Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Przedstawienie zostało odegrane wspaniale, i — bez wątpienia — wywarło odpowiednie wrażenie na tych, którzy przyglądali mu się z boku. Tylko mnie było wiadome, że te same trzysta denarów, za które Maria kupiła olejek, dał jej, wyciągnąwszy je ze swej sakwy, ten sam Judasz Iskariota, który teraz oburzał się na jej marnotrawstwo.
— Jedz, Łazarzu — Nazarejczyk przysunął do mnie półmisek z pieczonym ptakiem, obsypanym drobno posiekanymi przyprawami. — Kurę przyrządzono wybornie — dawno nie jadłem nic równie smacznego.
— Martwemu nie potrzeba jedzenia — odpowiedziałem.
Nazarejczyk nawet nie zamierzał zaprzeczać.
— W takim razie chociaż udaj, że jesz — powiedział. — Ci, którzy zebrali się tutaj po to, by cię zobaczyć, powinni uwierzyć w to, że naprawdę ożyłeś.
— A naprawdę przywrócić człowieka do życia, rzecz jasna, nie jesteś w stanie? — spytałem Nazarejczyka.
— Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem… — znów zaczął.
— Już to słyszałem — przerwałem mu. — Odpowiedz na pytanie, które ci zadałem.
— Nie widzę sensu w twoim pytaniu, Łazarzu — pokręcił głową Nazarejczyk. — Sam przecież dobrze wiesz, czym jest śmierć.
— Wiem — kiwnąłem głową.
— A skoro tak, to nie zadawaj głupich pytań, tylko sprawiaj wrażenie, że delektujesz się smacznym jedzeniem — Nazarejczyk odłamał od kury nogę i podał mi ją. — Jedz.
Bez wątpienia potrafił podporządkować sobie innych ludzi. Jeszcze wiele chciałem mu powiedzieć, ale pokornie wziąłem z jego ręki kurzą nogę, do której złocistej skórki poprzyklejały się okruszki przypraw, i, oderwawszy zębami kawałek mięsa, zacząłem starannie go przeżuwać.
Nazarejczyk znów podniósł puchar z winem, pozdrowił nim zebranych wokół polany ludzi i, nim się napił, głośno oznajmił:
— Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki!
— A co w kwestii śmierci? — spytałem, rzuciwszy na pusty gliniany talerz obgryzioną kurzą kość.
— O co dokładnie ci chodzi? — ze zdziwieniem popatrzył na mnie Nazarejczyk.
— Możesz znów uczynić mnie martwym?
— Chcesz znów umrzeć?
— I tak jestem martwy.
— W takim razie nie rozumiem, o co prosisz — obłudnie uśmiechnął się Nazarejczyk.
— W zmaganiach na słowa jesteś, bez wątpienia, mocniejszy ode mnie — uśmiechnąłem się złośliwie. — Ale przecież znakomicie rozumiesz, o czym mówię, dlatego nie uciekaj od odpowiedzi. Czy możesz sprawić, że wrócę tam, skąd mnie wezwałeś?
— Nie smakuje ci ziemskie życie? — udał zdziwienie Nazarejczyk.
— Życie podobało mi się, gdy byłem żywy. Teraz, gdy jestem martwy, powinienem znajdować się tam, gdzie powinien znajdować się martwy. Ciało moje powinno gnić w grobie, a świadomość…
— Dusza, synu mój — z wybaczającym wszystko uśmiechem poprawił mnie Nazarejczyk.
— Nazywaj to, jak chcesz — potrząsnąłem głową. — Ale ta część mnie, która nie ulega rozkładowi, po śmierci powinna przebywać tam, gdzie już nic nie przypomina o życiu.
— Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem — znacząco rzekł Nazarejczyk. Podniósłszy palec wskazujący, powtórzył to raz jeszcze: — Zmartwychwstaniem i życiem! Ale stanowczo nie śmiercią, Łazarzu. Nad śmiercią nikt nie ma władzy.
— To znaczy, że nie możesz znów uczynić mnie martwym — podsumowałem.
— Wiesz o śmierci więcej od wszystkich pozostałych, stąpających po tej ziemi, Łazarzu — uśmiechnął się do mnie łagodnie Nazarejczyk.
— Więcej od ciebie? — z niedowierzaniem zmrużyłem oczy.
— Ja w ogóle nie wiem nic o śmierci — uśmiechnął się. — I nigdy się nie dowiem, gdyż jestem nieśmiertelny.
— Jesteś tego pewien?
— Bóg nie może umrzeć. Opuszczę ziemię, gdy Ojciec Mój Niebieski wezwie mnie do siebie. Ale dla mnie nie będzie to śmierć, lecz przejście w inną postać.
— A co ja mam czynić?
Nazarejczyk włożył mi do ręki srebrny puchar i napełnił go czerwonym winem z dzbana.
— Pij wino, Łazarzu — powiedział. — Ciesz się życiem, dopóki masz taką możliwość.
Głos Nazarejczyka był łagodny i nawet, zdawało się, współczujący, ale jego słowa brzmiały dla mnie jak szyderstwo. Zapragnąłem chlusnąć winem w twarz Nazarejczyka, ale czując na sobie spojrzenie jego wyblakłych szarobłękitnych oczu, w których, jak się zdawało, na zawsze odcisnęło się śmiertelne zmęczenie i smutek, posłusznie uniosłem puchar do ust i odchyliwszy głowę wlałem wino do gardła.
— No i wspaniale — uśmiechnął się Nazarejczyk. — Bardzo dobrze. Przyjmij swe cierpienie, Łazarzu, jako bezcenny dar, i uwierz całą duszą we Mnie i Ojca Mego.
— W jakim celu powinienem tak cierpieć? — spytałem.
— W imię mego triumfu — odpowiedział Nazarejczyk.
Gdyby w mych oczach były jeszcze łzy, to w tej chwili z pewnością pociekłyby po policzkach, ponieważ dusza moja nie wypełniła się wiarą i wdzięcznością, lecz głębokim, przytłaczającym współczuciem dla siedzącego obok mnie człowieka. Człowiek ów dysponował wielką siłą i władzą nad ludźmi, ale nie wiedział, przez kogo została mu dana i w jakim celu powinien ją wykorzystać. I to stanowiło dlań źródło ciągłych duchowych cierpień. Jedynym wyjściem mogłaby stać się dla niego śmierć. Sam w nią nie wierzył, ale mimo to pociągała go, wzbudzając zachwyt i budząc strach jednocześnie. I potrzebna mu była nie zwykła śmierć, lecz śmierć publiczna, przepełniona nieskończonym cierpieniem. Tylko w ten sposób mógł liczyć na osiągnięcie tego, czego szukał — spokoju i świadomości, że przeżył życie nie na darmo.
— Dlaczego właśnie ja? Czyżby mało było wokół innych nieboszczyków?
— Tak się złożyło — głos Nazarejczyka zabrzmiał szaro i niewyraźnie.
— Tak się złożyło… — powtórzyłem i uśmiechnąłem się.
Wskrzesił mnie w nadziei, że zdołam opowiedzieć mu o śmierci. Chciał dowiedzieć się czegoś o niej przed tym, nim ostatecznie wkroczy na dawno wybraną ścieżkę. Bał się. Bał się nie tyle samej śmierci, ile tego, że śmierć i dla niego, Syna Bożego, jak sam siebie nazywał, może stać się końcem wszystkiego. Ale, nie zdecydowawszy poddać się próbie śmierci, pozostałby tylko tym, kim był obecnie — pielgrzymującym poszukiwaczem wiecznego sensu, otoczonym garstką uczniów.
— Chcesz wiedzieć, czym jest śmierć? — spytałem Nazarejczyka, patrząc mu w oczy.
Zamiast odpowiedzieć wprost na moje pytanie, Nazarejczyk wykonał nieokreślony ruch ręką.
Wtedy wstałem i wyszedłem.
Nastała już noc, i drogę oświetlał mi tylko znajdujący się w pełni księżyc, wiszący w otoczeniu roju gwiazd. Podniosłem głowę ku niebu i mimo woli zachwyciłem się tym zadziwiającym widokiem. I z tego powodu nie spostrzegłem człowieka, od stóp do głowy otulonego w ciemną odzież, który rzucił się do mnie zza pnia starej sykomory. Zdążyłem tylko zauważyć, jak błysnęła w księżycowym świetle stal noża z szerokim, nieco wygiętym ostrzem, tuż przed tym, nim weszło w mój brzuch.
Wprost przed sobą widziałem twarz najemnego zabójcy, wykrzywioną grymasem, którego nie dało się opisać. Wiedział, że teraz powinienem zachrypieć i — złapawszy się za rozpruty brzuch — runąć na ziemię. Z niecierpliwością czekał na ten moment, żeby upewnić się, że robota została wykonana, i jednocześnie bał się go, bowiem liczył się z tym, że każda nowa ofiara kładzie się strasznym ciężarem na jego grzesznej duszy Bał się samej chwili umierania, sądząc, że wyrywająca się na wolność dusza niewinnie zabitego zdolna jest do pochwycenia ze sobą i zabrania do królestwa martwych także jego duszy. Jego lewe oko było ciut przymrużone, a w kąciku prawego zastygła kropelka wilgoci — wydawało się, że zabójca gotów jest w każdej chwili rozpłakać się.