Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Fala czarów nadeszła od strony jeziora i uderzyła we wszystko na brzegu. Kennethowi podcięło nogi, upadając, zobaczył jeszcze ślad tego, co nadchodziło, potrącając kamienie i rozrzucając na boki szczątki chaty. Coś usiadło mu na plecach i chichocząc złośliwie, wcisnęło twarz w ziemię.
Demon zaryczał, tym razem bez gniewu, tylko jakoś tak... panicznie, zawył krótko, coś go przydławiło, wyrwał się na chwilę i zawył jeszcze raz, lecz cokolwiek nadeszło od strony wody, było zbyt potężne, żeby mógł się oprzeć. Wycie przeszło w skomlenie, coraz cichsze i cichsze, aż zamilkło. Ciężar na plecach Kennetha znikł.
Poderwał się – potwora nigdzie nie było, na jego miejscu był niemal nagi, poczerniały trup, drużyna zabójców również leżała na ziemi, oszołomiona i bezbronna. Dopadł najbliższego, odzyskującego przytomność, wskoczył mu na plecy, przyłożył sztych do karku.
– Ani drgnij – zasyczał w ucho. – Chyba że spieszno ci w drogę do Domu Snu.
Obcy przechylił głowę i łypnął na niego okiem.
– A panu, poruczniku lyw-Darawyt? – wyszeptał kącikiem ust. – Bo Szczurza Nora nie będzie zadowolona.
—— • ——
Kazali ich dokładnie obszukać, rozebrać niemal do naga i związać. Piątkę, która przeżyła. Ueli, rannej w chacie, usztywniono ręce, lecz twarz ciągle miała wykrzywioną bólem. Ona i czarownik byli w najgorszym stanie. Czarodziej nadal był nieprzytomny, lecz zakneblowali go, zawiązali oczy i zasłonili uszy. Jak na cholernych strażników byli bardzo przewidujący.
Gdy podszedł do niego dowódca kompanii, Anderell miał ochotę bluznąć mu w twarz. Coś w oczach żołnierza powstrzymało go od tego.
– Znasz moje imię i stopień, a ja nie wiem o tobie nic, oprócz tego, że strzelałeś do mnie i do moich ludzi – porucznik odezwał się cicho. – Nawet Szczury powinny mieć umiar. Imię, nazwisko, stopień. Potem zdecyduję, co z wami zrobić.
Anderell uniósł głowę i uśmiechnął się ponuro.
– Jest pan odważny, poruczniku. Większość oficerów, których poznałem, błagałaby już na kolanach, żebym zapomniał o tym, co tu się wydarzyło.
– Ja wiem, co tu się wydarzyło, Szczurze. Przyszliśmy, żeby ochronić mieszkańców wioski przed demonem, którego sami stworzyli. A wy czekaliście tu już od kilku dni, ukrywając się przed nimi i przed nami. A kiedy wreszcie go znaleźliśmy, zaatakowaliście i jego, i nas. Dlaczego?
– Nikt cię nie atakował.
– Stałem w głębi izby, dobre kilka kroków za chłopcem, a oba bełty trafiły w moją tarczę. Przypadek? Nie, nie odzywaj się jeszcze. Kazałem moim tropicielom rozejrzeć się po okolicy. Znaleźli ślady, kryjówki, których nie chroni już magia. Jesteście tu co najmniej od pięciu dni, może dłużej, jednak nie nawiązaliście kontaktu, nie uprzedziliście nas. Czym byliśmy? Przynętą?
– Przynętą? Gówno tam – prawie się opluł. – O mało nam go nie spłoszyliście. Codziennie modliłem się, żebyście się stąd zabrali. A kiedy weszliście za nim do chałupy, na co miałem czekać? Aż was pozabija i ucieknie?
– On by nas nie zabił – porucznik ukląkł i wreszcie zaczął rozcinać mu pęta. – On... oni czekali na ojca i zabijali tylko mieszkańców wioski. Tych, którzy przyszli do chaty i powiesili im matkę. Ktoś mi powiedział, że ta wieś to stado wściekłych psów, ale to złe określenie. To wioska duchów i szaleńców, i lepiej zostawić ją w spokoju. Wiesz, że uciekli? Uuuch, no, gotowe.
– Nie miałem czasu się rozglądać – usiadł i zaczął rozmasowywać ręce. – Wróci.
– Tak sądzę. Ale my nie będziemy ich ścigać.
– Powiedziałeś „ich”?
Anderell od niechcenia sięgnął ku więzom sąsiada.
– Nie! – Powstrzymał go oficer. – Jeszcze nie teraz. Uwolnimy was, ale po mojemu. Imię?
Szczur spojrzał raz jeszcze w oczy strażnika i zrezygnował z kłótni.
– Anderell-kle-Warreh, Pierwszy Szczur, piętnasta drużyna z Warreth.
– Jest ich dwoje, brat i siostra. Czekają na ojca, którego śmierć wymazali z pamięci, i zabijają tych, którzy powiesili im matkę. To cała historia potwora z Byrt, wielogłowego, wielopaszczego, opętanego chciwością i powoli pożerającego własne ciało – oficer wskazał na kilka ostatnich chat. – Chciwego, bezdusznego, mordującego dla kawałka ścierwa wyrzuconego na brzeg. Od dłuższego czasu wiedzieliście, że dzieje się tu coś dziwnego, prawda?
Pytanie zabrzmiało niemal jak oskarżenie.
– Skąd...
– Warreth jest piętnaście dni drogi stąd. Tam nie powinni jeszcze w ogóle wiedzieć o tym, co tu się dzieje. To znaczy, że byliście w pobliżu, gdy doszło do pierwszego zabójstwa. I od razu zaczailiście się przy wiosce. Nie znajdowali tu tylko złota i błyskotek – oficer mówił monotonnie, jakby bardziej myślał na głos, niż rozmawiał z drugim człowiekiem. – Znajdowali także dużo rzeczy nasyconych magią. Czasem dziwną magią, obcą i niepojętą. Coś takiego jest warte stukrotnej wagi w złocie, jeśli znajdzie się odpowiedniego kupca. I to pomimo Kodeksu, a może dzięki niemu. Do Szczurzej Nory dotarły informacje, że w górach pojawiły się przedmioty niezwiązane z aspektowaną magią, a Szczury od tego są, żeby takie rzeczy tropić. W końcu dotarliście do źródła...
– A skąd w takim razie ten... to rodzeństwo...
– Nie zawsze zabijali tu całe rodziny. Ktoś wpadł na pomysł, że dobrze byłoby wypróbować znaleziska, zanim zaoferuje się je kupcom. Potrzebowali... kogoś do doświadczeń. Zakładali amulet i sprawdzali... czy łatwiej go zranić nożem, poparzyć, utopić, złamać kość. Głupie próby głupców. To nie tak działa, ale oni już nie myśleli jak... a może właśnie myśleli jak ludzie? Od jakiegoś czasu lodowiec wyrzuca coraz mniej. Jest mniej do podziału. Trzeba zarobić jak najwięcej, gdy źródło złota wysycha, więc skrupuły idą na bok. Gdy znaleźli tego dziwnego trupa, z dziwnymi rękawicami na dłoniach... założyli je chłopcu, żeby zobaczyć, co się stanie. Sześciu mężczyzn zamknęło go w pustej chacie, związało i postanowiło sprawdzić, co da mu ta rzecz. Zerwał więzy i zabił ich. Potem zabrał siostrę i uciekł. I zaczął wracać.
– Jak się dowiedziałeś?
Spojrzenie porucznika stało się puste.
– Przesłuchaliśmy jednego z miejscowych. Tego, który był najwyraźniej blisko ze starszym wioski.
– Żyje?
– Nikt go nawet nie tknął. Wyciągnęliśmy go z chałupy, związaliśmy i zostawiliśmy poza wioską. W ciemności. Nic nie chciał powiedzieć. Nagle coś wyskoczyło z mroku, on zaczął wrzeszczeć, a potem przestał. Więc wyciągnęliśmy następnego gospodarza. Ten był rozmowniejszy. A ja się ciągle zastanawiam, czy nie byłoby dobrze spalić tu wszystkiego do gołej ziemi.
Uśmiech rudego porucznika niebezpiecznie upodabniał się do grymasu szaleńca.
– Zostawiłeś człowieka na pewną śmierć?
– Nie powiedziałem, że zginął. Ma się dobrze, ktoś przestraszył go w mroku, po czym zakneblował. Tyle wystarczyło. Mówię ci to, bo chcę, żebyś w Norze opowiedział prawdę o tej wiosce.