Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:

Bette Robinson pracuje w dziele bankowości inwestycyjnych z pełnym poświęceniem, bo tego oczekuje się od pracowników wielkich korporacji, ale nienawidzi swojego zajęcia, które nie zostawia jej ani chwili na życie towarzyskie. Lubi czytać romanse i z przyjemnością uczestniczy w zebraniach klubu książki, gdzie dziewczyny marzą o wielkiej miłości. W końcu znużona 'wyścigiem szczurów' rezygnuje z posady i zaczyna rozkoszować się pełną wolności. Kurczące się zasoby finansowe zmuszają ja do znalezienia następnej pracy – udaje jej się zatrudnić w modnej agencji public relations. Uczestnictwo w życiu towarzyskim należy tu do obowiązków służbowych.
1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 102
Перейти на страницу:

– W porządku, brzmi nieźle. Po tych historiach, które mi opowiedziałaś, czuję, że muszę ich zobaczyć.

Kiedy zatrzymaliśmy się na podjeździe dzielącym na pół prawie sześć akrów ziemi, na której mieszkali od ćwierć wieku, mama siedziała na ganku na huśtawce, zawinięta w liczne warstwy wełny. Toyota prius z napędem hybrydowym, którą trzymali na nagłe wypadki (często zastanawiałam się, co by sobie pomyśleli, gdyby wiedzieli, jak wiele hollywoodzkich sław nimi jeździ) stała na podjeździe przykryta brezentem, ponieważ w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach wypadków korzystali z rowerów. Rzuciła książkę, którą trzymała w dłoniach odzianych w jednopalczaste rękawiczki (Technika batiku) i wybiegła nam naprzeciw, zanim jeszcze zdążyłam zaparkować.

– Bettina! – zawołała, otwierając drzwi po stronie kierowcy i klaszcząc z podnieceniem. Złapała mnie za ramię i wyciągnęła wprost w swoje objęcia, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy ktokolwiek oprócz mojej matki albo psa będzie kiedykolwiek tak szczęśliwy, że mnie widzi. Stałyśmy tak przez moment nieco dłuższy niż to konieczne i przez tą sekundę nie pamiętałam, jaką niechęcią napawała mnie ta wizyta.

– Cześć, mamo. Świetnie wyglądasz. – I rzeczywiście świetnie wyglądała. Miałyśmy takie same długie, niemożliwe do rozczesania, gęste włosy, ale u niej nabrały pięknego odcienia szarości i dosłownie mieniły się, spływając na plecy, niezmiennie w ten sam sposób, odkąd była nastolatką. Wysoka, szczupła i delikatna, należała do tego typu kobiet, u których tylko stanowczy wyraz twarzy pozwala się domyślać, że nie są tak kruche, na jakie wyglądają. Jak zwykle nie miała żadnego makijażu, a na szyi tylko turkusowy wisiorek w kształcie słońca na cieniutkim srebrnym łańcuszku. – To mój przyjaciel Sammy. Sammy, moja mama.

– Dzień dobry, pani Robinson. Ha, dziwnie to brzmi, prawda? Chociaż pani pewnie jest do tego przyzwyczajona.

– Jestem, oczywiście. „Jezus bardziej kocha mnie niż myślisz”. Tak czy owak, mów mi Anne.

– Bardzo miło z twojej strony, że mnie zaprosiłaś, Anne. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

– Nonsens, Sammy. Wy dwoje jesteście dla nas główną atrakcją wieczoru. A teraz chodźcie do środka, zanim zamarzniecie.

Ruszyliśmy za nią przez proste sosnowe drzwi, najpierw wyciągając kichającą Millington z torby, i mijając staroświecką kuchnię, weszliśmy do małej oranżerii, którą zainstalowali parę lat wcześniej, by „kontemplować naturę, kiedy pogoda odmawia współpracy”. Oranżeria była jedynym nowoczesnym elementem całego wiejskiego domu i ją uwielbiałam. Zupełnie nie pasowała do reszty wystroju w stylu wiejskiej chaty, miała w sobie coś minimalistycznego, coś zen, pasowałaby klimatem do spa w najnowszym hotelu Schragera. Cala z tafli szkła zbiegających się pod ostrym kątem, obrośnięta czerwonolistnymi klonami oraz wszystkimi gatunkami roślin, krzewów i kwiatów, jakie tylko można sobie wyobrazić rosnące w takiej atmosferze. Było tam oczko wodne, nieco większe niż przeszkoda z piaskiem na polu golfowym, z kilkoma pływającymi po nim liliami wodnymi, oraz kilka tekowych szezlongów, na których można było odpocząć. Widok rozciągał się na ogromne, otoczone drzewami podwórko. Mój ojciec sprawdzał testy przy niskim drewnianym stole, oświetlonym chińską papierową latarnią, i wyglądał w miarę dobrze w dżinsach, sandałach Naot i włochatych skarpetach („Nie ma sensu kupować tych niemieckich birkenstocków, skoro w Izraelu robią równie dobre”, zwykł mawiać). Włosy mu nieco posiwiały, ale na mój widok podskoczył żwawo jak zwykle i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku.

– Bettina, Bettina, wracasz do rodzinnego gniazda – zaśpiewał, robiąc ze mną kilka tanecznych figur. Odsunęłam się, nieco zakłopotana, i pocałowałam go szybko w policzek.

– Cześć, tato, chciałabym, żebyś poznał mojego przyjaciela Sammy'ego. Sammy, to mój tata.

Modliłam się, żeby tata zachował się normalnie. Nigdy nie dało się przewidzieć, co powie albo zrobi, zwłaszcza żeby mnie rozśmieszyć. Kiedy rodzice po raz pierwszy od czasu skończenia przez mnie studiów przyjechali z wizytą do miasta, przyprowadziłam na kolację Penelope. Widziała ich już przedtem na ceremonii rozdania dyplomów i kiedyś raz wcześniej – prawdopodobnie w ogóle tego nie pamiętała – ale mój ojciec rzadko o czymkolwiek zapominał. Gdy ich ponownie przedstawiłam, z galanterią pocałował ją w rękę, i powiedział: „Penelope, moja droga, oczywiście, że pamiętam. Poszliśmy razem na kolację i przyprowadziłaś tego miłego chłopca. Jak miał na imię? Adam? Andrew? Zapamiętałem, że był bardzo bystry i wygadany”. Miał kamienną twarz bez śladu wyczuwalnego sarkazmu.

To właśnie był typowy dla ojca subtelny sposób dowcipkowania, wyłącznie na mój użytek. Avery był w czasie tej kolacji tak upalony, że miał kłopoty z odpowiadaniem na proste pytania o kierunek studiów czy rodzinne miasto. Mimo że nie widział Avery'ego ani Penelope całe lata, ojciec nadal dzwonił do mnie, udając fikcyjnego dilera Avery'ego, i pytał sztucznie niskim głosem, czy nie kupiłabym funta „naprawdę dobrego towaru”. Bawiło nas to do łez i tata wyraźnie nie mógł sobie odmówić drobnej aluzji co jakiś czas. Penelope, przyzwyczajona do rodziców niebywających w domu i niemających o niczym pojęcia, na szczęście niczego nie zauważyła i uśmiechnęła się mile. Szczęśliwie ojciec nic nie wiedział o Sammym, więc uznałam, że jesteśmy bezpieczni.

– Miło mi, Sammy. Chodź, usiądź tu i dotrzymaj towarzystwa staremu człowiekowi. Pochodzisz stąd?

Usiedliśmy i ojciec nalał egipskiej herbaty z lukrecji, którą mama parzyła całymi wiadrami, a Sammy starannie ułożył swoje duże ciało na jednej z wielkich, obszytych koralikami poduch, rozłożonych na podłodze wokół stołu. Klapnęłam między nim i mamą, która skrzyżowała nogi po turecku z takim wdziękiem, że zdawała się być dwadzieścia lat młodsza.

– A zatem, jaki jest plan na weekend? – spytałam wesoło.

– Przede wszystkim nie będzie żadnych gości do jutra po południu, więc do tego czasu jesteś wolna. Może wpadniecie zobaczyć, co się dzieje na uniwersytecie? Na pewno jest jeden czy dwa dobre programy – powiedziała mama.

– Studencki zespół baletowy daje jutro poranek z okazji Święta Dziękczynienia. Mógłbym załatwić bilety, jeśli was to interesuje – zaproponował tata. Wykładał ekologię na uniwersytecie Vassar od tak dawna i był tak ukochanym profesorem, że mógł załatwić właściwie wszystko. Mama pracowała w uniwersyteckiej klinice medycznej w dziale zdrowia emocjonalnego, dzieląc swój czas pomiędzy gorącą linię (gwałty, samobójstwa, ogólna depresja) i propagowanie na uniwersytecie bardziej holistycznego podejścia do studenckich problemów (akupunktura, zioła, joga). Byli ulubioną parą Vassar, tak samo jak z pewnością byli ulubioną parą Berkeley przez długi czas w latach sześćdziesiątych.

– Może tam zajrzę, ale zapominacie, że Sammy przyjechał spotkać się ze swoją rodziną – powiedziałam, mając nadzieję, że przekazuję im sygnał ostrzegawczy, że powinni dać spokój. Nabrałam łyżeczką trochę nierafinowanego brązowego cukru i podałam cukiernicę Sammy'emu.

– A skoro o tym mowa, jak tym razem Will usprawiedliwił swoją nieobecność? – nonszalancko zapytała mama.

Sammy zaczął mówić, zanim zdążyłam mu przeszkodzić, nie zdając sobie sprawy, że rodzice dawno temu przejrzeli żałosne historyjki i kłamstwa Willa, a opowiadanie sobie jego nowych, pomysłowych bajeczek stało się ulubioną rozrywką rodzinną. On i mama byli sobie bliscy mimo tego drobnego szczegółu, że ona pozostała nieznośną liberalną hippiską, która odmawiała popierania jakiejkolwiek partii, a on nieznośnym konserwatywnym republikaninem, który tak właśnie sam siebie określał. Mimo to rozmawiali co tydzień i nawet okazywali sobie wiele czułości, kiedy byli razem, chociaż na mój użytek drwili z siebie bezlitośnie.

1 ... 61 62 63 64 65 66 67 68 69 ... 102
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)