Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
— Czy Czyniący może powodować suszę?
— Nie. To jest za wielkie. Nie wiemy przecież, dlaczego deszcz pada albo nie pada. Czyniący może coś podpalić, zmienić albo stworzyć, ale nie podniesie góry i nie zmieni jej w wulkan.
— A bogowie... znaczy nadaku?
— Też nie. Chyba. Nigdy tego nie robili. Chyba nie mogą albo im nie wolno.
— Zastanawiam się... Może nadaku też się czasem rodzą i ta Nahel Ifrija jest po prostu nowym rodzajem. Nieokrzesanym, bo młodym.
— To po co odwołuje się do Podziemnej? Gdyby sama była nadaku, żądałaby hołdów dla siebie. Zresztą nie słyszałem nigdy, żeby pojawiały się nowe nadaku. Od setek lat są te same. Chyba.
Tak wyglądały nasze poranne raporty o stanie państwa. Zamiast analizować handel, politykę i wojsko, zajmowaliśmy się suszą i prorokinią. Nie było od tego ucieczki.
W mieście ulice były niemal puste. Szliśmy z Brusem przez zalane słońcem place i patrzyliśmy na nieliczne czynne kramy, przechodnie przemykali się chyłkiem podcieniami i bocznymi uliczkami. Wszyscy nosili kurty i portki w burych kastowych kolorach. Tawerny kryły się za zamkniętymi okiennicami i trudno było powiedzieć, czy są otwarte, czy nie. Trzeba było stukać i czekać. Czasami otwierano drzwi i można było wślizgnąć się przez szparę do mrocznego, dusznego wnętrza, gdzie siedzieli milczący ludzie o twarzach skrytych w kapturach pustynnych płaszczy albo pod rondami kapeluszy.
Na ścianach co chwilę spotykało się symbole Podziemnej Matki lub napisy w rodzaju „Patrzcie na pustynię! Nadchodzi Ogień!”.
Poza tym w Maranaharze panował spokój. Wszędzie oprócz placów i świątyni, gdzie wydawano wodę, bo tam zawsze kłębił się tłum. Jednak był to dziwny spokój, martwy i straszny. W powietrzu wisiało jakieś oczekiwanie. Jakby nadchodziła burza albo miał wybuchnąć wulkan.
Na skrzyżowaniach stały namioty z włóczni i płaszczy, siedzieli w nich żołnierze o czerwonych twarzach i spalonych słońcem ramionach, bez hełmów i z głowami okrytymi mokrymi chustami.
Było nie tylko gorąco, ale i duszno, a powietrze było aż szare od much.
A potem nadeszła tamta noc... Straszna noc pełni drugiego księżyca. Spałem lekkim, chorym snem, mokry od potu, budziłem się wiele razy i miałem wrażenie, że wcale nie śpię, tylko leżę w ciemności, patrząc na nocny ogród i słuchając lekkich oddechów moich dziewcząt. Jednak musiałem śnić, bo wydało mi się, że patrzę na zakapturzoną postać, nadchodzącą od strony jeziora. Miała bardzo obszerny płaszcz, lśniący jaskrawą czerwienią, rozszerzany ku dołowi, a dłonie schowane były w szerokie rękawy. Nie widziałem też twarzy, tylko owalny otwór kaptura wypełniony czernią. Płaszcz powiewał lekko i unosił się niczym najcieńszy muślin albo zmięty, cieniutki zwój. I świecił czerwonopomarańczowym blaskiem, rzucając mdłe, rude światło na jezioro, trawę i krzewy. Wszystko wokół migotało, a na patio stała zakapturzona, mroczna sylwetka, ubrana w płaszcz z płomieni.
Wiedziałem, na co patrzę. To Nahel Ifrija. Ogień Pustyni. Przyszła po mnie.
Obudziłem się z takim uczuciem, jakbym spadał. Znowu leżałem w sypialni i cały mokry od potu, patrzyłem na ogród. Usłyszałem szepty moich dziewcząt. Tak ciche i delikatne, że wziąłbym je za szelest wiatru w liściach, tylko że od miesięcy nie było wiatru. Oprócz tego czułem łaskotanie na piersi, jakby chodziła po nich mucha.
— Przytrzymaj mu nogi... Połóż się na nich... — Rozpoznałem głos Taheli. — Może wcale się nie obudzi...
Jeszcze nigdy w życiu tak się nie przeraziłem.
— Ty usiądź mu na ramionach — szepnęła Fyalla. Usłyszałem cichy zgrzyt noża dobywanego z pochwy.
Otworzyłem oczy i bardzo wiele stało się równocześnie. Po pierwsze, na mojej piersi znajdował się ohydny robak, członowany, kroczący na ośmiu zginających się nogach i pokryty brązowym pancerzem, z uniesionym, płaskim łbem, zakończonym hakowatymi szczękami. Był wielkości mojej dłoni. Spojrzałem prosto w lśniące leciutko złotem czworo oczu, wyglądających jak klejnoty.
Zanim zdążyłem się poruszyć, Irissa rzuciła się całym ciałem na moje nogi, a Tahela wyrosła nagle z ciemności za moją głową i uklękła mi na ramionach, siadając na twarzy i ściskając głowę udami.
Wzdrygnąłem się, czując zimny dotyk stali na piersi, ale po chwili zrozumiałem, że wcale nie mają zamiaru mnie zadźgać. Fyalla wsunęła nóż pod siedzącego na mojej piersi robaka i błyskawicznym ruchem wyrzuciła w powietrze.
Tahela uniosła się z mojej twarzy i zdążyłem zobaczyć, jak owad wije się w powietrzu niczym wąż i ciężko spada na posadzkę. Spadł na wznak, przebierając gwałtownie odnóżami, po czym wygiął się błyskawicznym ruchem i odepchnął szczękami od podłogi. Tahela śmignęła niczym łasica, porwała kryształową czarę pełną owoców, wysypała je, po czym rzuciła się na podłogę i nakryła stworzenie misą.
— Wołajcie straż! — zawołała. — I zapalcie światło. Może być ich więcej!
Usłyszałem trzask krzesiwa i w komnacie zapłonęło migotliwe światło lampy. Irissa stoczyła się z moich nóg.
Usiadłem na łóżku i zacząłem się śmiać.
I wtedy go zobaczyłem. Ubranego w ciemnoczerwoną szatę, która, dopóki nie zapaliliśmy światła, była tylko plamą ciemności wśród mroku. Nawet twarz miał okutaną zawojem. Trwał nieruchomo przy sadzawce, dokładnie w miejscu, w którym we śnie widziałem zakapturzone widmo.
Krzyknąłem, zrywając się na równe nogi, i porwałem miecz ze stojaka.
— Straż! Szpieg w zamku! — wrzasnęła dziko Tahela.
Zrzuciłem pochwę z miecza, a w tym momencie zamaskowany napastnik wstał i gwałtownie machnął ręką. Coś świsnęło. Irissa skoczyła, wpadając na mnie plecami, i pchnęła do tyłu, więc nie mogłem zaatakować.
— Z drogi, dziewczyno bo ucieknie! — krzyknąłem, odskakując, i rzuciłem się do ataku.
Szata napastnika załopotała, kiedy zwinął się w miejscu błyskawicznie jak lis, i szarpnął się w bok. Wąskie ostrze błysnęło w powietrzu. Odbiłem je i ciąłem go przez czoło, ale zdążył się uchylić i błyskawicznie dźgnął mnie w oczy. Nie zdążyłbym tego odbić, choćbym ćwiczył szermierkę przez całe życie. Jednak w tym momencie z komnaty śmignął wielki, ciemny dysk i trafił go w rękę z blaszanym łomotem. Było to tylko podarowane mi mgnienie oka, ale zdążyłem je wykorzystać i wbiłem mu ostrze głęboko w brzuch. Poczułem, jak przebija fałdy szaty i grzęźnie we wnętrznościach.
Srebrna taca potoczyła się z brzękiem po kamieniach tarasu i wpadła w trawę.
— Ifrijaaa... — wycharczał i runął na mnie, nabijając się aż po jelec. Ostrze wyszło mu z pleców z trzaskiem prutej tkaniny. Odskoczyłem, nie zdążywszy uwolnić miecza. Skrytobójca postąpił koślawym krokiem w moją stronę, wyciągając rękę, ale tylko przejechał palcami po mojej piersi, zostawiając na skórze smugi krwi.