokość? Zgodnie z warunkami umowy powinniście natychmiast go oddać!
Cienkousty wskazał palcem na kamienną podłogę i dopiero wtedy zauważyłem kwadratowy czarny luk z żeliwnym kółkiem.
- A komu jest potrzebny ten wasz chłopak! Bierzcie go sobie, póki nie zdechł.
W ustach tego statecznego mężczyzny ordynarne słowo crever* [Zdychać (fr.).], użyte w stosunku do dziecka, zabrzmiało tak nieoczekiwanie i strasznie, że aż zadrżałem. Boże, co to za ludzie!
Mademoiselle głośno westchnęła i rzuciła się do luku. Chwyciwszy za kółko, pociągnęła ze wszystkich sił. Klapa trochę się uniosła i od razu opadła z głuchym, metalicznym stuknięciem. Żaden z siłaczy nie ruszył się z miejsca, aby pomóc damie. Zrozpaczona Emilia obejrzała się na mnie, lecz ja nie mogłem jej wesprzeć - musiałbym położyć kulę.
- Aufmachen!* [Otwierać! (niem.).] - krzyknąłem ostro i uniosłem bombę wyżej. Z widoczną niechęcią jeden z bandytów odsunął mademoiselle i lekko, jedną ręką odciągnął klapę.
Otworzyło się wejście, ale nie czarne, jak oczekiwałem, lecz oświetlone migoczącym światłem - najwidoczniej w podziemiu też płonęły lampy olejowe. Zapachniało wilgocią i pleśnią.
Biedny Michał Gieorgijewicz! Czyżby trzymali go w tej dziurze przez tyle dni!?
Unosząc dół spódnicy, mademoiselle zaczęła schodzić. Jeden z siłaczy poszedł za nią. Czułem mocne pulsowanie w skroniach.
Usłyszałem dochodzący z dołu gwar, a potem przenikliwy krzyk Emilii:
- Mon bebe, mon pauvre petit! Tas de salauds!* [Mój malutki, mój biedaczek! Łajdaki! (fr.).]
- Jego wysokość nie żyje?! - zaryczałem, gotów rzucić bombę na podłogę i niech będzie, co ma być.
- Nie, jest żywy! - usłyszałem. - Ale całkiem z nim źle!
Nie jestem w stanie oddać słowami, jak mi ulżyło w tej chwili.
No, oczywiście, jego wysokość jest przeziębiony, ranny, otumaniony opium, ale najważniejsze - żyje.
Jubiler wyciągnął rękę.
- Dajcie kamień. Teraz wasza towarzyszka wyniesie dziecko.
- Niech najpierw wyniesie - wymamrotałem, nagle kojarząc, że nie mam pojęcia, jak postępować dalej. W instrukcjach Fandorina nic na ten temat nie było. Oddawać kamień czy nie?