KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Symeon Aleksandrowicz podniósł się, wczepił w suknię mister Carra i pociągnął go z powrotem. Ja też się podniosłem, rozumiejąc, że na moich oczach rozgrywa się odrażający, niebezpieczny dla monarchii skandal, jednak to, co nastąpiło, przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Banville wypuścił mister Carra i z rozmachem wymierzył jego wysokości głośny policzek!
Muzyka ucichła, tancerka w przestrachu przykucnęła i zapadła przytłaczająca cisza. Słychać było tylko, jak głośno dyszy lord Banville.
To niesłychane! Czynna obraza, wyrządzona najjaśniejszemu domowi! I to jeszcze przez obcokrajowca! Wydaje się, że jęknąłem, i to dosyć głośno.
I dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że żadnej najjaśniejszej osoby tutaj nie ma i być nie może. Policzek otrzymał niejaki pan Filidor, człowiek w purpurowej masce.
Brwi Symeona Aleksandrowicza wygięły się w zadziwieniu. Wyglądało na to, że jego wysokości nigdy wcześniej nie zdarzyło się znaleźć w takiej sytuacji. Bezwiednie złapał się za obolały policzek i zrobił krok do tyłu.
Milord zaś, nie okazując już najmniejszych oznak zdenerwowania, powoli ściągnął z dłoni białą rękawiczkę. O Boże! Teraz rzeczywiście nastąpi coś nieodwołalnego - wyzwanie na pojedynek, i to publiczne! Banville się przedstawi i wtedy już nie uda się jego wysokości zachować incognito!
Foma Anikiejewicz ruszył naprzód, lecz wyprzedziła go Kolombina. Podbiegła do milorda i szybko - raz, dwa, trzy, cztery - wymierzyła Brytyjczykowi całą serię policzków, i to głośniejszych niż ten, który dostał się Symeonowi Aleksandrowiczowi. Głowa Banville’a tylko latała z boku na bok pod gradem uderzeń.
- Ja jestem książę Gliński! - wykrzyczał adiutant po francusku, zrywając maskę. Bardzo pięknie wyglądał w tej chwili: nie panienka i nie młodzieniec, lecz jakaś inna istota, podobna do archanioła ze starych włoskich obrazów. - Wy, panie, naruszyliście statut naszego klubu i żądam za to satysfakcji!
Banville też zdjął maskę. Jakbym po raz pierwszy zobaczył go naprawdę! Wzrok pełen ognia, ostre fałdy u nozdrzy, bezkrwiste usta i dwie purpurowe plamy na policzkach. Straszniejszej twarzy dotąd nie zdarzyło mi się widzieć. Jak ja mogłem uważać tego wilkołaka za nieszkodliwego oryginała!
- Donald Neville Lambert, jedenasty wicehrabia Banville. I wy, książę, otrzymacie ode mnie pełną satysfakcję. A ja od was.
Foma Anikiejewicz narzucił wielkiemu księciu płaszcz na ramiona i delikatnie pociągnął swego pana za łokieć. Ach, jaki zuch! Zachował zimną krew w takich rozpaczliwych okolicznościach. Generał-gubernator, nawet w masce, nie może być obecny przy wyzwaniu na pojedynek. Przecież to już nawet nie skandal, tylko przestępstwo kryminalne, a przeciwdziałanie zbrodni jest świętym obowiązkiem władzy administracyjnej.
Jego wysokość i Foma Anikiejewicz oddalili się pospiesznie. Mister Carr, przytrzymując półmaskę, zniknął za nimi.
Wodzirej machnął ręką akompaniatorowi, ten uderzył w klawisze i już nie dosłyszałem, jak zakończyła się rozmowa milorda z księciem. Prawie natychmiast wyszli w towarzystwie jeszcze dwóch panów, jednego w smokingu, drugiego w damskiej sukni i rękawiczkach do łokci.
Postępek młodego adiutanta wzbudził mój szczery zachwyt. Też mi ciota! Poświęcił własną karierę i reputację, postawił na jedną kartę nawet życie - a wszystko to dla uratowania ukochanego przełożonego, który w dodatku traktował go zupełnie niemiłosiernie.
Skandal, jak się zdawało, tylko ożywił zabawę. Po tańcu brzucha rozległy się dźwięki wyuzdanego kankana i od razu trzech panów w sukniach puściło się w pląs, piszcząc i wysoko zadzierając nogi. My z Endlungiem spotkaliśmy się wzrokiem i zgodnie wstaliśmy. Pozostawać tutaj dłużej nie było po co.
Nimfa także natychmiast się podniosła.
- Tak, tak, chodźmy - szepnęła, krzepko łapiąc mnie za łokieć. - Cała płonę.
Uznając, że na ulicy nietrudno będzie mi się pozbyć tej bezpardonowo narzucającej się osoby, skierowałem się do wyjścia, jednak nimfa pociągnęła mnie w przeciwnym kierunku.
- Nie tam, głuptasie. Nie tędy. Tu, na dole, w piwnicy, są wygodne gabinety! Obiecałeś przecież zbić mnie tak, że długo popamiętam...
Wtedy moja cierpliwość się wyczerpała.
- Panie, zabierzcie rękę - rzekłem sucho. - Spieszę się.
- Panie? - jęknęła nimfa, jakbym obraził ją najgorszym wyzwiskiem. I przenikliwie krzyknęła: - Najmilsi! On mnie nazwał panem! To nie nasz, kochani!
Ze wstrętem odskoczyła na bok. A w pobliżu ktoś powiedział:
- Tak, widzę, broda jakby fałszywa!
Krzepki mężczyzna w niebieskim wizytowym garniturze pociągnął mnie za neronową brodę, a ta wykrzywiła się w najbardziej zdradziecki sposób.
- No, łajdaku, wstrętny szpiegu, odpowiesz nam za to! - Zdecydowany mężczyzna brzydko się wyszczerzył, wziął zamach i ledwie zdążyłem uchylić się przed jego ciężkim kułakiem.
- Precz z rękoma! - zaryczał Endlung. Rzucił się na napastnika i zgodnie z regułami angielskiego boksu przyłożył mu hakiem w szczękę.
Mężczyzna w niebieskim garniturze upadł na kolano, ale teraz rzucono się na nas ze wszystkich stron.
- Panowie, to „strażnicy”! - wykrzyczał ktoś. - Jest tutaj cała szajka! Bijcie ich!
Ze wszystkich stron spadły na mnie ciosy i kopniaki, a od jednego, który trafił mnie w brzuch, zacząłem tracić dech. Zgiąłem się wpół, upadłem i nie dano mi się podnieść.
Endlung, zdaje się, stawiał rozpaczliwy opór, ale siły były zbyt nierówne. Wkrótce staliśmy obok siebie, a każdego z nas trzymał dobry dziesiątek rąk.
Wszystkie twarze wokół dyszały nienawiścią.
- To „strażnicy”, kwadraty! Świnie! Oprycznicy! Zabić ich, panowie, tak jak oni naszych!
Spadły na mnie nowe ciosy. W ustach poczułem sól, poruszył się ząb.
- Do katowni z nimi, niech tam zdechną! - krzyknął ktoś. - Innym dla przykładu!
Ta złowieszcza propozycja przypadła pozostałym do smaku.
Wywlekli nas na korytarz i zaciągnęli na dół po jakichś wąskich schodach. Tylko uchylałem się od kopniaków, za to Endlung wyzywał ich w najgorszy sposób marynarskimi przekleństwami i walczył o każdy stopień. W końcu zanieśli nas na rękach słabo oświetlonym korytarzem pozbawionym okien i wrzucili do jakiegoś ciemnego pomieszczenia. Boleśnie uderzyłem plecami o podłogę, a za nami zatrzasnęły się żelazne drzwi.