KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- To przedmiot wymiany. Nie wolno dotykać.
Nie wiem, czy mnie zrozumiał, ale węzełka nie dotykał. Kucnął i bardzo szybko przeszukał mnie dłońmi, nie pomijając nawet najbardziej wstydliwych miejsc.
- Panie... - nie wytrzymałem, ale rewizja była już zakończona.
Brodacz, milcząc, pchnął mnie w plecy. Wsiadłem do pojazdu i drzwi się zatrzasnęły. Rozległ się zgrzyt zasuwy. Kareta zakołysała się, pojechaliśmy.
Minęło co najmniej pół godziny, zanim między nami nawiązała się rozmowa. Rozpoczęła ją mademoiselle, ponieważ ja zupełnie nie wiedziałem, jak by tu zagaić.
- Dziwne - powiedziała, kiedy karetą zakołysało na zakręcie i dotknęliśmy się ramionami. - Dziwne, że dzisiaj mnie nie oszukał.
- Co? - zdziwiłem się.
- Jak jest - perquisitionner?
- A, obszukał.
- Tak, dziękuję. Dziwne, że mnie nie obszukał. Zazwyczaj obszukiwał. Przecież można schować w pantalony malutki pistolet.
Pozwoliłem sobie nachylić się do jej ucha i szepnąć:
- Mamy lepszą broń. - I poklepałem ręką po bombie.
- Osthożnie! - jęknęła mademoiselle. - Ja się boję!
Mimo wszystko kobieta pozostaje kobietą, nawet taka odważna.
- To nic - uspokoiłem ją. - Dopóki zapalnik nie został włączony, nie ma się czego bać.
- Cały czas rozmyślam nad drugą niespodzianką monsieur Fandorina - powiedziała nagle mademoiselle po francusku. Jej głos zadrżał. - Czy nie polega ona na tym, że bomba wybuchnie tak czy owak, rozrywając nas, jego wysokość i doktora Linda na kawałki, a kamień, jak powiedział monsieur Fandorin, odnajdą potem wśród szczątków? Najważniejsze dla cara - zachować „Orłowa” i uniknąć skandalu. Dla monsieur Fandorina - zemścić się na doktorze Lindzie. A co wy myślicie, Atanas?
Prawdę rzekłszy, jej podejrzenia wydały mi się nawet bardzo prawdopodobne, ale chwilę się zastanowiłem i już wiedziałem, jak je rozwiać.
- W takim razie daliby nam nie prawdziwy kamień, tylko podróbkę. Wtedy nie musieliby nawet grzebać w ruinach.
- A dlaczego sądzicie, że w kuli jest prawdziwy „Orłow”? - spytała nerwowo. - Przecież nie jesteśmy jubilerami. Naciśnięcie guzik, a to od razu wybuchnie! I wtedy poznamy prawdziwą niespodziankę, o której w żadnym wypadku wcześniej nie mogliśmy wiedzieć.
Cały zlodowaciałem - to przypuszczenie było już zbyt prawdopodobne.
- Widać taki nasz los - powiedziałem i przeżegnałem się. - Jeśli zgadliście prawidłowo, to taką decyzję podjęły najwyższe władze, a ja całkowicie się jej podporządkuję. Ale wy nie musicie wchodzić do grobowca. Kiedy nas tam przywiozą, powiem woźnicy, że wasza obecność nie jest konieczna - sam zabiorę Michała Gieorgijewicza.
Mademoiselle mocno ścisnęła mi rękę i powiedziała po francusku:
- Dziękuję wam, Atanas. Wróciliście mi wiarę w szlachetność człowieka. Nie, pójdę z wami. Wstyd mi, że podejrzewałam Erasta o wiarołomność. Dla niego kamień, nawet taki szczególny, nie może być droższy od życia dziecka. Ani od naszego życia - dokończyła cicho.
Druga połowa jej krótkiej, pełnej uczucia przemowy trochę zepsuła wcześniejsze przyjemne wrażenie, mimo to byłem wzruszony. Chciałem w odpowiedzi uścisnąć palce Emilii, ale to wyglądałoby chyba na zbytnią poufałość. Jechaliśmy zatem dalej, a jej ręka dotykała mojej.
W odróżnieniu od mademoiselle nie byłem wcale pewny szlachetności pana Fandorina. Wydawało się całkiem prawdopodobne, że już lada chwila ziemski byt Afanasija Ziukina dobiegnie kresu, i to nie w cichy i niezauważalny sposób, jak należałoby logicznie wnioskować z dotychczasowej spokojnej egzystencji, lecz z nieprzyzwoitym trzaskiem i gruchotem. Towarzystwo Emilii czyniło tę myśl mniej wstrętną. A w tym przejawiała się bezwarunkowo wada charakteru, której nie cierpię u innych i którą zawsze starałem się zdusić w sobie - małoduszne samolubstwo.
Tymczasem w szczelnie zamkniętej karecie coraz trudniej było oddychać. Po twarzy i karku, łaskocząc nieprzyjemnie, spływały mi krople potu, lecz nie mogłem się otrzeć chusteczką - musiałbym wtedy uwolnić choć jedną rękę. Słychać było także przyspieszony oddech mademoiselle.
Nagle przyszła mi do głowy prosta i straszna myśl, od której pot spłynął po mym czole jeszcze obficiej. Spróbowałem cichutko, żeby nie wystraszyć mademoiselle, wsunąć rękę w węzełek i otworzyć pokrywkę kuli. Jednak szczęknięcie i tak dało się słyszeć.
- Co to było? - zadrżała mademoiselle. - Co to za dźwięk?
- Plan Linda jest prostszy i bardziej podstępny, niż wydawało się Fandorinowi - powiedziałem, łapiąc ustami powietrze. - Przypuszczam, że doktor rozkazał wozić nas w tej szczelnie zamkniętej skrzyni, dopóki się nie udusimy, a potem najspokojniej zabierze sobie „Orłowa”. tylko nic mu z tego nie wyjdzie - włączam zapalnik. Dopóki jestem przytomny, będę trzymał bombę obiema rękoma w powietrzu. Kiedy moje siły się wyczerpią, kula upadnie...
- Vous etes fou! - wykrzyknęła mademoiselle, szarpnięciem wyswobodziła rękę i chwyciła mnie za łokieć. - Vous etes fou! N’y pensez pas! Je compte les detours, nous sommes presque la!* [Zwariowaliście! Nie róbcie tego! Liczę zakręty, już prawie dojechaliśmy! (fr.).]
- Za późno, już nacisnąłem - powiedziałem i mocno uchwyciłem kulę obiema rękoma.
A po minucie kareta rzeczywiście się zatrzymała.
- No, wybaw nas, Panie, tak? - szepnęła Emilia po rosyjsku i przeżegnała się, ale nie jak prawosławni, tylko po swojemu, po katolicku, od lewej do prawej.
Drzwiczki otworzyły się i w jasnym świetle przymknąłem powieki. Nikt mi oczu nie zawiązywał. Zobaczyłem obłupaną ścianę małej kapliczki, a niedaleko, o sto kroków, baszty i dzwonnice wielkiego monasteru. Postawiwszy stopę na podnóżku, ukradkiem rozejrzałem się na boki. Nad strumieniem siedzieli wędkarze, a na skraju najbliższego skweru zieleniał świeżym listowiem węźlasty dąb, w którego dziupli prawdopodobnie skrywał się starszy agent Kuziakin. Myśl o nim trochę podniosła mnie na duchu, chociaż to, że nie założono nam opasek, najpewniej oznaczało, iż doktor Lind nie zamierza wypuścić nas żywych. Mademoiselle wysunęła się zza mojego ramienia i także zaczęła się rozglądać - ach, tak, przecież po raz pierwszy znalazła się tutaj bez opaski. To nic, panie Lind - pomyślałem - jeśli przepadniemy, to i pan z nami. Przycisnąłem węzełek do piersi.