Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Widziałem nóż, który po rękojeść wszedł w mój brzuch, ale przy tym nie czułem absolutnie nic: ani bólu, ani choćby lekkiego swędzenia w miejscu zranienia.
Na twarzy zabójcy pojawił się wyraz zdziwienia — ofiara zachowywała się zupełnie nie tak, jak powinna. Pociągnął rękojeść noża do siebie, zamierzając zadać nowy cios, ale złapałem jego nadgarstek i trzymałem, nie pozwalając wyciągnąć ostrza z rany.
— Kto cię nasłał? — spytałem cicho.
Jego twarz wykrzywił grymas przerażenia. Szarpnął się ze wszystkich sił, ale mój uścisk był prawdziwie martwy. Ostrze noża przecięło jednak coś w moim brzuchu, i na rękę zabójcy pociekła brunatna, lepka i, jak podejrzewałem, obrzydliwie cuchnąca ciecz. Oczy nieszczęśnika o mały włos nie wyszły z orbit. Obawiając się, że ze strachu może krzyknąć, złapałem go za gardło i powaliłem na ziemię.
— Kto cię nasłał? — powtórzyłem pytanie, zbliżywszy swą twarz do twarzy zabójcy.
— Kajfasz… Najwyższy kapłan… — wysyczał ledwo słyszalnie.
Osłabiłem nieco chwyt ręki, uciskającej gardło najemnego zabójcy.
— Po co?
— Nazarejczyk… Najwyżsi kapłani uważają, że jeśli nadal będzie czynił cuda, to wielu w niego uwierzy… I wtedy przyjdą Rzymianie, i zawładną miejscem tym i ludem go zamieszkującym…
Puściłem zabójcę i podniosłem się na nogi.
— Idź — machnąłem ręką. — Idź do Kajfasza, który cię posłał, i powiedz mu, że Łazarz jest martwy.
Zabójca uniósł się na łokciu i z niedowierzaniem popatrzył na mnie.
— Idź! — znów machnąłem ręką.
Biedaczyna jednym susem skoczył na nogi i cisnąwszy nóż na ziemię rzucił się w zarośla jałowca.
Przyłożyłem rękę do rany na brzuchu. Z jamy brzusznej nadal sączył się jakiś lepki śluz. Oderwałem brzeg z poły chitonu, kilkakrotnie złożyłem materiał i zatkałem nim dziurę w brzuchu. Potem podszedłem do sykomory, oparłem prawą rękę o jej szorstki pień i, pochyliwszy się, oczyściłem żołądek z tego, czym ugościł mnie Nazarejczyk.
Rankiem następnego dnia Maria oznajmiła mi, że Nazarejczyk opuszcza Betanię, aby udać się do Jerozolimy. Przy tym siostra nawet nie weszła do mojego pokoju, tylko odrobinę uchyliła drzwi, z czego wywnioskowałem, że moje ciało śmierdzi coraz bardziej.
Wieczorem położyłem się do łóżka tylko po to, by niepotrzebnie nie niepokoić sióstr. Ale przez całą noc nie zamknąłem oczu. Nie czułem zmęczenia i nie potrzebowałem snu. Leżałem patrząc w sufit i o niczym nie myślałem. Wydawało mi się, że jeśli zdołam odtworzyć w myślach ów stan niebytu, w którym przebywałem po śmierci, to da mi to możliwość stania się na powrót martwym. Ale bez względu na to, jak bardzo bym się starał, nic mi z tego nie wychodziło. Znajdowałem się w dziwnym stanie: ciało moje było martwe, i rozum już pogodził się z faktem mej śmierci, ale przy tym świat żywych ludzi, do którego już nie należałem, nie wypuszczał mnie. Wola Nazarejczyka, który wezwał mnie z Niebytu, zamknęła przede mną końcowy punkt, do którego dąży wszystko, co żyje. Tylko w tym celu, żeby zademonstrować zebranym wokół niego ludziom siłę swą i moc, bez zastanowienia skazał mnie na wieczne życie i związane z nim wieczne cierpienie. Czyż coś takiego godne jest Syna Bożego?
Podczas ubierania obejrzałem się na tyle, na ile było to możliwe, i spostrzegłem, że na mym ciele już prawie nie zostało miejsc wolnych od trupich plam. Lewe przedramię, z którego wieczorem, podczas kąpieli, zdarłem skórę, było mokre od posoki, a z otworu na brzuchu, zatkanego mokrą szmatką, sączył się gnilny śluz. Gdy wyciągnąłem szmaciany korek z rany, jej krawędzie rozeszły się na boki, i o mały włos cała zawartość jamy brzusznej nie wypadłaby na podłogę. Z trudem udało mi się wepchnąć śliskie pętle jelit z powrotem do brzucha. Ponownie wsunąłem szmatkę w ranę i dla pewności jeszcze kilkakrotnie obwiązałem brzuch szerokim pasem mocnego materiału. Potem przewiązałem gnijącą rękę i, wylawszy na pierś i plecy bodaj połowę dzbana wonności, które przewidująco pozostawiły obok mego łóżka siostry, narzuciłem na ramiona czysty chiton. Rzuciłem pod łóżko starą odzież, umazaną burym śluzem, który wyciekł z rany na brzuchu, i wyszedłem na ulicę.
Wzdłuż poboczy drogi prowadzącej do Jerozolimy, tłoczyli się ludzie. Wielu z nich trzymało w rękach gałązki palmowe i gdy na drodze pojawiła się niewielka procesja, zaczęli nimi wymachiwać, wykrzykując:
— Hosanna! Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie. Król izraelski!
Procesję otwierał sam Nazarejczyk, z dumą dosiadający młodego osiołka. W ślad za nim podążali jego uczniowie, wyglądający jeszcze bardziej wyniośle od Nauczyciela. Żeby nie zwracać na siebie uwagi, stanąłem z boku tłumu, ukrywszy się za pniem palmy daktylowej.
Zbliżywszy się do ludzi, Nazarejczyk powstrzymał osiołka i, uniósłszy rękę ku niebiosom, stanowczym głosem oznajmił:
— Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity!
Nie chciałem rozmawiać z Nazarejczykiem, ale usłyszawszy coś takiego nie wytrzymałem.
— I to mówisz ty?! — wykrzyknąłem z oburzeniem, wychodząc zza drzewa. — Ty, który nie pozwoliłeś mi umrzeć?!
Trzeba przyznać, że Nazarejczyk ani na moment nie stracił panowania nad sobą. Zwrócił głowę w moją stronę i uśmiechnął się tak, jakby od dawna pragnął ujrzeć mnie przed opuszczeniem Betanii.
— A, to ty, Łazarzu! — rzekł tak głośno, by słowa jego mogli usłyszeć wszyscy zebrani. — Rad jestem, że przyszedłeś mnie odprowadzić.
Chciałem odpowiednio mu odpowiedzieć, ale spojrzawszy w oczy Nazarejczyka, zobaczyłem w nich to, czego nie było dane ujrzeć nikomu z żywych: był już naznaczony śmiercią, i pozostało mu żyć nie dłużej niż tydzień. Zrozumiałem jeszcze, że dobrze o tym wie i że strasznie się boi. Boi się nie samej śmierci, ale tego, co będzie po niej — sądził przecież, że narodził się dla wiecznego życia.
Ukłoniłem się i położyłem gnijącą dłoń na szyi osła, na którym siedział Nazarejczyk, i cicho, aby tylko on mógł mnie usłyszeć, spytałem:
— Chcesz wiedzieć, czym jest śmierć?
— Tak — równie cicho odpowiedział.
— Wiedz, Nazarejczyku — odrzekłem z uśmiechem — że we wszystkich twoich opowieściach o Raju i Piekle nie ma ani krzty prawdy. Nie wiem, kto je stworzył i gdzie sam je usłyszałeś, ale to całkowite oszustwo, od pierwszego do ostatniego słowa. W śmierci nie ma ani wiecznego cierpienia, ani wiecznej rozkoszy. Śmierć jest NICOŚCIĄ. Absolutną, wszechogarniającą NICOŚCIĄ, której nie jest sobie w stanie wyobrazić nikt z żywych. I nawet twoja wyobraźnia jest na to zbyt słaba.
Na ustach Nazarejczyka pojawił się wymuszony uśmiech. Chciał wyglądać na pewnego siebie, ale zdradzały go oczy, niespokojnie rozbiegane na boki.
— Łżesz, Łazarzu — powiedział, po ptasiemu skłoniwszy głowę na ramię i patrząc na mnie nieco z ukosa. — Jeśli by twoja dusza przemieniła się w Nicość, nie zdołałbym przywrócić cię do życia.
— Ty to nazywasz życiem?
Podsunąłem lewą dłoń pod sam nos Nazarejczyka, aby mógł poczuć smród dobywający się z mego gnijącego ciała, a potem oderwałem z palca wskazującego paznokieć. Wielka, szara kropla gnijącej mazi spadła na biały chiton Nazarejczyka. Ale on nawet się nie skrzywił.