Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Więc nas uwolnicie?
Anderell-kle-Warreh wysłuchał, co porucznik ma do powiedzenia, a potem zaczął kląć, nie przebierając w słowach.
—— • ——
Kenneth stał przed pułkownikiem i wbijał wzrok w małą plamkę na ścianie. Robił to za każdym razem, gdy wzywano go do kwatery dowódcy, i miał wrażenie, że plamka stała się już lekko wklęsła i wyślizgana od tego wgapiania się. Mimo wszystko to pozwalało mu nie patrzeć na minę Akeresa Gewanra.
– Zostawiliście ich na jeziorze?
– Wsadziliśmy w łódź z jednym wiosłem i wyholowaliśmy na środek. Zanim dopłynęli do brzegu, byliśmy już daleko.
– Otrzymał pan rozkaz schwytania mordercy.
– Nie byłem w stanie aresztować całej wioski, panie pułkowniku. Byrt ma swojego potwora i będzie go miało nadal, dopóki jezioro będzie wyrzucać różne rzeczy na brzeg. Wszystko jest w raporcie.
– Rozumiem. Czytałem. Szczurza Nora oskarża was o zabicie jednego i przyczynienie się do śmierci drugiego Szczura. Ten czarownik, któremu psy przerwały rzucanie zaklęcia...
– Ten czarownik musiał wiedzieć, że ja i moi ludzie jesteśmy w środku, a mimo to zamierzał uwolnić demona, używając magii łamiącej Wielki Kodeks. Nie będę go żałował.
– Nie chodzi im tylko o tych zabitych, lecz o czary, które zniszczyły demona. Pytają, kto je rzucał, a ja nie wiem, co im odpowiedzieć.
Kenneth przełknął ślinę, chrząknął.
– I dlatego wysyła nas pan do Law-Onee? Tysiąc mil na wschód? Jak mam to powiedzieć moim ludziom?
– Od kiedy to dowódca tłumaczy się żołnierzom?
– Nie tłumaczę się im, panie pułkowniku. Ale... Siłą Straży jest to, że pułki rekrutują ludzi w promieniu najwyżej kilkudziesięciu mil od własnej siedziby. Dziesięć dni drogi. Niemal w każdej wiosce i miasteczku moi strażnicy mają jakichś krewnych i przyjaciół. Dzięki temu zawsze wiemy, co pod kamieniami słychać. Jak mam im powiedzieć, że znów zostają ukarani? I za co? Rzucenie ich na drugi kraniec Imperium to jak przesadzenie dobrze ukorzenionego drzewa. Uschnie jak...
Pułkownik wstał zza biurka i pochylił się ku strażnikowi.
– Nie potrzebuję takich dramatycznych porównań, poruczniku – wycedził. – Nie jesteśmy w teatrze. Mogę rozwiązać kompanię, pod pretekstem kary za niewykonanie rozkazu, wykreślić ją z rejestrów, a żołnierzy rozdzielić między pozostałe oddziały. Szósta Kompania, którą miejscowi już nazywają Czerwonymi Szóstkami i są z niej dumni. Tylko że to złamie morale pułku. Więc wyślę was tam, gdzie nie będzie im się chciało was ścigać.
– Komu?
– Szczurom. My też mamy swoje źródła. Ktoś w Norze jest wściekły, że weszliście im w paradę. Podobno nie pierwszy raz. Podobno już wydano rozkazy i przy najbliższym patrolu macie... zniknąć. Polec w walce.
– Dlaczego?
– Może ktoś bardzo nie lubi przegrywać? Może robi się o was zbyt głośno? Nie wiem. Każdy pułk ma wysłać na wschód jedną kompanię, celem wzmocnienia tamtejszych garnizonów, więc z Nowego Rewendath pójdzie Szósta. Nie będziecie jedynym... drzewem, choć radzę szybko zapuścić korzenie. Coś się szykuje.
Kenneth po raz pierwszy spojrzał w oczy dowódcy. Ani śladu kpiny.
– Nowa wojna z koczownikami?
– Może. Wysyłamy was po to, żeby do niej nie doszło. Te czary, które powstrzymały demona... To te dzieci?
Plamka na ścianie znów przyciągnęła jego wzrok.
– Tak sądzę, panie pułkowniku.
—— • ——
Łódka kołysała się jakieś dwadzieścia jardów od brzegu, choć równie dobrze mogłaby być po drugiej stronie jeziora. Mimo braku wiatru woda wokół niej tańczyła od małych wirów, marszczyła się pod dotykiem niewidzialnych stóp. Zbyteczna demonstracja. Tak samo jak czerwone kły i przyczernione jamy oczodołów siedzącego w niej ahera.
– Znowu się spotykamy – głos był ten sam, chrapliwy i nieprzyjemny. – Czerwonowłosy.
– Borehed – Kenneth przykucnął przy brzegu, nabrał wody w dłonie i opryskał twarz. – Moi zwiadowcy nie chcieli uwierzyć własnym oczom. Aż ich palce swędziały do spustów.
– Czemu nie strzelali?
– Mają rodziny.
Aher wyszczerzył się w uśmiechu jak świeża rana.
– Mądrzy są.
– A ty? Pokonałeś wczoraj to, co pożarło czarownika. Dlaczego?
– Szacunek dla wroga, człowieku. Ten demon mógł pokonać chłopaka, a wtedy Szczury mogłyby go schwytać. Nie zasłużył na taki los. To stara obietnica.
– Stara?
– Z czasów, gdy niebo miało niekiedy barwę stali, gwiazdy zmieniały swoje miejsca, a krew naszych ojców wsiąkała w tę samą ziemię. Walczyliśmy wspólnie o świat, człowieku.
Porucznik wstał, wytarł dłonie o płaszcz.
– To nie jest odpowiedź.
– Pamiętam – głos szamana ścichł – pamiętam wspomnienia duchów. To co zostało zamknięte w rękawicach, nie przybyło tu, by zabijać. Tę istotę wykorzystano jako broń, lecz nie walczyła dla własnej przyjemności, żądzy sławy czy zysku. Szanowaliśmy tych, którzy używali rękawic. I lepiej, żeby nie dostały się w, he, he, szczurze łapki.
– I tak go złapią. Wkrótce zaroi się tu od Szczurów.
Borehed pokręcił głową, w bardzo ludzkim geście.
– On umiera, człowieku. Ciało chłopca nie jest... odpowiednie. Prawie nic nie pije i wcale nie je. Tylko siostra trzyma go jeszcze przy życiu. Raczej... wspomnienie o niej. Umysł dzieciaka i tego, co zostało umieszczone w rękawicy, resztki potężnego wojownika, przemieszały się całkowicie, lecz jakaś część pamięta. O ojcu, matce, siostrze. Ale to nie wystarczy, bo jest w nim już tylko cień człowieka.
– Więc co? Będą tak skakać jeszcze kilka dni, brat i na wpół obłąkana siostra, a potem on umrze? Każdy, kto znajdzie rękawice...
– Nie. Tym razem umrą obaj, zbyt się połączyli, przeplątali, ich dusze, to, co z nich zostało, są już jednym. Więc gdy umrze ciało, zginą obaj. A wtedy umrze i drugie dziecko. Nie, nie oglądaj się. Nie schwytasz ich, zresztą, na drodze do Domu Snu dwa duchy już czekają na tę małą, mężczyzna w mokrym ubraniu i kobieta ze szramą na szyi. Masz na to słowo szamana. Widziałem.
– A on?
– On odejdzie tam, gdzie wszyscy, którzy nosili rękawice. Poza Mrok.
– I tyle? Koniec?
Uśmiech ahera mógłby przerazić szarżującego smoka.
– Nic się nie kończy, człowieku. Nie można wrzucić kamienia do wody i powiedzieć stop, fala dalej nie płynie. Zobaczysz. To nie powinno się wydarzyć. Nigdy. Nawet nie wiesz, co właściwie widziałeś, i dziękuj swoim bogom, bo inaczej już rzuciłbyś się na miecz. – Borehed nagle wyszczerzył się jeszcze szerzej. – I znów zamiast cię zabić, gadam.
Kenneth odpowiedział uśmiechem.
– Może dlatego, że dziesięciu moich ludzi siedzi tam, między kamieniami, i mierzy w ciebie z kusz?
– Może. A może dlatego, że w chacie nie próbowałeś rozpłatać tych dzieci na pół. Kto wie? Jak będę miał szczęście, zabiję cię następnym razem.
Pchnięta kilkoma ruchami wiosła łódeczka oddaliła się od brzegu.
—— • ——
Gdy tylko za oficerem zatrzasnęły się drzwi, pułkownik usiadł i ukrył twarz w dłoniach. Nie podniósł jej, gdy skrzypnęły zawiasy.
– Nawet się nie zająknął.
Znał ten głos aż za dobrze. Od miesięcy go prześladował.
– Wysłałem właśnie dobrego oficera i świetnych żołnierzy tysiąc mil od domu. Więc lepiej nic nie mów, Gelrgorfe.
– To jedyne wyjście. Znam... ludzi, którzy uważają, że ci żołnierze wiedzą już za dużo. Sprawdziliśmy te czary, które im pomogły. Śmierdziało szamańskimi duchami na milę. Dlaczego jakiś szaman im pomagał? Co ich z nim łączy? Musiałem bardzo się starać, żeby nie zaproszono ich na pogawędkę do Nory.