Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ktoś przebiegł z tupotem po korytarzu. Usłyszałem odległe krzyki.
Poczułem w brzuchu nagłe zimno, jakby mróz ściął mi wnętrzności. Brus rzucił mi przebranie, w którym chodziłem do miasta. W Domu Stali nikt nie biegał w środku nocy. Nikt tu nie krzyczał. Nigdy.
Wciągając spodnie i niezgrabnie wiążąc wokół łydek taśmy podróżnych butów, wiedziałem już, że coś się stało, tylko nie wiedziałem co. Fyalla uklękła przede mną i usiłowała mi pomóc, ale trzęsły jej się ręce. Uniosłem jej twarz i zobaczyłem, że jest mokra od łez.
— Koszula, szybko! Nie ma czasu! — zawołał Brus.
— Idziemy do miasta? Chcesz zobaczyć walkę? Uderzenie na Czerwone Wieże! — Uświadomiłem sobie. — Jesteśmy tam potrzebni?
Jeszcze na poły spałem, dlatego opowiadałem takie głupstwa. Założyłem koszulę i wziąłem kurtę z rąk Taheli.
— Zdrada! — krzyknął Brus. — Wojsko przeszło na stronę Podziemnej! „Kamienni” szturmują Tygrysi Pałac! Twój ojciec nie żyje! Błagam, ubieraj się, Władco Tygrysiego Tronu!
W taki oto sposób, osłupiały i owładnięty przerażeniem, zapinając trzęsącymi się rękami kołki kaftana i narzucając pleciony, słomiany płaszcz, biorąc podróżny kosz i kij wędrowca z rąk Brusa, dowiedziałem się, że zostałem cesarzem.
— Ubierajcie się! — krzyknąłem do dziewczyn.
— Spotkamy je później — zawołał Brus. — Znajdźcie fadirę Alhamę, ona powie wam, co macie robić. Biegiem! Szlachetny panie! Musimy dotrzeć do Rzemienia!
Wszystko jedno, czy jest się cesarzem, władcą świata, Płomienistym Sztandarem i Pierwszym Jeźdźcem. Jeżeli ktoś zostanie obudzony w środku nocy wśród ognia, chaosu i burzy, żeby dowiedzieć się, że świat się wali, wówczas znacznie lepiej jest przez jakiś czas dostawać rozkazy niż je wydawać.
Pamiętam to wszystko jak sen. Zły sen, niczym majaki bagiennej gorączki. Mnóstwo chaotycznych obrazów, jeden za drugim.
Pamiętam rudy, migocący poblask na mokrej trawie patio, taki sam jak w moim śnie. Pamiętam nieustanny zgiełk i łoskot, dobiegający stale gdzieś z daleka pomiędzy uderzeniami gromu. Pamiętam huk deszczu walącego w dach.
Biegliśmy korytarzami. Wśród komnat, mebli i kobierców snuły się pasma siwego dymu. Korytarz, którym nie mogliśmy przejść, bo tłoczyła się w nim straż przyboczna. Pamiętam stłoczone plecy, opięte pancerzami, i mur hełmów jak bruk ulicy. I straszny zgiełk gdzieś z przodu. Krzyk, ogłuszający krzyk wielu gardeł. Smród dymu i krwi.
Komnata Ptaków, w której stała już hucząca ściana ognia, i musieliśmy się cofnąć. Na podłodze i kobiercach, wśród pomarańczowych, strzelających pod sufit płomieni leżały ciała.
Jakieś patio, na które spadały strzały. Cały deszcz zapalających strzał, które wydawały brzęczące zawodzenie jak gigantyczne pszczoły i ciągnęły za sobą warkocze dymu.
Brus ciągnął mnie za ramię, przebiegaliśmy kolejne korytarze, a potem, w potokach deszczu, skracaliśmy drogę przez ogród.
W oddali wznosił się Tygrysi Pałac, wyglądający jak wulkan. Jak ciemna góra, zwieńczona huczącym słupem ognia.
— Ogień Pustyni... — wyszeptałem tępo.
Minęliśmy kilku służących i pokojowych, pędzących gdzieś z włóczniami w rękach i klapiących półpancerzami o rozpiętych rzemieniach byle jak narzuconymi na ciała.
Korytarz, w którym kilku przybocznych, całych zbryzganych krwią, bezskutecznie atakowało we wściekłej furii ścianę tarcz najeżoną włóczniami. Brnęli po trupach swoich towarzyszy i ginęli jeden po drugim, waląc się na barykadę z ciał.
Bagienna gorączka. Zły sen.
Pamiętam to jak sen.
Znowu zalany deszczem ogród, krople połyskujące w blasku pożogi niczym iskry.
I moja Aiina.
Naga Aiina, tańcząca z okrągłą, kebiryjską tarczą i szablą w ręku wśród deszczu i atakujących żołnierzy. Taka, jaką zapamiętałem tamtej nocy, kiedy po raz pierwszy widziałem jej ciało.
Tylko teraz był deszcz, ogień i krew.
Pamiętam czarne pancerze „Kamiennego” tymenu, prostokątne tarcze, na których domalowano „dwa księżyce”, i lśniące groty włóczni.
I ciała leżące wokół.
I Aiinę. Widziałem, jak zaczepia brzegiem tarczy o wypukły hoplon żołnierza i odchyla, jak tnie go po gardle, jak odskakuje do tyłu, sprężyście niczym pantera, by po chwili znowu doskoczyć i ciąć — płasko po nogach, pchnąć padające ciało i odskoczyć gdzie indziej, podczas gdy włócznie przeszywają powietrze i ziemię w miejscu, w którym przed chwilą była.
Widziałem.
W koszmarnym śnie.
Moją Aiinę.
Tańczyła. Ostrza odbijały się z łomotem, ślizgały się po kebiryjskiej tarczy, widziałem, jak „Kamienni” cofali się trwożnie, patrząc na nagą wojowniczkę zlaną krwią i deszczem. Widziałem, jak Aiina uśmiecha się dziko i przesuwa krzywym grzbietem szabli po ustach, zlizując z niej posokę, a potem jak skacze znowu i jak głowa w głębokim, czarnym hełmie koziołkuje w powietrzu. Jak skacze nogami na tarcze, przewracając stłoczonych za nimi ludzi.
I widziałem, jak zamyka się wokół niej krąg tarcz, jak tańczy pośrodku, dzwoniąc szablą o ścianę hoplonów.
Krąg zamknął się i zacisnął.
Potem widziałem tylko plecy w czarnych pancerzach jak stado krabów, które szarpią coś między sobą.
A jeszcze potem wrzask radości i rękę, wystającą z tłumu, trzymającą za granatowe włosy głowę mojej nauczycielki. Mojej Aiiny.
Widzę czerwoną od krwi twarz i oczy jak dziury, przez które widać noc.
Słyszę skandowane tryumfalnie „Ifrija! Ifrija! Ifrija!.
Widziałem to.
W moim śnie.
Wydaje mi się, że krzyczałem i usiłowałem biec do walki. Pamiętam, jak szukałem broni, jak udało mi się powalić Brusa i jak po chwili on powalił mnie. Przynajmniej wydaje mi się, że pamiętam.
Jak majaki bagiennej gorączki.
Ocknąłem się w Komnacie Zwojów przy jednym z wejść do tajemnych korytarzy.
Wśród półek pełnych kodeksów, wierszy, traktatów, map i opowieści.
Rzemień miał na sobie nagolenniki i pancerz ze skóry kamiennego wołu, na czole zawiązał przepaskę pokrytą blachami i właśnie zapinał pod brodą okute osłony policzkowe.
Widziałem go niewyraźnie niczym przez mgłę. Wydawało mi się, że Komnata Zwojów jest pełna dymu. Głos Rzemienia dochodził do mnie jak przez poduszkę.
— Jest ranny?
— Nie, sitar Rzemień. Ogłuszyłem go, bo rwał się do walki.
— Dobrze zrobiłeś.
Odgłosy bitwy dobiegały tu przytłumione jak odległy sztorm.
— Rzemień... — wybełkotałem. — Mój ojciec nie żyje... Aiina nie żyje...
— Wiem, szlachetny cesarzu.
Oprzytomniałem na chwilę.
— Moja matka! Mój brat! Cesarzowa matka! Moje siostry! Biegnijmy! Dom Cynobru jest od południa! Trzeba zebrać ludzi! Każ bić w bębny i wezwać pomoc!
— Szlachetny panie, twój brat, szlachetny książę Czagaj zginął na progu Domu Cynobru, broniąc wraz ze strażą wstępu do komnat. Zginął z mieczem w ręku, walcząc u boku swoich sióstr i nauczyciela. Dom Cynobru został już zajęty i splądrowany. Wszyscy mieszkańcy zostali wymordowani, a pawilony podpalono.
— Rzemień! Co on mówi?! To niemożliwe!
— Mówi prawdę, tohimonie. — Rzemień zapiął osłony, oparł nogę na bezcennym, intarsjowanym stole i zaczął zaciągać paski nagolenników.
— Więc daj mi broń — powiedziałem. — Widocznie przyszedł dzień, by umrzeć. Świat się skończył, a tego nowego nikt nie chce oglądać.
— Szlachetny imperatorze, kai-tohimonie klanu Żurawia, ostatni władco dynastii Tendżaruk, oto ostatni rozkaz twojego ojca. Brzmi on: nie wolno ci umrzeć.