Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 98
Перейти на страницу:

Ujął mnie za ramiona i spojrzał w moją kamienną, bladą twarz. Drżałem.

— Nieś w sobie nasz świat, tohimonie. Nie wolno ci teraz umrzeć w walce, tak jak nie wolno było umrzeć twemu pradziadowi po bitwie w Dolinie Czarnych Łez. Odejdź na wygnanie i przeżyj. A potem wróć i odzyskaj Tygrysi Tron. Wróć, kiedy twoi poddani poznają, czym jest władza Podziemnej Matki i Czerwonych Wież. Zbierz Kirenenów ze wszystkich klanów. Zbierz wszystkich wolnych ludzi wśród Amitrajów. A potem zwal Czerwone Wieże w pył i połóż głowę Nahel Ifriji na moim grobie. Tak powiedział twój ojciec.

— Nie skalam honoru mojego klanu! — krzyknąłem. — Jesteśmy Kirenenami! Jesteśmy klanem Żurawia! Pamiętasz?! „Nikt nie zostanie sam, na pastwę wrogów. Nie oddamy ani jego ciała, ani duszy. Gdzie walczy jeden, tam przyjdą wszyscy! Nikt nie zostanie porzucony, nikt nie zostanie zapomniany!”. Pamiętasz, Rzemieniu? Tam walczą nasi bracia, a ty chcesz, żebym uciekał?!

— Tak samo krzyczał twój pradziad. Ale usłuchał i to dzięki niemu zyskaliśmy Tygrysi Tron i odrodziliśmy się z popiołu. Teraz odejdź, tohimonie. Pamiętaj, czego cię uczyłem. Brus cię poprowadzi. On wie, gdzie iść i co robić. Nieś w sobie wszystko, co piękne, a co zabiją dzisiejszej nocy. Pamiętaj o mnie, o Aiinie, o Irissie, o twoim bracie. Pamiętaj o wszystkich. Pamiętaj o Maranaharze, który teraz umiera. Pamiętaj. Jesteś teraz jedyną żywą pamięcią. Jeżeli zginiesz albo zapomnisz, my wszyscy też zginiemy naprawdę. Idź, Młody Tygrysie. Idź Drogą Pod Górę. A potem wróć tu i odbuduj Kirenen.

Rzemień ułożył na stole dwie wąskie tarcze rękawicowe. Wsunął dłoń aż po łokieć do pierwszej i uniósł ją potrójnym ostrzem do góry, a potem przycisnął nim drugą tarczę i wsunął w nią drugie ramię.

Wrzaski i łomot na korytarzach słychać było już coraz bliżej.

Brus ujął mnie za ramię. Delikatnie, ale stanowczo.

— Już nadchodzą, panie.

— Nie! — krzyknąłem. — Jeszcze nie! Wszyscy zginęli! Pozwól mi się pożegnać przynajmniej z nim. Nie mogę stracić jeszcze Rzemienia! Jestem imperatorem! — Wyprostowałem się nagle. — Synu Siodlarza z klanu Żurawia, nie złamię rozkazu mojego ojca, ale ty pójdziesz ze mną.

— Nie tylko ty dostałeś ostatni rozkaz, tohimonie. Mój brzmiał: dopilnuj, żeby uciekli.

Rozległ się huk wyłamywanych drzwi do komnaty. Deski poleciały aż na środek pomiędzy zwoje i dywany. Przez szczelinę już było widać czarne, lśniące od deszczu i krwi pancerze, jakby kłębiły się tam robaki.

Rzemień machnął rękami i zderzył ze zgrzytem ostrza, krzesząc pęk iskier. A potem odwrócił się i nagle objął mnie ostrożnie, żeby nie poderżnąć mi gardła sterczącym z tarczy ostrym jak brzytwa trójzębem, i pocałował w czoło.

— Odejdź, Romassu — powiedział.

„Odejdź, moje życie”.

Brus pociągnął mnie za ramię.

Rozdział 7

Tańczące Węże

Daleka jest podróż, długie są drogi jezdne,

Długa jest tęsknota ludzka,

Wątpliwe czy do upragnionego celu dojdziesz,

Los to rozstrzygnie.

Svipsdagmál — Pieśń o Swipdagu

Okręty Węży odpłynęły. Nie wiem, czy na drugą stronę fiordu, czy w ogóle się wynieśli, w każdym razie w porcie ich nie widać. Wszystko wskazuje na to, że o ile każdy może przyjechać na jesienny wiec, to Ludzie Węże nie są tu mile widziani. Dla mnie to bardzo niewygodne, bo to jedyny ślad, na jaki dotąd natrafiłem. Muszę przycisnąć jakiegoś Węża. Problem w tym, że nie wydają się duszami towarzystwa.

Przechadzam się nabrzeżem i zachodzę do drogich kantorów. Między innymi do polecanego mi gorąco Grule Słomianego Psa. Szukam rzeczy.

Przeglądam całe stosy drobiazgów, na widok których każdemu antykwariuszowi zapotniałyby szkła kontaktowe. Zapinki, szpile, noże, kubki, krzesiwa, amulety, biżuteria. Niektóre toporne, inne zaskakująco precyzyjne. Splecione wzory, przywodzące na myśl skomplikowane węzły na rzemieniach albo splątane konary. Stylizowane zwierzęta, postaci ludzkie i znaki najcudaczniejszych alfabetów. Odlewane, kute, rytowane i cyzelowane. Cuda.

Ale ja szukam — zapalniczek. Włoskiej biżuterii. Szminki. Szwajcarskiego scyzoryka. Kompasu. Prostych, turystycznych gadżetów ze sklepu sportowego. Fiolki megapiryny. Lornetki. Składanych sztućców z nierdzewnej stali. Szczoteczki do zębów. Wszystko może się trafić. O ile nie zawierało żadnej elektroniki, będzie tu działać i zachwycać. Cokolwiek, choćby nóż dla płetwonurka, mogłoby wzbudzić furorę i zostać sprzedane za poważne pieniądze. Nóż płetwonurka — ostry jak brzytwa, pływający, obleczony w pochwę z czarnego i jaskrawożółtego plastiku.

Nic.

Kiedy pytam o pływające noże, których nie trzeba ostrzyć, metalowe, lecz lekkie butelki, w których gorący napój całymi dniami pozostanie gorący, a zimny nie zagrzeje się, choćby butelka leżała na słońcu lub też o szklane przyłbice, w których widać pod wodą, napotykam wzrok pełen współczucia i lekkiego dystansu. Nikt nie wykonuje żadnych gestów w okolicy czoła, ale to chyba dlatego, że nie do końca kojarzą umiejscowienie obłędu z mózgiem.

Pokazują mi natomiast kamień, który rzucony w górę zawsze pokaże drogę, bęben przywołujący wilki albo toporek, który przed wyjazdem położony pod łóżkiem, sprowadzi niechybną śmierć na kochanka żony.

Dziękuję.

Jestem rozwiedziony, obejdę się jakoś bez stada wilków i pozostaję głęboko przekonany, że kamień rzucony w górę najpewniej spadnie mi na głowę.

W końcu przechadzam się wśród straganów. Oglądam najcudaczniejsze stroje, wypatrując dżinsów, polarowych bluz albo kurtek z thermotexu.

Zamiast tego są miecze, ustawione w pustych beczkach jak jakieś parasole lub zawieszone z pochwami na kołkach, kolczugi, wiszące na kijach przewleczonych przez rękawy, rzędy hełmów, całe palisady włóczni i łuków.

Kupuję gruby pęk strzał. Całą wiązkę liczącą pięćdziesiąt sztuk. Jednak nie natrafiam na żaden pożyteczny ślad i ostatecznie ląduję za stołem w towarzystwie pieczonej połówki jakiegoś ptaka i placka chleba.

Rwę kawałki mięsa, popijam piwem i marzę o croissancie z dżemem. Albo grzance z salata iz hobotnice. Wypatruję Ludzi Węży. Ci na okręcie mieli tatuaże nie tylko na rękach, ale i na twarzach, nosili się raczej na czarno i mieli ciemne, wysmarowane czymś, jakby smołą, długie włosy. Wyróżniali się.

Jednak ci, którzy na mnie napadli, wyglądali typowo jak tutejsi przechodnie. W brązach, czerwieniach i oliwkowej zieleni jak wszyscy. Portki, długie bluzy, jakieś pelerynki. Gdyby nie tatuaże i wisiorki, trudno byłoby rozpoznać w nich Węży. Zresztą pojawili się, zanim przypłynęły tamte okręty.

Mieli brody, a Węże golą twarze. Jednak zazwyczaj tu nosi się zarost przystrzyżony w krótką szczecinę. Taką brodę można zapuścić w tydzień. Nie widać, czy jest świeża, czy przystrzyżona. Najwyraźniej moi nieżyjący przyjaciele usiłowali wtopić się w tłum.

— Kup mi piwa, Śpiący Na Drzewie. — Słyszę skrzypiący, zrzędliwy głos.

— Miło cię widzieć, Kruczy Cieniu. Co, kiepsko interes idzie?

— Nie, ale skoro cię już spotkałem, to niech będzie z tego przynajmniej jakaś korzyść.

— A co ja zyskam poza tym, że zmarnuje się trochę tego kiepskiego piwa?

— Kiedy głupi spotyka mądrego, zawsze ma z tego pożytek. Ludzie mogą pomyśleć, że może ma trochę rozumu, skoro z mądrym siedzi.

— To znowu korzyść dla ciebie.

A jednak kupiłem mu piwa.

— Skoro jesteś taki bywały, to czy powiesz mi, co wiesz o Ludziach Wężach, czy muszę z tobą wygrać w króla?

1 ... 63 64 65 66 67 68 69 70 71 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)