Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
18
Nie dość, że samolot Jaya-Z przyleciał punktualnie, ba, nawet parę minut przed czasem, to jeszcze on sam okazał się być uprzejmy i uważny. Przyszli prawie wszyscy, którzy potwierdzili udział w imprezie i, cud nad cudami, ci, którzy zjawili się pod drzwiami w ostatniej chwili, bez uprzedzenia, to byli wyłącznie ludzie, których i tak chcielibyśmy widzieć. Pan Kroner spędził cały wieczór przy stole ze swoimi współpracownikami, a my dbaliśmy, żeby niewielki znaczek REZERWACJA był dobrze widoczny i żeby do stolika nieprzerwanym strumieniem podchodziły przywitać się ładne dziewczęta.
Najbardziej zaskoczona – przyjemnie zaskoczona – byłam Philipem. Bałam się, że po pijanemu zrobi coś, co skompromituje mnie albo firmę, ale zachował szeroko rozumianą wstrzemięźliwość i nawet nie wsadził nosa w żaden dekolt, w każdym razie nie w obecności fotografów, a w końcu tylko to się liczy. Na tysiąc sposobów starałam się go uczulić, że jako gospodarz musi być uprzejmy dla wszystkich, ale moje obawy okazały się całkowicie nieuzasadnione. Od chwili kiedy minął frontowe drzwi, sprawował się znakomicie. Krążył między grupami zebranych, ściskał dłonie i z powagą kiwał głową przy typach korporacyjnych, zamawiał kolejki dla bankierów, i miniaturowego szampana dla modelek oraz poklepywał po plecach znane osobistości z iście clintonowskim urokiem. Przechadzał się, uśmiechał i bez wysiłku prowadził konwersację, a ja patrzyłam jak mężczyźni i kobiety w jednakowym stopniu ulegają jego czarowi. Od razu stało się jasne, dlaczego zajmowała się nim plotkarska prasa, a kobiety omdlewały, kiedy zwrócił na nie uwagę. Gawędzenie, żartowanie i słuchanie przychodziło mu z taką łatwością, że kiedy był w pobliżu, ludzie mieli wrażenie, że wszystko i wszyscy oprócz Philipa Westona zostało wyciszone. Goście rozpływali się w jego obecności i sama zauważyłam, że doładowuję się jego energią. Nie mogłam zaprzeczyć, że w jakiś dziwaczny sposób mnie pociąga.
Groźba katastrofy pojawiła się, kiedy odwołano lot z Londynu, którym miała przylecieć Samantha Ronson, i zostaliśmy bez didżeja. Dokładnie w tej samej chwili odebrałam telefon od rzecznika prasowego Jake'a Gyllenhaala z pytaniem, czy da się go umieścić na liście VIP-ów. Właśnie przeczytałam artykuł o didżejach amatorach i poprosiłam Jake'a oraz kilka innych znanych osobistości, które potwierdziły przybycie, o przyniesienie swoich iPodów i prowadzenie imprezy, po godzinie każdy, po dwudziestominutowym występie Jaya-Z. Wypadło to znakomicie – każda ze sław przyniosła iPoda pełnego ulubionych kawałków, a wszyscy „zwykli” goście byli zachwyceni, że mogą się dowiedzieć, jaki jest ulubiony utwór taneczny Jerry'ego Seinfelda. Wszystko poszło gładko. Nie było żadnej szarpaniny przy torbach z upominkami, żadnych przepychanek przy drzwiach, w zasadzie żadnych niepożądanych wydarzeń, które mogłyby utrudnić przekazanie następującego komunikatu: wszyscy młodzi, modni i atrakcyjni mieszkańcy wielkiego miasta bawią się na imprezie BlackBerry, co musi oznaczać, że sam BlackBerry jest młody, modny, atrakcyjny i światowy. Dlatego ty – kimkolwiek jesteś i gdziekolwiek czytasz o tej wspaniałej imprezie – musisz go posiadać, żebyś także mógł być młody, modny, atrakcyjny i światowy.
W sumie był to pełny sukces. Kelly szczęśliwa, klient zachwycony (mimo że nieco zgorszony i niebywale skacowany – najwyraźniej pan Kroner nie był przyzwyczajony do tak entuzjastycznego picia, jak to, które miało miejsce przez cały wieczór), a fotografowie pstrykali, pstrykali, pstrykali prawie każdą sławę, którą nasz krążący po sali zespół stażystów i koordynatorów dosłownie wpychał im pod nos. Do tego dochodził wpływ, jaki ten wieczór wywarł na moje życie uczuciowe.
Kiedy impreza miała się już ku końcowi, wymknęłam się na zewnątrz pod zwykłym pretekstem, czyli po papierosa. Znalazłam Sammy'ego czytającego kolejną sfatygowaną książkę w wydaniu kieszonkowym, tym razem Koniec Empire Falls Richarda Russo.
– Jak się bawisz? – spytał, zapalając mi papierosa. Złożyłam ręce wokół jego zapalniczki, żeby osłonić płomień od wiatru, i poczułam nagły łopot w piersiach, kiedy nasze dłonie się zetknęły. Czy była to żądza, miłość, czy tylko wczesny objaw raka płuc? W tamtej chwili nie wydawało się to ważne.
– To szokujące, ale tak – zaśmiałam się, nagle czując, że wszystko jest dobrze i jak trzeba. – Gdybyś powiedział mi parę miesięcy temu, że zaplanuję imprezę w Bungalowie, na której ma wystąpić Jay-Z, pomyślałabym, że jesteś na prochach. Nienawidziłam bankowości. Chyba zapomniałam, jakie to uczucie, kiedy chcesz coś zrobić porządnie.
– Najwyraźniej robisz to bardzo porządnie. Wszyscy o tobie mówią.
– Mówią o mnie? Nie jestem pewna, czy mi się to podoba.
Odwrócił się, żeby sprawdzić na liście nazwiska kilku dziewczyn, po czym je wpuścił.
– Nie, nie, same dobre rzeczy. Po prostu, że dobrze to rozpracowałaś i umiesz wszystko złożyć do kupy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio była tu impreza, która poszłaby tak sprawnie.
– Naprawdę? – Część mnie wiedziała, że cała ta rozmowa jest kompletnie niedorzeczna, rozmawialiśmy przecież o organizacji imprez, ale i tak miło było to usłyszeć.
– Oczywiście. Pytanie tylko, czy to lubisz?
– Cóż, lubisz to bardzo mocne słowo, w każdym kontekście, nie uważasz? – Zaśmiał się i musiałam siłą wepchnąć ręce do kieszeni żakietu, żeby nie dotknąć jego twarzy. – Nie przypomina w niczym Korpusu Pokoju, to na pewno, ale na razie wystarczy.
Jego twarz niemal natychmiast się zachmurzyła.
– Taaa – to było wszystko, co zdołał powiedzieć.
– Co robisz w Święto Dziękczynienia? – wypaliłam, nie zdając sobie sprawy, że może to zabrzmieć, jakbym proponowała mu randkę, podczas gdy naprawdę chciałam tylko zmienić temat. – Idziesz dokądś ze swoją dziewczyną? – dodałam od niechcenia, chcąc pokazać, że orientuję się w sytuacji.
Znów spojrzał na mnie z zakłopotaniem i drgnął niespokojnie, wysyłając oczywisty sygnał: najwyraźniej przekroczyłam granicę.
– Ja, eee, nie miałam na myśli nic…
– Nie, nie, w porządku – uciął, opierając się plecami o drzwi, jakby zakręciło mu się w głowie. – Po prostu jest to, wiesz, trochę skomplikowane. Długa historia. W każdym razie na ten weekend jadę do domu. Mój stary niezbyt dobrze się czuje, a nie byłem tam już ze dwa miesiące.
– Do domu, czyli dokąd?
Popatrzył na mnie z zaciekawieniem, jakby starał się czytać w mojej twarzy, po czym powiedział cicho:
– Poughkeepsie.
Gdyby oznajmił, że urodził się i wychował w Laosie, nie byłabym bardziej zaszokowana. Chciał mi dokuczyć? Żartował? Dowiedział się w jakiś sposób, że stamtąd pochodzę, jadę do domu na weekend i uznał, że to zabawne? Szybkie spojrzenie na jego twarz – uśmiechał się słodko i obserwował, jak się zastanawiam – wskazywało, że nie.
– Poughkeepsie w stanie Nowy Jork? – Tylko na tyle było mnie stać.
– Jedyne w swoim rodzaju.
– To wariactwo. Ja stamtąd pochodzę…
– Tak, wiem. Po prostu nie wiedziałem, czy ty wiesz. Pamiętam cię – powiedział miękko, patrząc na drugą stronę Dwudziestej Siódmej Ulicy, ale, o ile mogłam się zorientować, nie przyglądając się niczemu konkretnemu.
No i oczywiście wszystko sobie przypomniałam. Nie żebym miała dużo wskazówek, ale zawsze odnosiłam niejasne wrażenie, że wygląda jakoś znajomo. Kiedyś staliśmy tu i żartował, że jedna z dziewczyn, która właśnie weszła do środka, powinna wziąć lekcje hippisowskiego stylu, bo jej powłóczysty kaftan jest zupełnie nie taki jak trzeba, i że powinna pojechać w głąb stanu uczyć się od zawodowców. Tego dnia w Starbucks, kiedy przejechał dłonią po włosach, przysięgłabym, że już to gdzieś widziałam, ale nie skojarzyłam gdzie. Pierwszej nocy, na zaręczynowej imprezie Penelope, kiedy nie chciał mnie wpuścić i nie mogłam pozbyć się wrażenia, że mi się przypatruje, jakby czekając, aż coś powiem. Teraz wszystko stało się oczywiste. Samuel Stevens, chłopak z liceum, zbyt przystojny, żeby mu to mogło wyjść na dobre. Chłopak, o którym wszyscy myśleli, że jest gejem, bo był duży, piękny i nie uprawiał żadnego sportu. Zamiast tego trzymał się na uboczu i pracował w kilku znanych miejscowych restauracjach. Chłopak, który robił wrażenie zarozumiałego i aroganckiego, bo jako nastolatki nie potrafiliśmy zrozumieć, że to ktoś nieśmiały, samotnik, ktoś, kto nie czuje się dobrze w żadnej grupie rówieśników. Chłopak, który siedział na przeciwległym końcu stołu na zajęciach praktycznych, zawsze bardzo skupiony na drewnianych tacach lub automatach do gumy do żucia, które uczyliśmy się robić, i nigdy nie flirtował, nie gadał, nie spał i nie szeptał z nikim przy stole. Chłopak, w którym powinny kochać się wszystkie dziewczyny, a którego wszystkie nienawidziły, bo był poza ich zasięgiem, zawsze patrząc w przyszłość, poza śmieszny świat liceum i hierarchii społecznych, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że istnieją inni ludzie. Wykonałam szybkie obliczenia i zdałam sobie sprawę, że nie widziałam go od niemal dwunastu lat. Byłam w pierwszej, a on w ostatniej klasie, kiedy chodziliśmy na te same zajęcia praktyczne – obróbkę drewna, o ile pamiętam – zanim zdał maturę i znikł bez śladu.