Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 123
Перейти на страницу:

– Byłem młody, jak znaleźliśmy tu pierwszego trupa. Jakiś aher w skórzanej zbroi, na wpół objedzony przez ryby. W ręku wciąż ściskał tarczę. Pamiętam dokładnie, bo cała wieś zebrała się wtedy radzić, co to znaczy i czy nie niesie kłopotów. Wreszcie załadowali trupa do łodzi, wypłynęli na jezioro i wrzucili do wody. Ech, gdyby to był tylko ten jeden.

– Było ich więcej, prawda? – Kenneth spojrzał w oczy rozmówcy, szukając potwierdzenia. – Założę się, że lodowiec ich tu przynosił i wrzucał do jeziora, więc mogą mieć pewnie z kilkaset lat. Z roku na rok trafiało tu więcej ciał, ludzi i aherów. A z trupami przybywało bogactwo, złoto, srebro, kamienie szlachetne, ozdoby. Więc ograbialiście je i co? Do jeziora?

– A tak – czarnobrody zamaszyście kiwnął głową – do jeziora. Jezioro dało, jezioru zwróciliśmy.

– Nie wszystko.

– Nie, nie wszystko. Po co rybom złoto? Tak zawsze mówił Gawan, po co rybom srebro i klejnoty. Żywym się przydadzą. On pierwszy przeniósł chałupę nad wodę, tu właśnie. Przez cały rok patrzył, jak układają się fale i gdzie wyrzucają najwięcej rzeczy, a potem w miesiąc rozebrał domostwo i odbudował je na samym brzegu, na palach. Starzy śmiali się z niego, zapowiadali, że nie minie jedna zima, a wróci na stare miejsce, ale on w pół roku chałupę nowymi gontami pokrył, łódź kupił, piec ze specjalnie wypalanej cegły postawił, a jego baba i dzieciak w coraz to nowych strojach chodzili. Kupcy rychło się zwiedzieli, że lepiej do niego zajechać niż do nas, lepiej towar na złoto i srebro niż ryby i ikrę wymienić. I w następnym roku kolejnych czterech gospodarzy przeniosło się i pobudowało chałupy obok. Nie był rad, ale nie mógł zabronić, bo by go chyba spalili.

– Twoja chałupa jest obok jego.

– Bo mój ojciec jako jeden z pierwszych postanowił coś zmienić. Rybaczenie to ciężki kawał chleba, zwłaszcza tu. Pamiętam, że bywały takie dni, żeśmy rano i wieczorem tylko zupę z wodorostów i rybich ości jedli. Nic tu nie rośnie, te parę owiec i kóz chowa się tylko dzięki sianu, które przywożą kupcy. Człowiek głupi by był, gdyby dobra, co samo do rąk się pcha, nie potrafił podnieść i dla siebie spożytkować.

– Ile trwało, zanim wszyscy się tu przenieśli?

– Trzy lata. Może cztery, nie pamiętam.

Kenneth rozejrzał się.

– Więc te płoty działają jak sak? Mam rację? Fala wrzuca wam szczątki, trupy i resztki z dna, te poprzecznie ułożone rzędy kamieni zatrzymują je, żeby nie cofnęły się do jeziora, a gdy woda opadnie, wychodzicie i zbieracie, tak?

Na twarzy rybaka wykwitł gorzki uśmiech.

– Sak? A tak, sak. Ale płoty służą przede wszystkim temu, żeby sąsiedzi nie wiedzieli, co komu los przyniósł. Na początku, gdy było tylko kilka chałup, dzielono się sprawiedliwie wszystkim, co znaleziono, ale potem, gdy cała wieś się tu przeniosła, zrobiło się gorzej. Bywały dni, że tylko jedna brosza czy jakiś samorodek się trafił, i wtedy co? Dzielić na dwieście pięćdziesiąt głów? Ludzie nie spali całymi nocami, chodzili wzdłuż brzegu z pochodniami, czekając na falę, jeden drugiemu do oczu skakał, że to czy tamto bliżej jego chałupy było, więc wara. – Rybak splunął na ziemię, podniósł kamień i cisnął z taką siłą, że prawie znikł im z oczu, zanim połknęła go woda. – Te same rodziny, które kiedyś w potrzebie dzieliły się ostatnią suszoną rybą, teraz patrzyły sobie na ręce, śledziły, podkradały znaleziska. Już niektórzy do toporów się brali.

Pociągnął ponownie z flaszki, wzdrygnął się, otarł usta rękawem.

– Jeśli to sak, to na naszą chciwość. Trzeba było widzieć, jak dzielili brzeg, co do ćwierci cala się wykłócali, a jak sąsiad o palec płot przesunął, to w ruch szły noże. A potem... Jak już płoty postawili i każdy zamknął się na swoim podwórcu, to i tak nie było spokoju.

Kenneth parsknął.

– No tak, to straszne, że wam kazali się tu osiedlić i zmusili do ograbiania trupów. Gdybyście tylko mogli odejść...

Czarnobrody spojrzał na niego bez gniewu, za to z jakimś smutkiem w oczach.

– Niektórzy odeszli, dali radę. Ale nie wszyscy są tacy mocni. A pan zabrałby się stąd? Gdyby po każdej fali mógł na progu własnego domu znaleźć coś takiego? – Sięgnął za pazuchę i wyciągnął małą szmatkę. Rozwinął ostrożnie. Pierścień był bez wątpienia złoty, dwa małe węże oplatały się ogonami i zaciskały paszcze na przejrzystym jak woda kamieniu wielkości gołębiego jajka. Porucznik wziął klejnot i zbliżył do oczu. Każda, najmniejsza nawet łuska na ciele węży była starannie wygrawerowana, oczy błyszczały błękitnymi kamykami, małe rozdwojone języki z cieńszego niż włos drutu lizały diament. Bo nie było wątpliwości, że to diament.

– Jest za duży na moje palce i jak pan widzi, na pańskie też. Ale to nic. Nie ośmieliłbym się go założyć, choć jest najpiękniejszą rzeczą, jaką w życiu widziałem.

– Kto go nosił?

– Jakiś aher miał go na szyi, przewleczony przez kawałek rzemienia. – Rybak delikatnie odebrał mu pierścień. – Odszedłby pan? Co, panie poruczniku, odszedłby stąd, wiedząc, że inni zostali i znajdują na brzegu takie cuda? Gdy się jadło za dzieciaka zupę z wodorostów, to nie starcza sił, żeby zabrać stąd rodzinę i spróbować gdzie indziej.

– Za to, co już nazbierałeś, na pewno mógłbyś kupić dobrą gospodarkę z ładnym kawałkiem żyznej ziemi. Gdziekolwiek w tych górach albo poza nimi. Posłać synów do szkół... Albo im też ziemię kupić, znaleźć dla nich dobre żony, doczekać się wnuków.

– Tak, i co noc budzić się dziesięć razy, nasłuchując fali, która nie przyjdzie, i rozmyślając, jakie cuda wyrzuci na brzeg, a mnie nie będzie na miejscu, żeby je podnieść. Próbowałem, odszedłem na pół roku, chciałem nawet do was, do Straży się zaciągnąć, ale w końcu przyciągnęło mnie z powrotem. – Rybak zapatrzył się na spokojną toń. – To jezioro... Jak się tu urodziłeś...

Położył ostrożnie pierścień na dłoni i nie patrząc na porucznika, powiedział:

– Gdyby jakiś mądry oficer zabrał swoich ludzi do koszar i nie...

Kenneth warknął.

– Wiatr.

– Co?

– Wiatr powiał, więc nie dosłyszałem, co zacząłeś mówić, gospodarzu. Gdybym jednak pomyślał, że chcesz mnie kupić jak miejskiego pachołka... – wycedził przez zaciśnięte zęby – chyba obciąłbym ci rękę, którą wręczałbyś łapówkę.

Rybak zacisnął dłoń.

– Powiesz mi, co zabija? – Porucznik udawał, że nie zauważył dygotania ramion i bladości czarnobrodego. Nie zamierzał teraz dać mu spokoju. – Znaleźliście coś, co nie było do końca martwe, prawda? Aher? Człowiek? Coś innego? Opętane przez magię? Te trupy ludzi i aherów, które lodowiec wrzuca do jeziora, to pozostałość po jakiejś dawnej bitwie. Pewnie użyto w niej czarów, może przywołano coś, demona, potwora zza Mroku, który skończył w lodzie jak reszta, lecz nie umarł. Obudziliście go i teraz was zabija. Jego rozmówca przestał się trząść i pokręcił głową.

– Nie znaleźliśmy niczego żywego. Niczego na wpółmartwego. Wszystko, co woda wyrzuca na brzeg, nadaje się tylko na karmę dla ryb. I prawda, że zdarza się tu znajdować dziwne rzeczy. Resztki amuletów, jakieś kamienne płytki pokryte dziwnymi znakami, broń, która na pewno nie miała tylko ciąć i kłuć. Człowiek zaraz wyczuje, że coś jest magiczne albo magią nasiąkło. Wyrzucamy takie znaleziska tam, gdzie trupy. Przynajmniej taka jest umowa między nami – zapewnił szybko.

– Widzę, jak wyrzucacie do wody złoty wisior. – Kenneth uśmiechnął się z przekąsem. – Choćby wisiało na nim uczepione stado demonów, trzymałbyś go w chałupie. Chciwość zaślepia, niby czemu ten, co zginął dziś w nocy, wyszedł na zewnątrz, zanim słońce wzeszło? Pewnie zobaczył coś w wodzie i nie wytrzymał, mam rację? Jezioro czasem zabiera to, co daje, więc zaryzykował – i skończył z rozerwanym gardłem. Kto tu morduje, gospodarzu? Dlaczego boi się wody? I dlaczego nie próbujecie go sami zabić, co?

1 ... 60 61 62 63 64 65 66 67 68 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)