Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 98
Перейти на страницу:

— Prawo mówi tylko, że każdy może żądać Kręgu Ognia.

— Co to za „Krąg Ognia”? — zapytał Drakkainen, nachylając się do Atleifa.

— Wyznacza się pole ogniskami — odpowiedział młody. — A walczy dowolną bronią, jaką kto chce. Wchodzi dwóch, wychodzi jeden albo żaden. Proste i nie można zrobić inaczej. Jeżeli obaj porąbią się tak, że nie mogą dalej walczyć, zostawia się ich w kręgu, aż jeden umrze lub wydobrzeje na tyle, by dobić drugiego. Tak długo, jak trzeba.

Drakkainen zacisnął szczęki. Więc znowu albo zabiję, albo umrę. Z powodu konia. Co za popieprzony świat!

— Rozsądź, prawomówco. Czy warto, by ktoś umarł z powodu konia? — zapytał Drakkainen. — Nie widziałem nigdy tego człowieka. Nic dla mnie nie znaczy. Nie chcę go zabijać. Proponowałem mu odpłatę. Czego on jeszcze chce ode mnie?

— Jeżeli on żąda Kręgu Ognia, ma do tego prawo — oznajmił Jolgwir. — Bowiem wtedy każdy ryzykuje tak samo. Ogłaszam zatem, Krąg Ognia!

— Mogę mu oddać tego konia — warknął rozgoryczony Drakkainen do Grunaldiego. — Sam go układałem i wiem, że koń go zabije i ucieknie do mnie.

— Raczej on zabije konia, żeby ci dokuczyć. Zresztą on wcale nie chce konia. Chce się bić. Musiałeś mu zaleźć za skórę — odpowiedział Grunaldi. — Zetnij go i po kłopocie. Chyba poradzisz sobie z takim tłustym skunksem?

— Nie chcę mieć jego śmierci na sumieniu.

— Takich rzeczy się raczej nie wybiera. Zresztą życie takiego robala to niewielki ciężar. Zaraz świat zrobi się trochę lepszy.

Kiedy przyniesiono worek z bronią i wściekły Drakkainen założył pełen rynsztunek włącznie z hełmem i półpancerzem, ognie już rozpalono. Było to osiem ognisk w odległości jakichś trzech metrów jedno obok drugiego. Wieść o pojedynku w Kręgu Ognia zdążyła już obiec tłum i nudnawy spór o ukradzionego konia nagle bardzo zyskał na popularności. Pole walki otoczyła zwarta ciżba i przyjaciele musieli siłą torować Drakkainenowi przejście.

Jego przeciwnik już stał w kręgu i ku osłupieniu Wędrowca to nie był Lyfdag. Wśród ognisk stał jakiś wysoki i chudy jegomość w czarnej pelerynie z kapturem. Miał ręce założone na piersi, a twarz ginęła mu w cieniu. Nie widać było natomiast żadnej broni.

— Co to za jeden?! — Vuko zapytał siedzącego na kamieniu Jolgwira, wskazując mieczem. — Gdzie ten, co mnie wyzwał?!

— Bronią Lyfdaga jest ten oto mąż. Skoro on chciał wejść w Krąg Ognia zamiast tamtego, to jego sprawa. Teraz obaj przekroczyliście krąg, wyjdzie tylko jeden.

Nie było rady.

Drakkainen zaciągnął popręgi karwaszy i poprawił hełm na głowie. Zgiełk tłumu, przytłumiony głębokim, sięgającym aż po uszy nakarczkiem, brzmiał jak szum morza.

Miał złe przeczucia. A nade wszystko nie chciał już nikogo zabijać.

Wyjął miecz i wbił w ziemię, po czym ukląkł na chwilę w pozycji zazen, usiłując oczyścić mózg i zmienić się w maszynę do walki. Czuł się wmanewrowany, zniechęcony i zmęczony. Fatalny stan w takiej sytuacji.

Nie udawało się. Myśli trzepotały w głowie jak stado wron.

Przeciwnik stał na rozstawionych nogach i patrzył spod kaptura nieruchomy jak skała. Gdzie miał broń? Dlaczego chciał wejść w Krąg Ognia? To poważna sprawa. Dlaczego tamten był taki spokojny?

O co tu chodzi?

Vuko wpuścił powietrze przez nos, a wypuścił przez usta. Ibuki. Energia chi. Droga ośmiu kręgów. Droga wojownika. Bla, bla, bla.

Pierdoły.

Wyskoczył w powietrze, prostując nogi, wyciągnął miecz i przełożył dłoń przez imaki tarczy.

„Nie wybierasz ani czasu, ani miejsca, ani przeciwnika — to on wybiera ciebie” — powiedział Levisson.

Własny oddech szumiał pod kopułą hełmu jak w wiadrze. Przeciwnik nadal się nie ruszał, tylko łypał ponuro. Miał sięgające do łokci żelazne rękawice. Dusiciel jakiś, czy co?

— Nie znasz potęgi ciemnej strony Mocy, Luke — powiedział mu Drakkainen. Zauważył, że chyba jest wściekły, bo mimowolnie zaczął drwić. Zawsze tak było.

Tamten bez pośpiechu odpiął płaszcz i pozwolił mu opaść na ziemię. Miał zygzakowate tatuaże na twarzy i ramionach, a sczesane na tył głowy, długie włosy, zaplecione w wąskie warkoczyki, wysmarowane były dziegciem. Ubrany był w czarną, skórzaną kamizelkę, a prócz tego na gołym torsie zwisał mu amulet podobny do spirali DNA albo symbolu służby medycznej. Tańczące Węże. Rozprostował ze zgrzytem palce w metalowych osłonach, po czym uderzył pięścią w dłoń i sięgnął do skórzanej, półokrągłej pochwy u pasa, skąd wydobył lśniący dysk wielkości średniej pizzy. Tłum zaszemrał.

Przeciwnik zmrużył paskudne, żółtawe ślepia i zasyczał, pokazując nacięty na końcu rozdwojony język, zabarwiony czymś na czarno.

— Fajno. Ty, ja i frisbee — wycedził Wędrowiec. — Na śmierć i życie.

Przyspieszenie uderzyło mu w żyły, jeszcze zanim tamten wypuścił dysk. Rzeczywiście ruchem nadgarstka, tak samo jak na plaży.

Zgiełk tłumu rozciągnął się w głuchy pomruk, a dysk ciął powietrze, obracając się wokół osi. Leciał trochę szybciej niż powinien i zmierzał w stronę Drakkainena po łukowatej, wznoszącej się trajektorii. Człowiek Wąż stał wciąż nieruchomo z wyciągniętą ręką i płasko rozłożoną dłonią.

Drakkainen wyliczył sobie tor lotu dysku i wykręcił unik w przeciwną stronę. Taki unik jest najlepszy, ale trudny. Nie od ataku, ale pod atak. Przez ułamek sekundy jest groźniej, a potem trajektorie się rozmijają.

W teorii.

Dysk wyraźnie zadygotał w powietrzu, po czym nagle zaczął się przechylać i skręcać w stronę Wędrowca.

Ten nie zdążył się przerazić, ale kolejny unik zrobił w ostatniej chwili. Wirujące ostrze musnęło jego tarczę, zostawiając wyraźną szczerbę, znów zadygotało w powietrzu i odchyliło lot do góry, zatoczyło łuk i spadło prosto w metalową rękawicę przeciwnika. Uderzenie w tarczę omal nie powaliło Vuka na ziemię.

On tym steruje, pomyślał Drakkainen. Wykręciłem się, bo jestem daleko. Ma ich jeszcze kilka. Nie da mi nawet podejść. Może się wypchać Krav Maga, aikido i szermierka. Tu potrzebny jest rewolwer.

Dysk wystrzelił z dłoni Węża i pomknął, tym razem płasko, niemal na wysokości kolan. Tłum zareagował rozciągniętym, basowym grzmotem z opóźnieniem niemal trzech dziesiątych sekundy.

„Myśl — powiedział w jego głowie Levisson. — Kto nie myśli, jest trupem”.

Wąż stał z wyciągniętą dłonią i rozłożoną płasko rękawicą. Steruje dłonią, pomyślał Drakkainen. Jak, na litość boską?!

Musiał reagować tuż przed trafieniem, tak, żeby nie zostawić tamtemu czasu na korekty. Kiedy talerz znajdował się o dwa kroki, ciął z góry.

W ostatniej chwili krąg przekręcił się do pionu i rozminął z jego ostrzem, po czym odbił się od ziemi i, wirując jak urwane koło ciężarówki, prysnął mu prosto w twarz.

Drakkainen zasłonił się, lecąc przez zgęstniałe, zmienione w rtęć powietrze. Podstawił płasko swoją tarczę i pozwolił pociskowi przetoczyć się po niej. Przemknęło mu przez myśl, że poprzednio wyszczerbił pancerz, bo kręcił się w drugą stronę jak ostrze piły tarczowej.

Piła tarczowa to taka piła do cięcia tarcz, pomyślał głupio, uderzając o ziemię.

Wstrząs wyrwał mu imak z dłoni i tarcza odpłynęła z ramienia jak w stanie nieważkości, żeglując wśród wyrwanych kawałków darni.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)