Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Ciało nie jest duszą — odpowiedział.
— Przypomnę ci to, gdy twoje własne ciało zmieni się w gnijące resztki — uśmiechnąłem się zjadliwie.
W tej samej chwili jednak uśmiech spełzł z mych sinych ust, gdyż w jakiś niewyobrażalny sposób poczułem całe to przerażenie, które gnieździło się w duszy Nazarejczyka, i któremu ten kolosalnym wysiłkiem woli nie pozwalał wydostać się na zewnątrz.
— Jaki jest cel tego wszystkiego? — spytałem go cicho.
— Nie wiem — ledwo zauważalnie wzruszył ramionami.
— Zapomnij o wiecznym życiu, Nazarejczyku — powiedziałem szybko, jakbym miał nadzieję przekonać go. — Nie idź do Jerozolimy. Zostaw swoich uczniów, porzuć tych, którzy śpiewają ci teraz hosannę. Wróć do Nazaretu i zajmij się rzemiosłem ciesielskim. Spróbuj przeżyć choćby to życie, które zostało ci dane. Sam przyznałeś, że nie masz władzy nad śmiercią, a zatem nie szukaj jej! Śmierć przyjdzie do ciebie sama.
— Mylisz się, Łazarzu — Nazarejczyk uśmiechnął się do mnie serdecznym, wszystko wybaczającym uśmiechem. — Wszystko, co czynię, dzieje się na sławę Ojca Mojego.
— Czyżbyś sam nie rozumiał, jak bardzo jesteś śmieszny, gdy jadąc wierzchem na ośle przyjmujesz hołdy nędzarzy, wymachujących liśćmi palmowymi? — pokręciłem ze zdziwieniem głową.
Nazarejczyk nic nie odpowiedział. Tknąwszy osła piętami pojechał swoją drogą.
— Poczekaj! — zawołałem za nim. — A co ze mną? Co się stanie ze mną?
Nazarejczyk nie odwrócił się nawet. Udawał, że po prostu nie istnieję. Próbował sam się przekonać do tego, że jest zdolny pokonać śmierć, podczas gdy ja jawiłem się bynajmniej nie żywym, lecz martwym dowodem tego, że oszukanie śmierci nie jest możliwe, dowodem, który stworzył własnymi rękoma. Miałem mu coś do powiedzenia, ale on nie chciał rozmawiać ze mną jak równy z równym. Był do obrzydzenia pewny siebie. Skazawszy mnie na wieczne życie, sądził, że spełnił dobry uczynek, i już nikt na świecie nie zdołałby go przekonać, że było inaczej. Nazarejczyk uparcie, niczym osioł, którego dumnie dosiadał, podążał na spotkanie własnej śmierci.
Po tym, jak Nazarejczyk razem ze świtą, składającą się z dwunastu jego uczniów i nędzarzy, którzy się do nich przyłączyli, a którzy i tak zamierzali udać się do Jerozolimy licząc na hojne datki w czasie święta Paschy, opuścił Betanię, na poważnie zacząłem zastanawiać się nad tym, co dalej. Tak naprawdę nie pozostawiono mi wyjścia. Moje ciało, którego nadal nie czułem, wciąż się rozkładało. Z palców rąk i nóg odpadały paznokcie, jeden za drugim wypadały zęby, włosy wyłaziły garściami, z ran i wrzodów na skórze, a zwłaszcza z otworu w brzuchu, pozostałym po nożu najemnego zabójcy, sączył się cuchnący śluz. Wokół mnie bez przerwy krążyły roje much, i bardzo się obawiałem, że w moim gnijącym ciele pojawią się robaki. Codziennie po dwa, a nawet trzy razy wchodziłem do balii z gorącą wodą i tarłem się gąbką. Ale za każdym razem skóra złaziła ze mnie potem płatami. Dlatego, by choć trochę powstrzymać proces rozkładu, zacząłem owijać się pasami materiału, nasyconego wonnościami, które kupowały dla mnie siostry. Teraz bez chitonu przypominałem egipską mumię.
Duchowe cierpienia, które odczuwałem obserwując rozpad własnego ciała, były o wiele straszniejsze od bólu fizycznego, który żywy człowiek odczuwałby na moim miejscu.
Na trzeci dzień po wskrzeszeniu twarz moja zmieniła się w bezkształtną maskę śmierci. Nos i uszy odpadły, usta spuchły i obwisły, niczym macki ośmiornicy, oczy zapadły się, a powieki przykleiły do gałek ocznych. Bałem się teraz wychodzić na ulicę — ludzie brali mnie za trędowatego.
Na trzy dni przed Paschą zrozumiałem, że powinienem być tam, gdzie umrze Nazarejczyk. Powinienem spojrzeć w oczy jego przed śmiercią, w tej chwili, gdy wreszcie przyzna, że to ja miałem rację.
Niczego nie mówiąc siostrom opuściłem Betanię. Zmuszony byłem okręcić bandażami nie tylko swe ciało, ale i twarz, ponieważ widok mój stał się na tyle obrzydliwy, że wzbudzał w napotkanych przerażenie. Prowiantu nie potrzebowałem, i dlatego zabrałem ze sobą jedynie worek z płótnem, które zamierzałem porwać na bandaże, i dwa niewielkie dzbanki z wonnościami.
Z Betanii do Jerozolimy nie było daleko, ale droga zajęła mi prawie pół dnia. Nie przebywszy nawet połowy drogi nieostrożnie nadepnąłem na kamień i przewróciłem się. Skończyło się to tym, że moja lewa noga przełamała się w stawie kolanowym. Mięśnie i wiązadła rozerwały się, i teraz kości połączone były jedynie cieniutkimi włóknami ścięgien. Aby kontynuować wędrówkę musiałem znaleźć dwa długie kije i mocno przywiązać je do nogi, tak, by końcami opierały się o ziemię. Teraz noga nie zginała się w kolanie, i dużo wysiłku wkładałem w to, aby zrobić choćby jeden krok, utrzymując przy tym równowagę i ratując się przed runięciem na ziemię. Obok mnie przejeżdżały wozy z ludźmi, zdążającymi do Jerozolimy na obchody Paschy, ale żadnemu z nich przez myśl nie przeszło, żeby zatrzymać się i posadzić obok siebie stwora kuśtykającego poboczem drogi, z trudem utrzymującego równowagę, z rozstawionymi szeroko rękoma i twarzą, dokładnie okręconego bandażami, tak że pozostała jedynie wąska szczelina dla oczu, których nie było widać. Rozumiałem ich, i dlatego nie osądzałem. Ale przekleństwa, które słałem na Nazarejczyka były straszliwe. Gdyby nie moje rozpaczliwe położenie, sam bym zapewne zdziwił się, skąd wzięło się we mnie tyle złości i nienawiści. Przecież nie zamierzałem mścić się na nim. Po prostu chciałem, żeby wreszcie zrozumiał, że nie miał racji, uważając za możliwe nie obleczone w cielesną formę wieczne życie. W końcu mylić się może każdy, ale tylko głupiec nie zamierza przyznać się do własnych błędów.
Powoli wlokłem się skrajem drogi pod promieniami palącego słońca, we wzniecanym przez przejeżdżające obok wozy pyle, od którego normalny człowiek już dawno dostałby ataku kaszlu. Ale na mnie wszystko to nie robiło najmniejszego wrażenia. Ciało pozostawało dla mnie tym punktem w przestrzeni, do którego przywiązany był mój rozum, i po to, by dotrzeć tam, gdzie zamierzałem, musiałem zmusić owe żałosne resztki do ruchu.
Szedłem bardzo powoli. Ale jako że ani upał, który żywym powinien wydawać się wyczerpującym, ani pył drogi nie przeszkadzały mi, miałem możność porozmyślać o tym, jak zmieniłem się po śmierci. Kim byłem przedtem? Prostym wieśniakiem, zarabiającym na życie pleceniem koszy i innym drobnym rzemiosłem. Po śmierci wciąż pozostawałem tym samym Łazarzem z Betanii, ale przy tym do mojej świadomości dodano coś jeszcze. Trudno było mi wyrazić to uczucie słowami. Wydawało mi się, że przeżyłem nie jedno, a co najmniej dziesięć żyć, zachowując całą mądrość, zebraną w każdym z nich. Bo czyż mógłby wcześniejszy Łazarz jak równy z równym rozmawiać z Nazarejczykiem, który nawet najwyższych kapłanów swoimi pytaniami zbijał z tropu? Mówiłem jak z książki, nie odczuwając najmniejszego skrępowania czy wstydu. I przy tym nie powtarzałem prosto czyichś słów, które zapadły mi w pamięci — wypowiadałem własne myśli i opinie. Których wcześniejszy Łazarz po prostu nie mógł mieć. Prócz tego, całkiem niedawno odkryłem u siebie zadziwiającą właściwość: w mojej pamięci pojawiały się obrazy tego, czego nigdy w życiu nie widziałem. To mogły być nieznane mi twarze ludzi albo miejsca, w których nigdy nie byłem. Zupełnie mnie to nie niepokoiło, tylko dziwiło, a i to nie bardzo. Dobrze rozumiałem, że zetknąwszy się z Absolutną Nicością, w której prócz mnie przebywały jednocześnie świadomości milionów, milionów ludzi, życie których przerwane zostało przed moim, nie mogłem pozostać niezmieniony. Coś od nich przejąłem, oni zaś wzięli ode mnie to, co wydało im się interesujące. A może w czasie pobytu w Nicości w ogóle byliśmy jedną istotą. Albo jednym rozumem — to zapewne było bliższe prawdy. Nie wiem, czy komukolwiek przyszło przede mną opuścić Nicość, żeby powrócić na Ziemię w tej lub innej formie cielesnej, zachowawszy przy tym własną indywidualność, lecz to, że śmierć obdarzyła mój rozum wieloma nowymi właściwościami i zdolnościami, którymi wcześniej nie dysponowałem, nie budziło jakichkolwiek wątpliwości. Więcej, byłem przekonany, że w razie potrzeby mogłem otrzymać potrzebną mi informację z każdego punktu kuli ziemskiej. Tak, Ziemia, na której żyjemy, kształtem przypominała kulę, chociaż zapewne niejednemu trudno byłoby w to uwierzyć! Ale na razie bałem się jeszcze korzystać z tych nowych dla mnie umiejętności. Poza tym, w tej chwili interesował mnie tylko jeden człowiek — Nazarejczyk. A o tym, że znajdował się on teraz w Jerozolimie, wiedziałem bez cienia wątpliwości.