KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Czyżby Lind wycofał się z wymiany? - spytałem łamiącym się głosem.
- Nie całkiem. W Ermitażu czekał na nas list, dostarczony już wcześniej przez pocztyliona, ale bez stempla. O, p-przeczytajcie, tym bardziej że ma to bezpośredni związek z waszą osobą.
Zaniepokojony wziąłem arkusik, który delikatnie, prawie niewyczuwalnie pachniał perfumami.
- „Hrabia Essex”?
- Ten sam. Ale czytajcie, czytajcie.
- „Zdecydowałem się ofiarować dynastii Romanowów szczodry podarunek z okazji koronacji” - przeczytałem po francusku pierwsze zdanie, i wszystko rozmazało mi się przed oczami. Czyżby...?
Ale nie, moja radość była przedwczesna. Zamrugałem rzęsami, żeby rozpędzić mgłę sprzed oczu, i przeczytałem list do końca:
Zdecydowałem się ofiarować dynastii Romanowów szczodry podarunek z okazji koronacji. Cena podarku - milion. Przecież dokładnie na taką sumę wyceniono jednodniową ratę za „Orłowa”, którego uprzejmie wynająłem rosyjskiej monarchii. Możecie władać więc kamieniem jeszcze jeden dzień, zupełnie bezpłatnie. W końcu zakłócenie Wam tak uroczystego dnia byłoby z mojej strony czynem wyjątkowo niegrzecznym.
Zakończymy naszą malutką transakcję jutro. Niech guwernantka przybędzie do soboru o siódmej wieczorem. Rozumiem Waszą niechęć powierzenia kobiecie takiego skarbu i nie sprzeciwiam się obecności jednego człowieka - jej eskorty. Ale powinien to być człowiek, którego znam, zatem tylko monsieur Psie Bakenbardy.
Szczerze oddany
doktor Lind
Poczułem mocne bicie serca.
- Ach, więc dlatego chcieliście, bym to zobaczył?
- Tak. - Fandorin badawczo spojrzał mi w oczy. - Pragnę was prosić, Afanasiju Stiepanowiczu, abyście wzięli udział w tym niebezpiecznym przedsięwzięciu. Nie jesteście agentem policji ani wojskowym, nie macie obowiązku ryzykować życia dla r-racji stanu, jednak okoliczności układają się tak, że bez waszej pomocy...
- Zgadzam się - przerwałem mu. W tej chwili wcale się nie bałem. Myślałem tylko o jednym: będziemy z Emilią razem. Wydaje mi się, że wtedy po raz pierwszy nazwałem ją w myśli po imieniu. Po krótkiej pauzie Erast Piotrowicz wstał.
- Teraz odpoczywajcie, wyglądacie na zmęczonego. O d-dziesiątej przyjdźcie do bawialni. Poinstruuję was i Emilię, co macie robić.
* * *
Późne słońce nagrzało aksamitne zasłony i w zacienionej bawialni mocno pachniało kurzem. Z aksamitem zawsze są kłopoty - taka to tkanina: jeśli wisi latami bez regularnego prania, jak na przykład tutaj, w Ermitażu, to kurz, który się w nią wgryzł, już nie da się wyczyścić. Zanotowałem sobie w myśli, aby zarządzić wymianę wszystkich stor. Jeśli, oczywiście, wrócę z operacji żywy.
A szczęśliwe zakończenie planowanej akcji wydawało się co najmniej wątpliwe. Na ostatniej - czy raczej ostatecznej - naradzie obecni byli tylko ci, którzy bezpośrednio uczestniczyli w samej misji: ja z mademoiselle, pan Fandorin i dwaj pułkownicy, Karnowicz i Łasowski, trzymający się cichutko na uboczu i zwracający się do Erasta Piotrowicza z uniżonym szacunkiem, już nie wiem, prawdziwym czy udawanym.
Na szerokim stole leżał rozłożony plan okolicy monasteru i bulwaru Nowodiewiczego, wyrysowany szczegół po szczególe. Kółeczkami zaznaczono skryte pikiety, otaczające pustkowie ze wszystkich stron: starszy agent (Fandorin podał jego nazwisko - Kuziakin) w dziupli wielkiego dębu na rogu skweru Wsieleńskiego; sześciu „sanitariuszy” w baraku przychodni dziecięcej, której okna wychodzą na strumień; jedenastu „mnichów” na murach monasteru; siedmiu „przewoźników” i „robotników portowych” nad rzeką; jeden przebrany za handlarza u wylotu ulicy Pogodinskiej; trzech „żebraków” przed wrotami monasteru; dwóch „rybaków” nad strumieniem - ci byli najbliżej serca akcji. Łącznie pierwszy łańcuch okrążenia tworzyło trzydziestu jeden agentów.
- Kolejność działań podczas wymiany powinna być taka - wyjaśniał Fandorin, pokazując na pikiety. - Was dwoje podwożą do kapliczki i wprowadzają do środka. Ż-żądacie zdjęcia przepasek. Tam z pewnością mają swojego jubilera. Oddajecie mu „Orłowa” do ekspertyzy, po czym zabieracie go z powrotem. Wtedy mademoiselle Declique schodzi do piwnicy po chłopczyka. Kiedy go wyprowadzi, oddacie kamień. Na tym wasza, Ziukin, misja się kończy.
Nie wierzyłem własnym uszom. Awanturnicze obyczaje pana Fandorina znałem już dostatecznie dobrze, ale nawet po nim nie spodziewałem się takiej nieodpowiedzialności. A najbardziej wstrząsające było to, że naczelnik policji dworu i oberpolicmajster wysłuchali tego bezmyślnego planu z poważnymi minami i nie sprzeciwili się ani jednym słowem!
- Co za bzdura! - krzyknąłem z niezwyczajną dla mnie, ale w pełni uzasadnioną okolicznościami wściekłością. - Będę sam, bez broni, mademoiselle także się nie przejmą. Po prostu odbiorą mi brylant, kiedy się upewnią, że jest prawdziwy. A zwrócić Michała Gieorgijewicza nawet nie spróbują! Po prostu odejdą jakimś podziemnym przejściem, a nas troje zarżną. Wspaniała to będzie operacja! Nie byłoby lepiej poczekać, aż mademoiselle i mnie wprowadzą do środka, i wziąć grobowiec szturmem?
- Nie, nie lepiej - odpowiedział krótko Fandorin.
A Karnowicz wyjaśnił:
- W razie szturmu z pewnością zabiją jego wysokość. A przy okazji i was dwoje.
Zamilkłem, spojrzałem na Emilię. Trzeba przyznać, że zachowywała się znacznie spokojniej niż ja i - co było dla mnie szczególnie bolesne - patrzyła na Fandorina z pełnym zaufaniem.
- Ehast Piethowicz - rzekła cicho - doktoh Lind bahdzo chythy. A jeśli nagle mnie i monsieur Ziukin zawiozą w inne miejsce, zupełnie nowe? Jeśli tak, to wasza embuscade* [Zasadzka (fr.).] będzie puściej.
- Pusta - poprawiłem ze starego nawyku i odwróciłem się do przemądrzałego Fandorina, ponieważ pytanie, jak to się mówi, trafiało w dziesiątkę.
- To rzeczywiście niewykluczone - przyznał. - Na taką możliwość przygotowałem p-pewne środki. A wasze, Ziukin, wątpliwości, że kamień odbiorą, a chłopca nie oddadzą, także są w pełni uzasadnione. Tutaj wszystko będzie zależało od was samych. A teraz przechodzę do najważniejszego.