Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Brzęknęła kusza, jeden z obcych zwinął się wpół, zacharczał niezrozumiale i upadł. Dwóch następnych, kompletnie ignorując żołnierzy, runęło ku dzieciom. Kenneth nie zauważył uderzenia, które dosięgło pierwszego z nich. Mężczyzna – sądząc po wzroście i szerokości barów – zdążył zasłonić się ramionami skrzyżowanymi na piersi, ale cios pięścią złamał mu je oba, jak patyczki. Wrzasnął i w tym samym mgnieniu oka druga pięść trafiła go pod gardę, w brzuch. Zadławił się, rzygnął krwią i treścią żołądka, poleciał na ścianę.
Jego kompan zaatakował z tyłu. Dwa długie sztylety o poczernionych ostrzach uderzyły jednocześnie. Chłopak zwinął się w ciasnym obrocie, uniknął obu sztychów i, zbyt szybko, aby dało się zauważyć, doskoczył do napastnika i złapał go za ręce. Olbrzymie dłonie zacisnęły się na nadgarstkach nożownika. Ten odgiął się i zaraz straszliwym uderzeniem głowy trafił małego w twarz. Coś trzasnęło, popłynęła krew. W następnej chwili oba przedramiona atakującego wygięły się w tył, jakby nie miały kości. Krzyk brzmiał zbyt kobieco, żeby mieć wątpliwości co do płci rannego zabójcy.
Szczęknęły dwie kusze, dzieciak puścił kobietę i wygiął się w niemożliwym uniku, a Kenneth przeżył tylko dlatego, że na początku walki odruchowo uniósł tarczę przed siebie. Oba bełty uderzyły w drewno z taką siłą, że górna krawędź walnęła go w twarz. Pociemniało mu w oczach, zachwiał się, usłyszał dziwne skwierczenie. I w tym momencie ktoś dopadł go z boku i przewrócił na ziemię.
– Tarcza! Szybko!
Velergorf wsadził sztylet pod zapięcie, rozciął rzemień, wyrwał mu tarczę z ręki, odrzucił ją. Zasyczało, powietrze wypełnił zapach rozgrzanego kamienia i puklerz z potężnym hukiem rozpadł się na kawałki. Odłamki drewna i rozpalonego metalu posiekały przestrzeń. Coś szarpnęło go za łydkę, zabolało.
Dziesiętnik poderwał go na nogi i łapiąc za ramię, pociągnął do drzwi.
– Padnij!
Upadli tuż przed progiem, a Hywel i Wilk wychylili się zza framugi i strzelili jednocześnie w mrok. Ktoś krzyknął krótko, z wściekłością.
Strażnicy złapali ich i wywlekli na korytarz.
– Kto to?
– Jacyś czarownicy. Widziałem już bełt tak nasączony Mocą.
– Na zewnątrz!
Runęli do drzwi w chwili, gdy całą przestrzeń zalało jasne światło. Huk był taki, jakby tuż obok uderzył piorun. Dach chałupy rozpadł się na kawałki, płonące gonty pomknęły w niebo, ciągnąc za sobą warkocze iskier. Okna błysnęły, strzeliły ogniem i dymem. Jeśli drużyna magów wchodziła do walki, to musiała o tym wiedzieć cała okolica.
Kenneth zignorował ból nogi i gorącą ciecz, wypełniającą but. Wskazał mieczem przed siebie, pobiegli.
Przed chałupą zapanowało piekło. Płonęła cała przednia ściana budynku i większość dachu, ta, która pozostała. Zniknęła także część płotu. W blasku płomieni dostrzegli pięć zamaskowanych postaci. Przykucniętych, skupionych na płonącej chacie.
Niedobrze jest gapić się w ogień, gdy wokół panują cienie.
Kilka ciemnych, niskich kształtów wypadło z ciemności za plecami obcych. Uderzyły od razu, bez warczenia i szczekania, tak jak je wytresowano. Psy Górskiej Straży umiały walczyć jak żadne inne.
Jeden z obcych unosił właśnie ręce w górę, między dłońmi zbierała mu się ciemność. Dwa psy skoczyły na niego jednocześnie, uwiesiły się u ramion, ściągnęły je w dół. Ciemność spadła mu na głowę, krzyknął dziwnym głosem, gdy rozlała się na pierś i spłynęła z niego. Tam, gdzie dotykała ciała, skwierczało coś i dymiło. Zwierzęta odskoczyły przestraszone, a mężczyzna potoczył się w mrok, wyjąc potępieńczo.
—— • ——
Mrok rozdarł się i po tej stronie znalazł się demon. Plama ciemności, smród wędrujący w świeżym powietrzu. Łódka zakołysała się niespokojnie. Był dwieście jardów od brzegu i oglądał wspaniałe widowisko, uwalnianą Moc, płonącą chałupę, ludzi walczących ze sobą, lecz teraz przypomniał sobie czarną istotę, uwiązaną widmowym łańcuchem do przyczajonego przy wiosce czarownika. Głupiec, syn głupca i wnuk głupca!
Zostawił go, zostawił noszącego rękawice wśród ludzi, bo jego los był już przesądzony. Kim byliby Ag’heeri, gdyby nie potrafili uszanować wroga? Nawet śmiertelnego. Wiedział, że chłopcu nie zostało już wiele czasu, a ci czarownicy nie są wystarczająco dobrzy, żeby go schwytać żywego. Lecz ten demon... Gdyby rękawice założył ktoś z prawdziwych właścicieli, nie miałby problemów z bestią, ale chłopak? Demon może go pokonać, a wtedy dzieciak zostanie schwytany... Po tym, co go spotkało, zasługiwał na los inny niż powolne konanie w jakimś ciemnym lochu.
Jego duchy już nie wyły i nie szarpały się, miał wrażenie, że do skóry przyczepiono mu setki kawałków lodu. Będą walczyć.
W imię wspólnie przelanej krwi ojców i szacunku dla wroga.
—— • ——
Napastnicy odwrócili się ku nowemu zagrożeniu, trzy kusze brzęknęły jednym głosem, trzy psy padły jak ścięte z nóg. Czary nasycające pociski objęły ich ciała szarym dymem, reszta zwierząt odskoczyła w cienie, przyczaiła się przy ziemi. Cokolwiek można było powiedzieć o psach Górskiej Straży, z pewnością nie były szalone. Jeśli walczyły z kimś używającym magii, zawsze czekały na ludzi.
Czterech ostatnich napastników przysunęło się do siebie, trzech na zewnątrz, jeden w środku. Ktoś czołgał się ku nim. Kenneth rozpoznał kobietę z połamanymi rękami, która jakimś cudem wydostała się z chaty.
Zaśpiewały cięciwy, wokół stojącej czwórki przemknęło kilka bełtów. Reszta kompanii wchodziła do walki.
Dowódca, pomyślał Kenneth zgodnie z wieloletnim szkoleniem, który to? Ten w środku to pewnie jeszcze jeden czarownik, ale on nie dowodzi. Hywel i Wilk właśnie kończyli napinać broń.
Kolejnych kilka pocisków minęło stojącą grupkę, przynajmniej dwa wyraźnie zrykoszetowały od jakiejś niewidocznej przeszkody. Wewnątrz magicznej osłony trzech obcych szykowało kusze. Czyżby, zamiast uciekać, chcieli stawić czoło całej kompanii? Szaleńcy.
Nie, uświadomił sobie, wcale nie musieliby walczyć z całym oddziałem. Na plac walki nadchodziła najwyżej jedna dziesiątka, reszta żołnierzy wciąż chroniła mieszkańców wioski. Kilku wyszkolonych zabójców z czarownikiem do pomocy mogło zaryzykować, zwłaszcza jeśli w jakiś sposób potrafili przeniknąć wzrokiem noc.
Ciągle jeszcze nie zauważyli jego czwórki.
Jeden z obcych klepnął maga w ramię i wskazał mu czołgającą się kobietę. Ruszyli ku niej, w poprzek placu, wciąż osłaniani przez czarodzieja. Ten, który wydał rozkaz, musiał być dowódcą.
Kolejna salwa odbiła się od osłony, czarodziej szarpnął głową, jakby coś go trafiło. Kenneth wiedział, że nawet najlepsi bitewni magowie, niezależnie od tego, jakim aspektem się posługują, mają problem z taką osłoną, każdy przyjęty na nią pocisk był okupywany utratą odrobiny własnych sił. Po kilkudziesięciu strzałach mag będzie musiał ją opuścić albo straci przytomność. Reszta strażników też o tym wiedziała, bo kusze szczękały raz za razem, byle tylko trafić w magiczną tarczę.
Ustawiona była tylko między atakującymi a drużyną skrytobójców, dotarło to do niego, gdy zobaczył, jak podchodzą do kobiety i podnoszą ją z ziemi. Stali plecami do niego. Idealnie na strzał.
Wskazał Wilkowi niskiego, krępego mężczyznę, który najwyraźniej wydawał rozkazy, a Hywelowi bezgłośnie wyartykułował:
– Mag.
Unieśli kusze.
Z mroku wyłonił się demon.
Ryk, który przeszył powietrze, brzmiał jakby ktoś tysiąc kotów wrzucił jednocześnie do pieca. Świdrujący, przenikający do szpiku kości. Postać składająca się z cieni i dymu wypadła w krąg światła, uniosła ręce, zawyła. Demon zachował ludzką postać, narzuconą przez ciało maga, któremu służył i którego pochłonął, choć bardziej przypominał pokraczną, ulepioną z gliny figurkę niż człowieka. Na chwilę zapanowała cisza. A potem potwór wybił się z miejsca i runął na drużynę maga. Odbił się od osłony, potoczył po ziemi, ryknął jeszcze raz, wściekle, poderwał i zaatakował ponownie. Gdy biegł, zostawały za nim szare smugi niby-dymu, wiszące chwilę w powietrzu, jakby nie podlegały podmuchom wiatru. Czarodziej odwrócił się ku nowemu zagrożeniu, krzyknął coś krótko, rozpaczliwie. Stwór nie zareagował, uderzył w osłonę z taką siłą, że magiem rzuciło w tył. Obaj polecieli w przeciwne strony, z tym że demon zaraz podniósł się z ziemi, potrząsnął szarym, amorficznym łbem, zawarczał, a czarodziej leżał nieruchomo, z nogami i rękami rozrzuconymi bezwładnie. Jego towarzysze wymierzyli kusze w potwora.