Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 98
Перейти на страницу:

W stolicy było właściwie bezpiecznie, ale wszędzie widziało się oddziały wojska z wielkimi tarczami i bojowymi włóczniami w pełnych zbrojach. Mieszczanie, którzy nigdy nie widzieli własnego wojska w gotowości bojowej, patrzyli na to z przerażeniem i niedowierzaniem.

Mnie przeraziło co innego.

Szliśmy z Brusem brzegiem ulicy trochę mniej zatłoczonej niż zwykle. Im dłużej trwała susza, tym wyraźniej było widać, że miasto się zmienia. Wiele sklepów i kantorów zamknięto. Warzywa i owoce na straganach były brzydkie, pomarszczone i pokryte brunatnymi plamami. Nad brzegiem rzeki, pod murami, z hukiem płonęły ogromne stosy. Na ulicach, wszędzie, gdzie zalegał jakiś cień, spoczywali wycieńczeni ludzie, nie zważający na muchy, które obsiadały im twarze. Wszędzie można było spotkać kogoś, kto żebrał o łyk wody.

Ulicami pchano wozy na wielkich kołach i wrzucano na nie ciała tych, którzy umarli z powodu upału albo z pragnienia, bo i to zaczęło się zdarzać. Wrzucano na wozy też zwłoki tych, których znajdowano o wschodzie słońca. Leżących na ulicy, sinych i sztywnych, z poderżniętymi gardłami i wyrwanymi sercami. Tych, którzy złamali jedno z niezliczonych praw Kodeksu Ziemi.

Ciała palono pod murami, żeby nie dopuścić do zarazy. Wokół stosów cały czas koczowały grupy zawodzących kobiet w czarnych zawojach, wyglądających jak kruki. Wszędzie unosił się smród spalenizny i muchy. Miliony much.

Patrzyliśmy na to z Brusem i milczeliśmy. Ojciec nakazał specjalnym edyktem przedstawicielom wszystkich kultów wydawać wodę i żywność oraz otaczać opieką potrzebujących, jednak drzwi większości świątyń były zamknięte. Na odrzwiach i murach świątyń wymalowano sadzą lub ochrą znak Podziemnego Łona.

— Napijmy się czegoś — powiedział Brus. — Choćby miało to kosztować dirhana. Ja stawiam.

Czynną tawernę znaleźliśmy z trudem. Soku palmowego nie było. Siedzieliśmy nad kubkami cienkiego, ciepławego, korzennego piwa i patrzyliśmy na ścianę naprzeciwko, na której nabazgrano węglem „Nadchodzi Ogień Pustyni”.

— Gdyby tylko spadł deszcz — wycedził głucho Brus. — Zwykły deszcz. Najlepiej zaraz. Jeszcze mogłyby się udać drugie letnie żniwa. Wtedy natychmiast zagonilibyśmy tę hołotę w krwawych szmatach z powrotem pod ziemię, gdzie ich miejsce. Razem z Podziemną Suką, ogniami i pustyniami. Miasto by odżyło. Znowu zagrałaby muzyka na placach.

Napił się letniego napoju i skrzywił się.

— Ciągnie zgnilizną. Drań pędzi je na wodzie z rzeki. Jeżeli spadnie porządny deszcz, to wiesz, co zrobię, Ruda Głowo?

— Co, sitar Tendzyn?

— Podaruję ci złotą szeklę, sitar Ardżuk. I sam też zabiorę jedną.

Środkiem ulicy przeszło sześciu żołnierzy. Tymen dziewiętnasty, „Kanadirski”, pomyślałem machinalnie, patrząc na godło na tarczach.

— Co oznacza ten symbol nad godłem „czarnej ręki”, sitar Tendzyn?

— Jaki symbol?

— Ten, który wygląda jak przecinające się półkola.

Brus zacisnął szczęki.

— Sami sobie wymalowali. To „dwa księżyce” — znak Księżycowych Braci. Dwóch tryków Grubej Baby, siedzących przy jej zafajdanym podziemnym tronie. — Ostatnie słowa Brus wyrzekł głośno, jakby prosto w twarz patrolowi. Rozległ się chrzęst i żołnierze zatrzymali się, a potem z łomotem postawili tarcze na ziemi.

— Mówiłeś do nas, kmiotku? — zapytał dowódca i podszedł do naszego stolika. Żołnierze stanęli kręgiem, zasłaniając nas i dowódcę od reszty ulicy.

Brus uśmiechnął się lekko, sięgając pod połę kurty. A potem nagle jego ręka wystrzeliła do przodu, a dwa palce uchwyciły grdykę dowódcy jak szpony. Brus wyjął spod kurtki ciężką, żelazną pieczęć i podsunął tamtemu pod oczy. Żołnierze znieruchomieli. Brus puścił szyję tamtego i uniósł się z zydla.

— Oczyścić tarcze — syknął. — Natychmiast!

— Tak, sitar binhon-pahan — wycharczał dowódca. — To tylko tak, żeby przyjaźniej do mieszkańców...

— Byłeś setnikiem, sitar Tendzyn? — zapytałem, kiedy odeszli.

— Robiłem wiele rzeczy, Arki. Ale ta przed chwilą była naprawdę głupia. Lepiej stąd chodźmy. Przyciągamy uwagę.

Wyprawy do miasta przestały być rozrywką, ubarwiającą monotonię mojego życia. Szczerze mówiąc, wolałbym w ogóle nie oglądać go w takim stanie. Jednak nadal chodziliśmy. Rozmawialiśmy z ludźmi, przechadzaliśmy się po pustawych ulicach, na których słychać było głównie łomot ciężkich, żołnierskich butów. Pod murami nadal płonęły stosy. Ojciec zdołał sprowadzić wielki transport wody barkami rzecznymi i przynajmniej każdy mieszkaniec dostawał dziennie swój skopek wody. Dostarczaliśmy też żywność i wodę do wszystkich świątyń oprócz Czerwonych Wież i nakazaliśmy rozdawać je potrzebującym. Zadbaliśmy, żeby wszyscy się o tym dowiedzieli. Dzięki temu posunięciu szczodrobliwość kapłanów Podziemnej przestała się wyróżniać. Stracono kilku kapłanów, mnichów i żerców, przyłapanych na kradzieży żywności.

Picie mulistej, cuchnącej cieczy z rzeki wywoływało okropne boleści, gorączkę i wzdęcia, które często kończyły się śmiercią, a mimo to codziennie wielu próbowało.

A deszcz nie chciał spaść. Dzień w dzień wstawało rozpalone, buchające żarem słońce i nawet bezchmurne niebo wydawało się jakieś wyblakłe.

Przeczucie nieszczęścia wisiało i nad krajem, i nad Wioską Chmur. W naszej świątyni przez cały dzień słychać było gongi. Nieustannie zanoszono modły do Stworzyciela, Idącego Pod Górę i wszystkich nadaku. Dzień i noc płonęły pęki ofiarnych kadzidełek i wszędzie smętnie wisiały w bezwietrzu modlitewne proporce.

Jedyną jaśniejszą stroną mojego życia wówczas były lekcje, jakich udzielała mi Aiina. Nocami upał wydawał się jeszcze dotkliwszy, do tego nieustannie wisiało nad nami fatum Gniewu Bogini i dzień w dzień dostawaliśmy złe wiadomości. Nawet Wiedzący byli zgodni, że trwająca tak długo susza jest zupełnie nienaturalna. Pośród tego ciągłego przygnębienia oboje szukaliśmy zapomnienia w niekończących się zmaganiach.

Jednak którejś nocy zaskoczyła mnie.

Przyszedłem jak zwykle i wślizgnąłem się z ogrodu prosto do jej sypialni. Aiina siedziała na dywanie w swojej wieczornej sukni, a obok skromnie klęczała smukła, nieznana mi dziewczyna. Trzymała dłonie na kolanach i patrzyła nieruchomo wielkimi, ciemnoszmaragdowymi oczami. Była w moim wieku lub niewiele starsza i miała czerwone włosy jak ja, tylko chyba ciemniejsze.

— To jest Mirah — odezwała się Aiina. — Dzisiejszej nocy zmierzysz się z prawdziwym przeciwnikiem. Czas sprawdzić, czego się nauczyłeś.

— Aiino — zaoponowałem łagodnie. — Mirah jest piękna, ale przecież wcale jej nie znam. Wolę lekcje z tobą.

— Powiedziałam — ucięła. — Takie jest dziś twoje zadanie. To jest umiejętność. Jak jazda konna albo walka. Nie wiesz, jakiego konia przyjdzie ci dosiąść, ani nie będziesz całe życie walczył ze swoim mistrzem wojny. Dziś zmierzysz się z Mirah. I pokonasz ją.

Sięgnęła po cintar i po chwili wydawało się, że nie zwraca na nas najmniejszej uwagi, pochłonięta cichą grą.

Mirah wzięła mnie za rękę i zaprowadziła na podest do łoża Aiiny. A potem opuściła muślinowy baldachim.

— Nie zwracaj na nią uwagi — szepnęła. Miała melodyjny, przyjemny głos. I pięknie pachniała. — I nie słuchaj, co mówi o walce. To nie żadna walka, tylko miłość. Udowodnię ci, że nie ma to nic wspólnego z wojną. Nieważne, czy chciała cię upokorzyć, czy wypróbować. Niech ma, co chciała. Może już się nigdy nie spotkamy, więc możemy dać sobie na pamiątkę trochę szczęścia. Obejmij mnie, panie, i zapomnij o wszystkim, a ja sprawię, żebyś nie zapomniał tej nocy.

1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)