KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Kiedy oczy trochę przywykły do mroku, zobaczyłem w odległym kącie szary prostokącik. Trzymając się ściany, podszedłem do niego. To było okienko, ale nie mogłem go dosięgnąć - za wysoko.
Powróciłem tam, gdzie wedle moich wyliczeń powinni byli rzucić Endlunga.
- Czy oni zwariowali? - spytałem - Jakie kwadraty? Jacy „strażnicy”?
Niewidoczny w ciemności lejtnant zachrypiał, splunął. Z głębokim uczuciem wymówił słowa, których powtarzać nie będę.
- Złamali mi ząb z koronką. Kwadraty - tak nazywają wszystkich mężczyzn niebędących homoseksualistami, to jest w tej grupie i nas. A „strażnicy”, Ziukin, to tajne towarzystwo, broniące honoru dynastii starych rosyjskich rodów od hańby i poniżenia. Rzeczywiście nigdy nie słyszeliście? Dwa lata temu zmusili do zażycia trucizny tego... no, jak mu... kompozytor... a, do diabła, nie pamiętam nazwiska. Za to, że zrobił ciotę z M.M. - Endlung podał imię jednego z młodych wielkich książąt, więc tym bardziej je przemilczę. - A w zeszłym roku wrzucili do Newy starego bugra Kwitkowskiego, deprawującego młodych prawników. Właśnie za nich, za „strażników”, nas wzięli. Dobrze jeszcze, że nie rozszarpali na miejscu. Pewnie skonamy w tej piwnicy z głodu i pragnienia. Oto i poniedziałek trzynastego.
Lejtnant chwilę wiercił się na podłodze, najwidoczniej moszcząc się wygodniej, po czym filozoficznie zauważył:
- A wróż z Nagasaki prorokował mi śmierć w morskim boju. I wierz tu, człowieku, we wróżby.
14 maja
Kiedy się obudziłem, ledwie mogłem wyprostować kończyny. Na kamiennej podłodze, choćby nawet przykrytej dywanem, było niewygodnie i zimno. A zanim zasnąłem, długo nie mogłem się uspokoić. To zaczynałem chodzić wzdłuż ścian, to próbowałem otworzyć zamek szpilką od krawata, aż moje siły się wyczerpały. Położyłem się. Myślałem, że nie usnę, i zazdrościłem Endlungowi, beztrosko pochrapującemu w ciemności. Jednak w końcu i mnie zmorzył sen. Nie mogę powiedzieć, aby był odświeżający - obudziłem się cały rozbity. A lejtnant nadal, słodko spał, podłożywszy łokieć pod głowę, i nic jemu, gruboskórnemu, nie przeszkadzało.
Mogłem dostrzec pozę, w której spoczywał mój towarzysz w nieszczęściu, ponieważ przez okienko przenikało do naszej ciemnicy szare, słabe światło. Podniosłem się i kulejąc, podszedłem bliżej. Okienko okazało się okratowane i nie sposób było cokolwiek przez nie zobaczyć. Najwidoczniej wychodziło na niszę, która znajdowała się znacznie poniżej poziomu ulicy. Ale co do tego, że nisza prowadzi właśnie na ulicę, nie było żadnych wątpliwości - słyszałem przygłuszony stukot kół, końskie rżenie, gwizdek policjanta miejskiego. Można się było domyślić, że ranek nie jest już bardzo wczesny. Wyciągnąłem z kieszeni zegarek. Prawie dziewiąta. Co myślą w Ermitażu o naszej nieobecności? Ach, dzisiaj ich wysokościom nie przyjdzie do głowy zatroszczyć się o nas; obchodzi ich wyłącznie koronacja.
A jeśli nawet potem Paweł Gieorgijewicz opowie o naszej misji, to i tak nic nam to nie da. Przecież Banville i Carr wcale nie są winni temu, co nam się przydarzyło. Czyżby przyszło nam umrzeć w tej kamiennej celi?
Rozejrzałem się na boki. Wysoki, ciemny sufit. Gołe ściany, zupełnie nagie.
Nagle, przypatrzywszy się dokładniej, zauważyłem, że ściany wcale nie są nagie - wiszą na nich jakieś dziwne przedmioty. Podszedłem bliżej i zadygotałem z przerażenia. Po raz pierwszy w życiu zrozumiałem, że zimny pot to nie literacki środek stylistyczny, ale naturalne zjawisko. Bezwiednie dotknąłem czoła - było mokre, lepkie i zimne.
Na ścianach, w surowym porządku geometrycznym, rozwieszono kajdany na pordzewiałych łańcuchach, monstrualne rzemienne bicze z ostrymi kolcami, siedmioogoniaste pejcze i inne narzędzia nieludzkich tortur.
Rzeczywiście wepchnięto nas do katowni!
Nie uważam siebie za tchórza, jednak wyrwał mi się prawdziwy jęk przerażenia.
Endlung uniósł głowę, sennie rozkleił powieki, rozejrzał się dokoła. Ziewnął.
- Dzień dobry, Afanasiju Stiepanyczu. Tylko nie mówcie mi, że wcale nie jest dobry. I tak widzę to po waszej skrzywionej twarzy.
Drżącym palcem wskazałem na narzędzia tortur. Lejtnant zamarł z otwartymi ustami. Gwizdnął, powstał lekko i zdjął ze ściany najpierw łańcuch, potem straszny bicz. Pokręcił nim w różne strony, pokiwał głową.
- Och, figlarze. Spójrzcie no...
Ze strachem wziąłem bicz i zobaczyłem, że wcale nie jest rzemienny, tylko całkiem miękki, z jedwabiu. Okowy także okazały się atrapami - żelazne obręcze na nadgarstki i kostki wyłożone były wewnątrz grubą warstwą tkaniny.
- Po co to? - spytałem, nic nie rozumiejąc.
- Należy przypuszczać, że ten gabinet przeznaczony jest do zabaw sadomasochistycznych - wyjaśnił Endlung z miną znawcy.
- Jakich zabaw?
- Ziukin, przy waszych zdolnościach nie można być takim ignorantem. Wszyscy ludzie dzielą się na dwie kategorie. - Po nauczycielsku podniósł palec. - Tych, którzy lubią męczyć innych, i tych, którzy lubią, żeby ich męczono. Pierwszych nazywa się sadystami, drugich - masochistami, już nie pamiętam dlaczego. Na przykład wy bez wątpienia jesteście masochistą. Czytałem, że właśnie masochiści najczęściej stają się sługami. A ja prędzej jestem sadystą, ponieważ okropnie nie lubię, jak mnie walą po mordzie, tak jak wczoraj wieczorem. Najlepsze pary małżeńskie i przyjacielskie tworzą sadysta i masochista - jeden daje drugiemu to, czego tamten potrzebuje. Mówiąc prościej: ja lubię was łupić i robię to, a dla was to słodkie jak pierniki. Zrozumiałe?
Nie, dla mnie było to całkiem niezrozumiałe, ale wspomniałem zagadkowe słowa wczorajszej nimfy i pomyślałem, że w dziwacznej teorii Endlunga może jest ziarno prawdy.
Biczów i kajdan już się nie bałem, ale i bez tego miałem dość powodów do strachu. Po pierwsze - co będzie z nami? Czy rzeczywiście mieliśmy tu zginąć z głodu i pragnienia?