Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Tak, cóż, trudno w tym wytrwać. Zwłaszcza jeżeli jest to coś, co ktoś wybrał za ciebie, a nie coś, do czego doszło się samemu.
– To prawda. – Kątem oka widziałam, że skinął głową. – Z tego co słyszę, to ciekawi ludzie.
– Och, nawet nie wiesz jak bardzo. Na szczęście nawet jako hippisi byli wciąż żydowskimi hippisami i niezbyt gorącymi zwolennikami stylu życia opartego na samoumartwieniu. Jak to kiedyś powiedział mój ojciec: „Człowiek żyjący z nędzy nie jest bardziej przekonujący niż ten, który żyje wygodnie – liczą się argumenty, a nie przywileje materialne lub ich brak”.
Przerwał popijanie kawy, odwrócił się i spojrzał na mnie. Czułam jego wzrok na twarzy i wiedziałam, że słucha uważnie.
– Tak, to prawda. Urodziłam się w komunie w Nowym Meksyku, w miejscu, w którego istnienie nie do końca wierzyłam, dopóki w roku dwutysięcznym nie zobaczyłam mapy wyborczej w CNN. Mama uwielbia opowiadać, jak to urodziła mnie w ich „małżeńskim łożu” na oczach wszystkich dzieci żyjących w komunie, które przyprowadzono, aby zobaczyły na własne oczy, jak objawia się cud życia. Bez lekarzy, bez lekarstw, bez sterylnych prześcieradeł – tylko mąż z dyplomem z botaniki, płaczliwa położna, która uczyła technik oddechowych jogi, guru komuny, co chwila coś intonujący, i dwadzieścioro kilkoro dzieci poniżej dwunastego roku życia, które po obejrzeniu tego konkretnego cudu prawdopodobnie zachowały dziewictwo co najmniej do trzydziestki.
Nie wiem, co kazało mi mówić. Lata całe nie opowiadałam nikomu tej historii – ostatnio prawdopodobnie zrobiłam to, kiedy Penelope i ja poznałyśmy się podczas tygodnia integracyjnego w Emory. Paliłyśmy trawkę w krzakach przy kortach tenisowych, ona przyznała, że jej ojciec lepiej znał pracowników w biurze niż własną rodzinę i do piątego roku życia myślała, że jej matką jest czarnoskóra niania. Uznałam, że pocieszę ją, wykazując, jak normalni byli jej rodzice. Śmiałyśmy się tamtej nocy przez całe godziny, rozciągnięte na trawie, upalone i szczęśliwe. Chociaż przedstawiałam rodzicom moich chłopaków, z żadnym z nich nigdy nie rozmawiałam w ten sposób. W Sam-mym było coś takiego, że chciało mu się o wszystkim opowiedzieć.
– To niesamowite. Jak długo tam mieszkaliście? Pamiętasz to?
– Mieszkali tam tylko do czasu, gdy skończyłam dwa lata, mniej więcej, po czym przeprowadzili się do Poughkeepsie, bo dostali pracę w Vassar. Ale to stamtąd wzięło się moje imię. Najpierw chcieli mnie nazwać Soledad, na cześć więzienia w Kalifornii, w którym przetrzymywano demonstrantów z Berkeley, potem ich szaman czy ktoś taki zaproponował imię Bettina, po Bettinie Aptheker, jedynej kobiecie, która była członkiem Komitetu Kierowniczego Ruchu Wolności Słowa z Berkeley. Odmówiłam reagowania na cokolwiek innego niż Bette w wieku dwunastu lat, kiedy The Wind Beneath My Wings było przebojem, a Bette Midler zyskała autentyczną popularność. Kiedy już zdałam sobie sprawę, że przyjęłam imię po rudej wykonawczyni rzewnych przebojów z listy Top Forty, było za późno. Wszyscy się tak do mnie zwracają, oczywiście oprócz rodziców.
– Rany. Brzmi interesująco. Chciałbym ich poznać.
Nie za bardzo wiedziałam, jak na to zareagować – oświadczenie, że to jego przyszli teściowie mogłoby zabrzmieć nieco szokująco – więc spytałam o jego rodziców. Kiedy przywoływałam w myślach Sammy'ego z czasów liceum, nic mi nie przychodziło do głowy i zdałam sobie sprawę, że nie wiem zupełnie nic o jego życiu rodzinnym.
– A u ciebie? Jakieś soczyste szczegóły czy są po prostu normalni?
– Wiesz, powiedzieć, że są normalni, to może pewna przesada. Mama zmarła, kiedy miałem sześć lat. Rak piersi.
Otworzyłam usta, żeby przeprosić, wymamrotać coś bezużytecznego i banalnego, ale mi przerwał.
– Brzmi naprawdę okropnie, ale tak szczerze mówiąc, byłem za mały, żeby to zapamiętać. Dziwnie było dorastać bez mamy, ale na pewno trudniej przyszło to mojej starszej siostrze, poza tym tata był naprawdę świetny.
– Czy teraz wszystko u niego w porządku? Wspominałeś coś, że źle się czuje.
– Nie, jest zdrowy. Myślę, że po prostu samotny. Od lat spotykał się z pewną kobietą i nie do końca wiem, co się właściwie stało, ale ona wyprowadziła się parę miesięcy temu do Karoliny Południowej, a ojciec niezbyt dobrze to zniósł. Pomyślałem, że moja wizyta dobrze mu zrobi.
– A twoja siostra? Co u niej?
– Ma trzydzieści trzy lata. Zamężna, pięcioro dzieci. Pięcioro dzieci – czterech chłopców i dziewczynka – wyobrażasz to sobie? Zaczęła zaraz po liceum. Mieszka w Fishkill, więc mogłaby często widywać ojca, ale jej mąż to trochę kutasina, a ona jest zajęta, bo chodzi do szkoły pielęgniarskiej, więc…
– Utrzymujecie bliski kontakt? – Dziwnie było patrzeć, jak to wszystko nabiera kształtu, cały jego świat, o którego istnieniu nie wiedziałam, którego istnienia nigdy bym się nie domyśliła, patrząc jak co noc w Bungalowie poklepuje po plecach różnych ważniaków i pretendentów do tytułu ważniaka.
Wyglądało na to, że zastanawia się nad czymś przez chwilę, kiedy otwierał puszkę coli, którą wyjął z plecaka. Najpierw zaproponował mi łyk, dopiero potem sam wypił.
– Bliski? Nie wiem, czy tak bym to ujął. Myślę, że ma do mnie żal, bo wyjechałem z domu na studia, kiedy już miała jedno dziecko i spodziewała się drugiego. Często robi uwagi w stylu, jak to stanowię sens życia naszego ojca i przynajmniej jedno z nas ma szansę, żeby ojciec był z niego dumny… Wiesz, tego typu rzeczy. Ale to dobra dziewczyna. Chryste, zacząłem się wywnętrzać, przepraszam.
Zanim zdążyłam coś powiedzieć, zapewnić go, że nie szkodzi, uwielbiam słuchać, jak mówi absolutnie o wszystkim, zaczął się Whitesnake i Sammy znowu się zaśmiał.
– Ty tak na serio z tą muzyką? Jak możesz słuchać takiej chały?
Po tym rozmowa toczyła się lekko – po prostu pogawędka o muzyce, filmach i dziwacznych ludziach, z którymi oboje mieliśmy do czynienia przez całe dnie. Uważał, żeby nie wspomnieć Philipa, a ja odwdzięczyłam się, omijając z daleka jego dziewczynę. Poza tym rozmawialiśmy, jakbyśmy znali się całe wieki. Kiedy zdałam sobie sprawę, że do miasta mamy już tylko pół godziny, zadzwoniłam do rodziców uprzedzić, że tylko kogoś podwiozę i zaraz będę.
– Bettino, nie bądź śmieszna. Oczywiście, że przyprowadzisz go na kolację! – Moja matka niemal wrzasnęła do słuchawki.
– Mamo, jestem pewna, że chce jechać do domu. Przyjechał spotkać się ze swoją rodziną, nie z moją.
– Ale koniecznie przekaż zaproszenie. Nigdy nie poznajemy żadnego z twoich przyjaciół, a to by naprawdę uszczęśliwiło twojego ojca. I, oczywiście, będzie bardzo mile widziany na jutrzejszym przyjęciu. Wszystko już przygotowane i zapięte na ostatni guzik.
Przyrzekłam przekazać tę informację i się rozłączyłam.
– O co chodziło? – zapytał.
– Och, mama chce, żebyś wstąpił na późną kolację, ale powiedziałam, że prawdopodobnie będziesz chciał jechać do domu, do swojego taty. Poza tym to, co podają jako jedzenie, jest naprawdę odrażające.
– Właściwie, jeżeli nie masz nic przeciw temu, byłoby miło. Staruszek i tak spodziewa się mnie dopiero jutro. Poza tym, może mógłbym pomóc w kuchni, nieco uzdatnić wasze tofu do spożycia. – Powiedział to niezobowiązująco, starał się mówić obojętnie, ale wyczułam (modliłam się, miałam nadzieję, pragnęłam), że było w tym coś więcej.
– Hmm, no dobrze – starałam się wypaść neutralnie. – To znaczy, jeżeli chcesz, byłoby wspaniale.
– Na pewno?
– Zdecydowanie. Przyrzekam, nie będę cię tam trzymała dłużej niż to absolutnie konieczne. I tak będzie to czas wystarczająco długi, żeby spróbowali nawrócić cię na wegetarianizm, ale mam nadzieję, że da się to znieść. A potem podwiozę cię do domu. – Niezręczny moment minął. Byłam zachwycona, I trochę przerażona.