Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 98
Перейти на страницу:

Tahela uderzyła w niego całym ciałem z dzikim piskiem i zwalili się z tarasu. Skoczyłem za nią, ale już siedziała mu na piersi, wbijając raz po raz trzymany oburącz miecz.

Złapałem ją za ręce, objąłem mocno i delikatnie wyjąłem broń z dłoni.

— Już... już... — wyszeptałem, przytulając ją. Miała dzikie oczy i pianę na ustach.

— Irissaaaa! — zawyła strasznym głosem.

Odwróciłem się.

Irissa stała ciągle w tym samym miejscu przy łożu, tam, gdzie wpadła na mnie. Miała wytrzeszczone oczy i zaciśnięte pięści, a dokładnie pomiędzy piersiami tkwił, rękojeścią w dół, jakiś nóż o szerokim ostrzu, jakby przykleił się do ciała.

Rzuciłem się do niej i chwyciłem za ramiona. Irissa kaszlnęła nagle i prychnęła czerwoną śliną, a w chwilę potem z jej ust potoczył się strumień krwi. Po brodzie i w dół brzucha. Ułożyłem ją na ziemi i trzymałem w objęciach. Usłyszałem straszny, dziki wrzask „Straż! Medyka!” i dotarło do mnie, że to ja wrzeszczę.

Sterczące jej z piersi narzędzie miało rękojeść okręconą rzemieniem i dziwaczne ostrze, rozgałęzione na wszystkie strony ostrymi krawędziami jak liść. Jedno z tych ostrzy tkwiło teraz w ciele mojej słodkiej Irissy zamiast w moim.

Podobno kiedy wreszcie przybiegli, nadal klęczałem, tuląc Irissę, cały zbryzgany krwią, i wydawałem z siebie dzikie, ochrypłe wycie, które brzmiało jak głos wilka. Długo nie pozwoliłem odebrać sobie ciała, mimo że było już zimne.

— Przeszedł przez mur. Nie wiem, w jaki sposób. Trzech strażników znaleźliśmy z poderżniętymi gardłami, jednego z ranami od tego ostrza, którym zabił nai Irissę. — Rzemień mówił twardo i rzeczowo, ale widać było, że jest wściekły.

— Dosyć tego — wycedził cesarz. — Skrytobójca umarł ponoć z imieniem prorokini na ustach. To jest zamach na Tygrysi Tron. Natychmiast przygotować plan uderzenia w Czerwone Wieże. Wszyscy kapłani mają zostać aresztowani. Gdziekolwiek znajdziecie ślady krwawych ofiar z ludzi, stracić wszystkich kapłanów. Wieże zburzyć, wszelkie bogactwa i zapasy skonfiskować. Posłużą dla ofiar suszy. Za prorokinię zwaną Ogień Pustyni wyznaczyć nagrodę. Tysiąc dirhanów za martwą i tylko martwą. Kult Podziemnej zostaje ogłoszony zbrodniczym. Każdy, kto będzie nosił jego znaki, szaty, albo wzywał to nadaku publicznie, zostanie aresztowany i umieszczony na galerach wojennych na trzy lata. Za odwoływanie się do Kodeksu Ziemi i grożenie komukolwiek śmiercią lub klątwą, lat pięć.

Wstał.

— I jeszcze jedno. Zakazuję honorowych samobójstw. Dowódca straży przybocznej nabił się na swój miecz. Tymczasem był mi potrzebny. Każdy jest.

— Ojcze — wychrypiałem. Czułem, jakbym miał w gardle pustynię. Nie czułem już właściwie smutku, tylko tępy gniew. Zimny jak lód. Wiedziałem, że ten gniew zostanie we mnie na długo, a może i na zawsze.

— Tak, Młody Tygrysie?

— Nai Irissa uratowała mi życie. Osłoniła mnie przed tym ostrzem. Proszę, by pochowano ją w Ogrodzie Ciszy z rytuałem należnym bohaterowi wojennemu.

— Dobrze. Otrzyma pośmiertnie stopień pahan-deja straży przybocznej. Jej rodzina otrzyma zwyczajowe nadania jak za śmierć oficera w wojnie. Czy była twoją nałożnicą?

— Ojcze, pokornie proszę, byś uczynił ją oficjalnie moją pierwszą konkubiną.

— Zgoda.

— Teraz jeszcze ten owad — powiedział Rzemień. — Mistrz Zwierząt twierdzi, że wygląda jak pustynna skorpenica, tylko pięć razy większa i brązowo-czerwona, a nie żółta. Według niego, takich robaków jak ten nie ma. Zwykłe skorpenice żyją w gniazdach jak mrówki i są bardzo jadowite. To, co wpełzło do komnaty, według obliczeń Mistrza Zwierząt mogłoby zabić sześć koni albo dwa kamienne woły. To było prawdziwe narzędzie zamachu. Gdyby ten stwór miał trochę szczęścia, zabiłby nie tylko Młodego Tygrysa i jego pokojowe, ale połowę mieszkańców Domu Stali. Nie wiemy, skąd wziął się skrytobójca, ale niestety, może być zdrajcą. Na ciele ma świeże blizny tam, gdzie weterani noszą tatuaże. I jeszcze jedno. Ma bielmo na oczach.

Ciało Irissy ubrano w zbroję pahan-deja straży przybocznej, przykryto tarczą i położono jej na piersi złamany miecz. Pogrzeb odbywał się w ciszy jak wszystkie kireneńskie uroczystości żałobne. Tylko kiedy stos już wygasł, Fyalla zaśpiewała cicho „Dolinę Czarnych Łez”. Słyszałem jej śpiew i ciche, miarowe uderzenia wojskowego bębna. Wtedy zapłakałem, ale płakałem jak dorosły. Jak żołnierz. Bez dźwięku i żadnego grymasu, tylko po policzkach płynęły mi łzy.

Dostała prosty, wojskowy kurhan z surowych kamieni, z kamienną lampą oświetlającą Drogę.

Na ofiarnej misie kazałem wyryć, oprócz symbolu Tygrysa, relief w kształcie cintaru.

Irissa odeszła Drogą Pod Górę.

A my zostaliśmy sami.

Plan został przygotowany. Zabrało to tylko kilka dni, zupełnie jakby stratedzy mieli go już w szufladzie i tylko czekali na odpowiedni moment. Nocą rozległy się bębny sygnałowe. Ich łomot niósł się od pałacu przez stanice na szlakach, przekazywany od jednej do drugiej, przez miasta, węzły handlowe, aż po pustynne i nadbrzeżne forty.

Wszystkie garnizony dostały rozkaz przygotowania wymarszu i zebrania sił. Każdy miał uderzyć na Czerwone Wieże w swoim mieście. Ściągnięto bojowe rydwany, a przerażeni mieszczanie usłyszeli po raz pierwszy coś, co przerażało dotąd tylko mieszkańców podbijanych ziem — podobne do ryku słoni zawodzenie rogów zaganiaczy.

Całymi nocami słychać było, jak forty i poszczególne oddziały rozmawiają ze sobą głosem bębnów.

Do stolicy wmaszerował siedemnasty tymen ciężkiej piechoty, zwany „Kamiennym”, z wyposażeniem oblężniczym, ukrytym na wozach taborowych.

Trzy dni od wydania rozkazów w pałacu, kiedy byłoby już jasne, że dotarły do wszystkich stanic i jednostek, wojsko miało utworzyć pierścień wokół Czerwonych Wież i uderzyć na wszystkie naraz. Dokładnie o godzinie wilka, pomiędzy północą a świtem.

Trzeciego dnia o godzinie wilka.

Ale tamtej nocy spadł deszcz.

Chmury nadeszły o zachodzie słońca, a w nocy rozszalała się burza. Na spękaną od gorąca ziemię runęła ściana wody. Pioruny biły co chwilę i kiedy uderzył pierwszy grom, porwałem się na równe nogi z łóżka. Deszcz lał tak, że nie było widać nic na wyciągnięcie ręki. Z dachów wokół patio lały się wodospady i przez ogród popłynęły strumienie.

Długo siedzieliśmy, obejmując się we troje, słuchając upragnionego deszczu i nieustannego trzasku piorunów. Upiorne, fioletowe światło wydobywało z mroku nasze splecione ciała, widziałem twarz Taheli, twarz Fyalli i zdawało mi się czasem, że w świetle błyskawicy widzę też Irissę.

Tak je zapamiętałem. W blasku piorunów, w burzy, w podmuchach tak wytęsknionego, wilgotnego powietrza i w plusku deszczu. Przez chwilę zachciało mi się wyjść prosto w tę ulewę, ale zapomniane już od dawna uczucie chłodu sprawiło, że spłynęło na mnie zmęczenie i zasnąłem twardo pomimo burzy. Chyba tak twardo, jak nie spałem od miesięcy.

Obudziło mnie szarpnięcie za ramię. Ocknąłem się niechętnie, owinięty dokładnie prześcieradłami. Było czarno, za oknem nadal szalała burza. Dziewczęta krzątały się po pokoju, Fyalla skrzesała ogień i wtedy zobaczyłem Brusa. Stał nad moim łóżkiem w ciemnożółtej szacie kasty Sindarów i trzymał jakieś zawiniątka.

— Ubieraj się i o nic nie pytaj! — rzucił jakimś takim przydepniętym głosem, że się przeraziłem. Chyba powiedział coś jeszcze, ale zagłuszył go huk gromu, który długo przewalał się nad pałacem i miastem, jakby po dachu jeździły wozy taborowe.

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)