Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– I tu mam problem, panie poruczniku. Żaden z naszych Nieśmiertelnych nie wydaje mi się odpowiedni. Zresztą wolałbym, żeby się teraz nie wtrącali, a duchy aherów jakoś nigdy mnie nie słuchały. Więc niech będzie taka. – Dziesiętnik dotknął rękojeści topora. – Będę cię ostrzył, oliwił i nigdy nie zostawię na polu bitwy, a ty rąb wszystko, co stanie ci na drodze, i zawsze bądź pod ręką.
Kenneth odwzajemnił uśmiech.
– Dobra modlitwa, Varhenn. Chyba najlepsza, jaką słyszałem. – Wskazał na zachód. – Słońce zaraz się schowa, szykujcie się na długą noc.
—— • ——
Krzyk był równie przenikliwy, jak ten poprzedniej nocy. Głęboki, rozpaczliwy i smutny. Kenneth znów mimowolnie złapał za rękojeść miecza, po czym powoli wypuścił powietrze. Zbyt daleko, miejsce, z którego dobiegł głos, było odległe co najmniej o pół mili. Rozejrzał się, sprawdzając rozstawienie żołnierzy. Zgodnie z rozkazem trzymali się trójkami, on sam miał za plecami dwóch ludzi ze swojej dziesiątki. Uznali, że wewnątrz płotu to musi wystarczyć.
Usunięcie ogrodzeń dzielących brzeg na małe kawałki okazało się dobrym pomysłem. Mieli teraz widok na wszystkie dziesięć chat, no i mnóstwo drewna do ognisk. Kilka zapalili na zewnątrz płotu. Po tej jego stronie też płonęło ich kilkanaście, niewielkich, ledwie żarzących się, lecz dających wystarczająco dużo światła. Pozostawało mieć nadzieję, że lodowiec nie pośle na brzeg większej fali, bo wtedy cały plan runąłby w gruzy. W pozostawionym ogrodzeniu wyrwali część desek, żeby mieć kontakt wzrokowy z żołnierzami po drugiej stronie oraz możliwość prowadzenia ostrzału. Do chwili, gdy usłyszał krzyk, Kenneth miał nadzieję, że noc upłynie bez żadnych incydentów.
Zgodnie z rozkazami i instynktem przetrwania, większość strażników trzymała się blisko ogrodzenia. Jeśli zabójca potrafi skakać na odległość stu stóp, człowiek woli mieć za plecami kilka solidnych desek. No i dzięki temu mieli widok na dachy chałup.
Po pierwszym krzyku ogniska na zewnątrz rozbłysły mocniej. To też uzgodnili wcześniej, te ognie miały przede wszystkim oznajmić, że wioska jest strzeżona. Nie sądzili bowiem, żeby morderca jakoś specjalnie bał się ognia.
Nocną ciszę rozdarło następne nawoływanie. Bo to było nawoływanie, co Kenneth uświadomił sobie, gdy usłyszał je ponownie. W tym głosie nie było wyzwania i wściekłości, tylko jakby oczekiwanie. Jakby krzyczący miał nadzieję na odpowiedź. Porucznik zacisnął zęby, czując dreszcze.
Na drugi krzyk zareagowały psy. O ile przy pierwszym uniosły tylko głowy i zaczęły węszyć, o tyle teraz postawiły uszy na sztorc, zjeżyły sierść i obnażyły zęby. Krótkie, ostrzegawcze warknięcia brzmiały jak pomruk nadciągającej burzy.
– Jest bliżej – mruknął jeden z towarzyszących mu żołnierzy.
– Wiem Malawe. Słyszę.
Malawe Gryncel wsadził kord pod pachę i naciągnął ciężkie, skórzane rękawice. Z pochwy przy udzie wyjął długi nóż.
– Chyba jednak nas odwiedzi, panie poruczniku.
– Ja go nie zapraszałem, ale jeśli przyjdzie, będę chciał, żeby został.
– He, he, jak my wszyscy.
Kolejny okrzyk rozległ się wyraźnie bliżej, Kenneth powiedziałby, że jakieś dwieście jardów od wioski. Ktokolwiek nawoływał, musiał biec w tempie galopującego konia.
Spojrzał na psy, już nie powarkiwały, uszy miały płasko położone, mięśnie napięte jak postronki. Ich głowy wskazywały jeden kierunek – południowy wschód. To, co krzyczało w ciemnościach, zbliżało się naprawdę szybko. Szczerze żałował, że nie było księżyca.
Potem, chyba dzięki temu, że jednocześnie ucichł wiatr i psy przestały warczeć, usłyszeli. Grzechot kamieni na plaży, uderzenia łap nie łap, rąk nie rąk o podłoże, narastający, chrapliwy ryk. Coś wynurzyło się z mroku i przemknęło przed płotem, między ogniskami a ścianą z desek, rzucając na mgnienie oka rozmigotany cień. Zatrzymało się nagle. Rozległo się kilka okrzyków, krótko zawył pies, szczęknęła kusza, po niej druga i zapadła cisza. Po chwili w powietrze bluznęły przekleństwa.
Kenneth dopadł najbliższej furtki i z mieczem w ręku wyskoczył na zewnątrz. Spodziewał się najgorszego, krwi, leżących ciał, rannych i umierających, ale wszyscy jego ludzie byli cali. Psy też, tylko jeden z nich z ogłupiałą miną przykucnął i robił pod siebie. Trząsł się przy tym jak galareta.
– Hywel, co się stało?
Strażnik pochylał się właśnie i napinał kuszę, ze stęknięciem zaczepił cięciwę o orzech, wyprostował się, położył bełt w rowku. Wycelował w cienie przyczajone za granicą światła.
– On, panie poruczniku – splunął wbrew wszystkim regulaminom – on wyskoczył stamtąd, tam, gdzie ledwo widać te dwa kamienie, dopadł psa, pogłaskał, i skoczył w drugą stronę. – Machnął bronią gdzieś przed siebie.
Kenneth uniósł brwi.
– Powiedziałeś, pogłaskał?
– Tak to wyglądało. Zatrzymał się, poklepał po łbie, pogłaskał. Zanim wymierzyłem w niego kuszę, już skoczył. Wylądował gdzieś tam, odbił się, i tyle. Nie sądzę, żebym trafił.
– Kto jeszcze strzelił?
– Ja. – Wilk kończył ładować kuszę. – Tylko zmarnowałem bełt.
– Przyjrzeliście się?
– Nie bardzo był czas, panie poruczniku, tyle tylko, że to pokurcz jakiś, niski, chudy i jakby garbaty.
Krzyk wybuchł gdzieś z lewej, takie zawodzące, rozpaczliwe nawoływanie. Psy odpowiedziały mu własnym, równie przejmującym wyciem. Nawet ten, który jeszcze przed chwilą robił pod siebie, uniósł łeb i zaskowyczał. Jeśli psy potrafią płakać, to właśnie w taki sposób.
– Zostańcie tu, psy przy nodze. I nie pozwólcie ich głaskać byle komu, bo się zmarnują. Velergorf!
Dziesiętnik wyłonił się z mroku. Topór trzymał oburącz.
– To krzyczy gdzieś w wiosce, słyszysz?
– Jak każdy nad jeziorem. Dziesięć, piętnaście chałup stąd. Powiedziałbym, że siedzi na dachu i wyje.
– Ja też.
Wymienili spojrzenia. Velergorf wykrzywił się wytatuowanym uśmiechem.
– Nigdy nie lubiłem siedzieć na tyłku i czekać.
– Idę ja, ty, Wilk i Hywel. Reszta ma zostać na miejscu i się pilnować.
Pobiegli wzdłuż płotu, pochyleni, kierując się na niemilknące zawodzenie. Mijali kolejne furtki, a dźwięk narastał. Tym razem najwyraźniej zabójca postanowił dać koncert na całą okolicę.
Byli mniej więcej w połowie osady, gdy krzyk ucichł. Kenneth zaklął i ostrożnie cofnął się, aż dachy chałup wyłoniły się zza desek ogrodzenia. Na tle rozgwieżdżonego nieba wyglądały jak kanciaste grzbiety jakichś mitycznych bestii.
Na jednym coś się poruszyło.
Spojrzał na strażników i uniósł w górę palec. W tym momencie kształt przyklejony do dachu chałupy przesunął się i znikł. Skrzypnęło coś, chyba okiennica.
– Wszedł do środka – Kenneth szeptał na granicy słyszalności.
Spojrzenia żołnierzy stwardniały. Wewnątrz chaty, w ciasnych izbach, gdzie nie da się skakać po kilkadziesiąt kroków... Pancerze, hełmy, topory i miecze przeciw pazurom i kłom. Prawie niezauważalnie, jakby kierowana jedną myślą, cała trójka skinęła głowami.
Furtka otworzyła się bezszelestnie, za to otoczaki chrzęściły niemiłosiernie, ale Kenneth miał wrażenie, że chrzęszczą tylko pod jego stopami. Velergorf stąpał cicho, jakby szedł po kamiennej drodze, a Wilk i Hywel poruszali się niczym duchy. Stojąca na palach chata była czarnym kształtem przed nimi, martwym i pustym. Wzrok powoli przyzwyczajał się do nikłego światła, wyławiając z mroku więcej szczegółów, plamy okien i niedomknięte drzwi. Nic zachęcającego.
Podeszli do drzwi z boku, obaj żołnierze uzbrojeni w kusze stanęli naprzeciw. Varhenn pchnął drzwi trzonkiem topora i przykleił się do ściany. Ani skrzypnęły. Pięć stopni w górę przebyli na palcach, najpierw dziesiętnik, potem Kenneth, na końcu kusznicy. Chałupa miała budowę podobną do innych, dwa pomieszczenia po lewej stronie korytarza, jedno po prawej. Mimochodem zanotował brak drzwi, nic, tylko czarne otwory w ścianie. Klepnął Velergorfa w plecy i wskazał pierwszy z lewej. Zajrzeli. Pusto, cztery ściany, małe okno, przez które wpadała nikła nocna poświata, dzięki czemu w pomieszczeniu w ogóle coś można było dostrzec, kilka kawałków drewna na podłodze. Żadnych mebli, skrzyń, zwykłych domowych sprzętów. Zajrzeli w drugi otwór. Była tam chyba kuchnia, po piecu zostało tylko kilka nadkruszonych cegieł, gdy zawiał wiatr otwór w kominie sypnął sadzą. Poza tym nie zabrano chyba tylko drewnianych kołków wbitych w ściany, na których najpewniej wisiały kiedyś naczynia. Ktokolwiek się stąd wyprowadził, wziął wszystko, co tylko dało się wynieść.