KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Najpierw - zaczął opowiadać Somow, obejrzawszy się na drzwi - kiedy wielki cyrulik przymierzał koronę do fryzury najjaśniejszej pani, z nerwów zbyt mocno wetknął szpilkę - tak że cesarzowa aż krzyknęła. Ukłuł do krwi... A potem, już po ruszeniu orszaku, jego wysokości nagle oderwał się łańcuch Orderu Andriejewskiego i ten upadł wprost na ziemię! O szpilce tylko nasi wiedzą, ale wypadek z orderem zauważyło wielu.
Tak, niedobrze - pomyślałem. Ale mogło być znacznie gorzej. Najważniejsze, że doszło do koronacji; mimo wszystko doktor Lind nie przeszkodził temu wielkiemu wydarzeniu.
- A jak Anglicy? - spytałem jakby mimochodem, nie wiedząc, czy w Ermitażu słyszeli o pojedynku.
- Lord Banville wyjechał. Wczoraj w południe. Nawet nie był obecny na koronacji. Zostawił liścik do jego wysokości i ruszył w drogę. Blady i zły. Albo się obraził, albo zachorował. Zostawił szczodre wynagrodzenie dla całego starszego personelu. Wam, Afanasiju Stiepanowiczu, złotą gwineę.
- Wymieńcie na ruble i w moim imieniu rozdajcie po równo Lippsowi i obu woźnicom, oni dobrze pracowali - rzekłem, zdecydowawszy, że nie wezmę napiwku od zabójcy. - A mister Carr?
- Nadal tu jest. Lord zostawił mu swojego sługę. Wyjechał sam.
- A mademoiselle Declique? Nie nudzi się bez swojego wychowanka? - z udawaną obojętnością zbliżałem się do najważniejszego.
W korytarzu rozległy się czyjeś ciche kroki. Odwróciłem się i zobaczyłem Fandorina. Był w domowej węgierskiej kurtce ze sznurem, w siateczce na włosach i w wojłokowych pantoflach. Cały gładziutki, miękko stąpający, z migającymi w półmroku oczyma, jak kot.
- Nocny szwajcar powiedział mi, że wróciliście. A gdzie Endlung? - spytał bez powitania.
Wywnioskowałem z tego, że Paweł Gieorgijewicz opowiedział mu o naszej wyprawie. Bez względu na silną wrogość, którą budził we mnie ten mężczyzna, chciałem jak najszybciej z nim porozmawiać.
- Starczy, Kornieju Sielifanowiczu - rzekłem pomocnikowi i ten, roztropny człowiek, natychmiast się oddalił. - Z panem kamerjunkrem wszystko w porządku - odrzekłem krótko i żeby uprzedzić dalsze nieprzyjemne pytania, dodałem: - Niestety, straciliśmy czas na próżno.
- Nam też nie całkiem gładko poszło - rzekł Fandorin, przysiadając się. - Zniknęliście przecież p-przedwczoraj wieczorem, kiedy Emilia jeszcze nie wróciła. Doskonale poradziła sobie z zadaniem i dokładnie zlokalizowaliśmy kryjówkę Linda. Okazało się, że skrywa chłopczyka w grobowcu księżnej Bachmietowej, to taka kaplica z podziemiem, zbudowana w pobliżu muru monasteru Nowodiewiczego. Księżna popełniła samobójstwo z miłości przeszło sto lat temu, nie pozwolono jej pochować w monasterze, więc niepocieszeni rodzice wznieśli coś w rodzaju mauzoleum. Od tego czasu ród Bachmietowów wygasł, kaplica zmurszała, na drzwiach wisi zardzewiała kłódka. Ale to tylko z zewnątrz tak wygląda. Mademoiselle opowiadała, że kiedy wprowadzali ją z zawiązanymi oczyma do zimnego pomieszczenia, za każdym razem słyszała dźwięk dobrze nasmarowanych drzwi. Nie udało nam się odnaleźć planów architektonicznych budynku, wiadomo tylko, że sam grobowiec mieści się w katakumbach.
Erast Piotrowicz zaczął rysować palcem po stole.
- Wczoraj p-przygotowaliśmy się jeszcze o świcie. To - postawił talerz na chleb - monastyr. To kaplica. - Obok dostawił solnicę. - Dookoła pusto, a tu strumień. - Wylał na ceratę trochę herbaty. - Podsumowując: niepostrzeżenie nie da się podejść. Rozstawiliśmy dookoła ludzi, w szerokim promieniu, zamaskowaliśmy. Do środka nie zdecydowaliśmy się wkroczyć.
- Dlaczego? - spytałem.
- Problem w tym, Ziukin, że wokół monasteru Nowodiewiczego cała ziemia zryta jest podziemnymi przejściami jeszcze z czasów smuty. To Polacy je zajmowali, to Dymitr Samozwaniec, później podkopywali się strzelcy, żeby carównę Zofię uwolnić. Jestem pewny, że Lind, jako osobnik ostrożny i p-przewidujący, nie bez przyczyny wybrał takie właśnie miejsce. Tam musi być zapasowe wyjście, to jego stała taktyka. Dlatego zdecydowałem się działać inaczej. - Zmarszczył brwi, westchnął.
- Wczoraj przekazanie kamienia miało się odbyć o piątej p-po południu, jako że koronacja powinna była zakończyć się o drugiej. Zaraz po ceremonii „Orłowa” wyjęto z berła...
- Otrzymano zgodę na wymianę?! - wykrzyknąłem. - To znaczy, że się pomyliła i jednak zdecydowano się uratować Michała Gieorgijewicza!
- Jaka ona? - od razu chciał wiedzieć Fandorin, jednak poznał po mojej minie, że odpowiedzi nie będzie, i kontynuował: - „Orłowa” powierzono mi pod jednym warunkiem. Dałem gwarancję, że kamień w żadnym wypadku nie zostanie u Linda. W żadnym wypadku - powtórzył z naciskiem.
Skinąłem głową.
- To znaczy, że jeśli trzeba będzie wybierać między życiem jego wysokości a brylantem...
- Dokładnie tak.
- Ale jak można być pewnym, że „Orłow” nie wpadnie w ręce doktora? Czyżby mademoiselle Declique mogła mu przeszkodzić? A oprócz tego, sami mówiliście, podziemne korytarze...
- Postawiłem Lindowi jeden warunek, przedstawiony mu przez Emilię jeszcze przedwczoraj. Ponieważ tym razem idzie nie o przekazanie zwykłych klejnotów, tylko świętej relikwii, b-brylant nie może zostać p-powierzony słabej kobiecie. Guwernantce będzie towarzyszył ochroniarz. Jeden, bez broni, tak że napaści Lind może się nie obawiać...
- Kto był tym ochroniarzem?
- Ja - rzekł Fandorin ze smutkiem. - Nieźle wymyśliłem, prawda?
- No i co?
- Nic z tego nie wyszło. Przebrałem się za starego, zgarbionego kamerlokaja, widać niezbyt starannie. Staliśmy z Emilią ponad godzinę w świątyni. Nikt do nas nie podszedł. A przedwczoraj, kiedy przyszła sama, nie było żadnych problemów. Znowu liścik, zamknięta kareta w jednym z p-pobliskich zaułków, i tak dalej. Wczoraj czekaliśmy prawie do siódmej i wróciliśmy z niczym.