Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Na parterze została im tylko jedna izba. I z tej właśnie izby dobiegł cichutki szmer, trzasnęło coś i zajaśniało światło.
Obrócili się jak na komendę, kusze wycelowały w prostokąt drzwi. Kenneth spojrzał na Velergorfa, skinął głową. Wpadli razem do izby i zatrzymali się z bronią na wpół uniesioną do ciosu.
Dwójka dzieci siedziała na gołych deskach podłogi, w pustym jak poprzednie pomieszczeniu. Obok nich płonął kaganek, a właściwie fragment glinianej skorupy z odrobiną oleju na dnie i szmatką, której rozpaczliwie migocząc, uczepił się mały płomyk. Chłopiec, na oko dwunastoletni i dziewczynka, ośmio-, może dziewięcioletnia. Oboje ubrani w coś, co musiało być resztkami nadgniłych worków, w jakich przechowuje się zboże czy kaszę. Siedzieli naprzeciwko siebie z przymkniętymi oczami, chyba trzymając się za ręce, dłonie mieli schowane pod jakąś brudną szmatą, stopy podkulone. Nawet nie odwrócili się w stronę uzbrojonych ludzi, którzy nagle wtargnęli do izby.
Wszystkie te szczegóły Kenneth wyłowił pierwszym spojrzeniem, podobnie jak zauważył szczelnie zamknięte okiennice i drabinę, prowadzącą na poddasze. Wskazał Wilkowi ciemny otwór w suficie i podszedł do dzieci. Kaganek mrugał światełkiem.
– Zostawili was? – szepnął.
Niech cholera weźmie polowanie na zabójcę. Teraz musieli się zająć dziećmi.
Obie twarze obróciły się w jego stronę i popatrzyły tępo. Były... Tak wychudzonych dzieci Kenneth nie widział nigdy w życiu, nawet w wioskach odciętych przez lawinę, gdzie ludzie na przednówku, gdy skończyły się zapasy, jedli psy, koty, szczury i skórzane elementy dobytku. Czaszka obciągnięta skórą i oczy wielkie jak spodki. W tych spojrzeniach nie było nic. Pustka, całkowity, absolutny brak świadomości tego, co się wokół dzieje. Przypomniał sobie, co mimochodem opowiedział mu czarnobrody. Policzył chałupy.
– To wasz dom, prawda? To was przygarnął starszy, gdy zostaliście sami. Widzę, że starał się, jak mógł. Karmił i w ogóle. Nic dziwnego, że was przed nami schował.
Dziewczynka poruszyła ustami, w oczach pojawił się błysk.
– To my się chowamy – szepnęła. – I czekamy.
– Czekacie?
– Aż tato wróci.
Przymknął oczy. Nie powiedzieli im?
– Rozumiem. Zabierzemy was w bezpieczne miejsce, gdzie będziecie mogli poczekać.
Pokręciła głową.
– Nie.
– Dlaczego?
– Bo oni nas zawieszą.
– Zawieszą?
– Jak mamę. Za szyję. Aż umrzemy. Lepiej się chować.
Usłyszał, jak Velergorf wciąga powietrze. Przymknął oczy, otworzył, lecz dziewczynka wciąż tam była, z twarzą dziecka i spojrzeniem stuletniej staruszki. Bogowie, co powiedział ten czarnobrody sukinsyn? Ci, co się dorobili, odpływali stąd całymi rodzinami, porzucali ojcowiznę. A przecież sam mówił, że odpłynąć się nie da. Nie dobrowolnie. Kto się tu urodził i sypia lekkim snem, nasłuchując kolejnej fali... I powiedział też, że to już nie ten sam brzeg, co kiedyś. Z roku na rok wyrzuca coraz mniej. Więc jeśli ktoś nie miał przyjaciół, nie trzymał się z innymi rodzinami, to sąsiedzi odwiedzali go pewnej nocy i zawieszali. Potem grabili domostwo i zajmowali jego kawałek brzegu. A dziećmi opiekowali się tak, żeby nie przeżyły miesiąca. O ile nie zawieszali ich również.
A on nadstawiał tu karku, dla tych ludzi.
– Velergorf!
– Tak jest!
– Zabieramy dzieci i wracamy.
– Rozumiem, panie poruczniku. A co z... – Wskazał na poddasze.
– Najpewniej już uciekł. Nie obchodzi mnie, skąd się tu wziął ani czego szuka. Jutro wracamy do Belenden. Niech pułkownik przyśle tu kilku czarodziejów i jakiegoś jasnowidza, żeby odkrył prawdę.
Chłopiec mrugnął i Kenneth odniósł wrażenie, że w jego oczach nie odbija się wnętrze izby, tylko coś innego, jakby wypełniała je mętna woda. Dzieciak otworzył usta, zamknął. Powolnym ruchem wyjął ręce spod szmaty i otarł czoło.
Jego dłonie... Chyba miał rękawice, choć Kenneth nie postawiłby na to nawet pół orga. Jeśli to były rękawice, to znakomicie imitowały prawdziwe kończyny, łącznie z paznokciami i zmarszczkami na skórze. I były trzy razy większe niż powinny. Oderwał wzrok od tego, co nie mogło być prawdziwymi dłońmi chłopca, i spojrzał mu w oczy. Ani śladu dziecka, nawet zagłodzonego i zobojętniałego do granicy śmierci, żadnych uczuć, emocji, żadnej świadomości. Nigdy nie widział takiego wzroku.
Nie. Spojrzał raz w podobne oczy, oczy górskiego niedźwiedzia, którego spotkał pewnej wiosny na szlaku. Bestia obudziła się właśnie z zimowego letargu i chyba jeszcze nie całkiem wyrwała z krainy snów. Przez pół minuty stała naprzeciw niego i patrzyła, jakby zastanawiając się, czy jest prawdziwy, czy też nie warto sobie nim zawracać głowy. Wreszcie góra futra odwróciła się i ruszyła w swoją stronę. To było najdłuższe pół minuty w życiu porucznika. I właśnie się powtarzało.
Masz miecz, zamruczała jakaś część świadomości, tarczę, kolczugę, hełm. A on nie sięga ci ramienia i jest tak chudy, że zaraz się złamie wpół. Możesz nie ściskać rękojeści z taką siłą.
Dziewczynka również wstała, podeszła do brata i z uśmiechem dotknęła jego dłoni.
– Podarek – szepnęła.
– Podarek? – dziwne, lecz głos mu nie zadrżał, choć ta część świadomości, która odezwała się przed chwilą, mamrotała coś o walce na śmierć i życie.
– Od wujka Gawana. Powiedział, że Ywen musi je sprawdzić i jak sprawdzi, dostaniemy kolację. – Wskoczyła chłopcu na plecy, oplotła go rękami i nogami i wtuliła twarz w kark. – Byliśmy bardzo głodni, pamiętam. Ale nie dostaliśmy jedzenia, tylko zaczęli go kłuć i szarpać. Cięli go i jeden przystawił mu czerwone żelazo do boku.
Ostatnie trzy zdania były stłumione i niewyraźnie, lecz Kenneth niemal nie zwrócił na nie uwagi. Pokurcz, powiedział Hywel, garbaty pokurcz. Niski, niecałe pięć stop wzrostu, ustalił Wilk, ale waży tyle, co normalne dziecko tego wzrostu. Albo dwoje. Wychudzonych.
– Wtedy Ywen powiedział, żebym zamknęła oczy, i zabrał mnie stamtąd. I teraz czekamy, aż tatko wróci. – Dziewczynka uniosła twarz i uśmiechnęła się dziwnie. – Nadchodzą – powiedziała. – Trzymajcie się.
W chatę uderzyła pięść boga. Huknęło, cała konstrukcja przechyliła się w lewo i zamarła jak łódź na nagle zamarzniętym morzu. Kenneth zabalansował na ugiętych nogach, Velergorf zaklął szpetnie, oparł o ścianę. Powietrze wypełnił kurz. Huknęło mocniej i z trzaskiem pękających pali chałupa ciężko klapnęła dnem o podłoże. Zatrzęsła się, zatrzeszczały belki i krokwie, lecz konstrukcja wytrzymała.
Kaganek zamigotał i zgasł.
I w tych ciemnościach cała tylna ściana chaty znikła, wyssana na zewnątrz potężną mocą. Tak, jakby zaczepiono do niej zaprzęg z tuzina koni i szarpnięto. Zanim opadł kurz, kilka zamaskowanych postaci wdarło się do środka.