Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Sam Piłat zdążył już porozmawiać z Nazarejczykiem i wysłuchawszy kilku jego pełnych przemyśleń aforyzmów, z których nic a nic nie zrozumiał, doszedł do wniosku, że ma do czynienia z lekko obłąkanym, nie przedstawiającym żadnego zagrożenia dla społeczeństwa człowiekiem. Prokurator zaczął nawet mu współczuć, i gdyby nie najwyżsi kapłani, twierdzący, że aresztowany podburzał do buntu, z pewnością po prostu by go wypuścił. Herod, namiestnik rzymski, do którego zwrócił się Piłat z prośbą, aby zdecydował o losie nieszczęsnego szaleńca, nie wyraził ochoty zajęcia się tą sprawą, przerzuciwszy całą odpowiedzialność na prokuratora.
— Ja nie znajduję w Nim żadnej winy — oparłszy się o marmurową balustradę balkonu, prokurator zwrócił się ku stłoczonym na placu żydom. — Jest zaś u was zwyczaj, że na Paschę uwalniam wam jednego więźnia. Czy zatem chcecie, abym wam uwolnił Króla Żydowskiego?
Tłum początkowo ucichł zaskoczony, patrząc na nowo objawionego króla, a potem eksplodował pełnymi oburzenia okrzykami:
— Nie tego!
— Nie tego, lecz Barabasza! — krzyknął ktoś.
I tłum od razu podchwycił:
— Barabasza! Barabasza! Barabasza!!!
Nie wiem, czy krzyczący wiedzieli, kim był ów Barabasz. Ja zaś, ledwo usłyszawszy to imię, otrzymałem pełną informację o noszącym je człowieku. Barabasz uważał się za buntownika, występującego przeciwko rzymskiemu panowaniu, ale w rzeczywistości był zwykłym rozbójnikiem, na sumieniu którego spoczywało dwanaście niewinnych istnień, z których tylko trzy należały do Rzymian.
Wyglądało na to, że decyzja zebranych zdziwiła Piłata. Poza tym zupełnie nie miał ochoty wypuszczać na wolność Barabasza, który — bez wątpienia — od razu znów zabierze się za grabieże i zabijanie. Spojrzawszy na stojącego obok niego Nazarejczyka, prokurator uznał, że szaleniec wygląda niedostatecznie żałośnie, aby wzbudzić litość tłumu, i polecił centurionom doprowadzić go do odpowiedniego stanu.
Gdy Nazarejczyka znów wyprowadzono na balkon, jego chiton był poczerwieniały od krwi, a na głowie spoczywała korona z cierni.
Dziwne, ale nie było mi go żal. Byłem gotów teraz oddać wiele za to, by moje ciało, podobnie jak jego, mogło odczuwać choćby ból.
— Oto człowiek — zwrócił się znów do tłumu Piłat. — Ja nie znajduję w nim winy.
Zebrani na placu w milczeniu przyglądali się stojącemu obok prokuratora Nazarejczykowi.
I wtedy podniosłem się na całą wysokość.
— Ukrzyżuj go! — krzyknąłem.
A raczej próbowałem to krzyknąć, bo z mojego gardła, w którym było sucho jak na pustyni, wyrwał się jedynie niewyraźny charkot. Ale wybuch moich emocji musiał widocznie dosięgnąć stojących na placu.
— Ukrzyżuj go, prokuratorze! — krzyknął garbaty starzec, stojący niedaleko od ogrodzenia, za którym się chowałem.
— Ukrzyżuj! — poparła go wysoka czarnowłosa kobieta, przypominająca nieco moją siostrę Martę.
Potem rozległo się jeszcze kilka podobnych okrzyków z różnych punktów placu, i wkrótce już cały tłum, zachłystując się z zachwytu w przedsmaku widoku spodziewanej kaźni, zgodnie ryczał:
— Ukrzyżuj go! Ukrzyżuj!
Wydawało mi się, że wykrzykuję te słowa głośniej od innych.
Aby dać ujście zalewającym mnie emocjom, razem z kolejnym okrzykiem „Ukrzyżuj!” machnąłem nad głową prawą ręką. Zauważywszy, że coś upadło u moich nóg, ze zdziwieniem spojrzałem na dół. Na ziemi leżała ręka, ułamana w łokciu. Moje ciało zaczęło rozpadać się na kawałki. Ale teraz nie miało to już znaczenia. Tłum domagał się ukrzyżowania Nazarejczyka, a to oznaczało, że zobaczę, jak on umrze, przybity gwoździami do krzyża.
— Weźcie go i sami ukrzyżujcie!! — gniewnie machnął ręką Poncjusz Piłat opuszczając balkon.
Tłum wybuchnął pełnymi zachwytu okrzykami, jakby prokurator obwieścił, że dziś ułaskawi wszystkich skazanych na śmierć.
Nie minęło nawet pół godziny, gdy z bramy pretorii pod strażą oddziału centurionów wyszło trzech skazanych na śmierć, wśród których znajdował się też Nazarejczyk. Każdy z trójki dźwigał na sobie swój krzyż. O ile jednak rozbójnicy nieźle dawali sobie radę z obowiązkami każdego skazanego na ukrzyżowanie, to Nazarejczyk pod ciężarem krzyża ledwo przebierał nogami. Wtedy dwóch centurionów wyciągnęło z tłumu jakiegoś wieśniaka i złożyło na nim krzyż Nazarejczyka aby zaniósł go na Golgotę. No tak, nawet tego nie był w stanie zrobić sam.
Procesja przesuwała się powoli na miejsce egzekucji, ale mimo to na swych niezginających się nogach zostałem beznadziejnie z tyłu. Nim wspiąłem się na górę, wszyscy trzej skazańcy byli już przybici do krzyży i niewiele pozostało im czekania na koniec.
Wieczorem wielu z tych, którzy przyszli popatrzeć na kaźń, już rozeszło się do domów. Na miejscu egzekucji pozostali jedynie centurioni, uczniowie Nazarejczyka, półtorej dziesiątki żebraków i jeszcze kilkoro ludzi, którzy nie mieli nic lepszego do roboty od patrzenia na cierpienia umierających.
Krzyż, na którym ukrzyżowany został Nazarejczyk, stał pośrodku, między krzyżami rozbójników. Jego głowa bezwładnie zwisała na piersi. Z ran na nadgarstkach i goleniach sączyła się krew. Po całym ciele pełzały muchy i gzy. Stanąłem naprzeciw jego krzyża, szeroko rozstawiwszy zdrewniałe nogi, i skierowałem na niego swe spojrzenie.
No i co teraz powiesz, Nazarejczyku? — zwróciłem się do niego myślą, uznawszy, że już umarł. — Zdołałeś pokonać śmierć?
Nie usłyszał mnie, a zatem zapewne wciąż jeszcze żył. No cóż, gotów byłem poczekać. Ja już byłem martwy, i przede mną była Wieczność. Wieczność, wypełniona cierpieniami.
A ty męczyłeś się nie więcej niż trzy godziny — znów zwróciłem się do Nazarejczyka.
I znów nie usłyszałem odpowiedzi.
Niebo pokryło się czarnymi przedburzowymi chmurami, których krawędzie zabarwione były purpurowymi odblaskami zachodzącego słońca. Dyżurujący pod krzyżami centurioni z obawą spoglądali na niebo, martwili się, że ulewa zacznie się jeszcze przed tym, nim ukrzyżowani umrą — w pobliżu nie było nawet drzewa, pod którym można by było schronić się przed deszczem.
Nagle ciało Nazarejczyka wygięło się tak, jakby zamierzało zerwać się z krzyża. Podniósłszy głowę, Nazarejczyk otworzył oczy i przesunął po okolicy mętnym, nic nie widzącym spojrzeniem.
— Popatrz na mnie, Nazarejczyku — wyszeptałem ledwie słyszalnie i tak mocno ścisnąłem zęby, że wypadły wszystkie jednocześnie.
Nazarejczyk znów drgnął i odwrócił głowę w moją stronę. Nasze spojrzenia spotkały się. Moja twarz była obwiązana bandażami, ale poznał mnie.
Zaraz umrzesz — zwróciłem się do niego w myślach.
Będę żyć wiecznie — odpowiedział.
Wciąż nie zamierzał przyznać się do swych błędów. Ale już to, że ukrzyżowany usłyszał moje mentalne wezwanie, oznaczało, że znajdował się na granicy między życiem a śmiercią. Na razie nie widział jeszcze całej głębi przepaści Niebytu, w który się zagłębiał, ale już nie zaliczał się do żywych.
Weź mnie z sobą — zwróciłem się do niego z ukrytą nadzieją.
Wiesz przecież, że nie leży to w moich silach.
Po co to wszystko? — spytałem.