Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Zajęcia praktyczne z panem Mertzem, rok dziewięćdziesiąty pierwszy, zgadza się?
Skinął głową.
– Boże drogi, dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś? – spytałam, wyciągając następnego papierosa. Poczęstowałam go, wziął papierosa, zapalił najpierw mnie, potem sobie.
– Nie wiem, może i trzeba było. Zorientowałem się, że ty nie wiesz i jakoś dziwnie wyszło, że nie powiedziałem czegoś od razu, a potem upłynęło już za dużo czasu. Ale pamiętam, jak wszyscy coś szlifowali papierem ściernym albo dłutowali, a ty zawsze pisałaś – wyglądało, że listy – linijka po linijce, strona po stronie. Zawsze się zastanawiałem, jak ktoś może mieć tak dużo do powiedzenia. Kim był szczęśliwy wybranek?
Już prawie zapomniałam o tym pisaniu listów. Nie napisałam takiego listu od lat. Teraz było łatwiej, kiedy nie słyszałam głosu rodziców pytających, co dziś zrobiłam dla świata. Nauczyli mnie, jak się pisze listy, kiedy byłam dość duża, żeby formułować całe zdania, i wtedy zakochałam się w idei poprawiania świata za pomocą pióra, papieru i znaczka. Pisałam do kongresmanów, senatorów, prezesów, lobbystów, organizacji zajmujących się ochroną środowiska oraz, od czasu do czasu, do prezydenta. Każdego wieczoru przy kolacji omawialiśmy jakąś wielką niesprawiedliwość i następnego dnia pisałam list, informując kogoś o moim oburzeniu karą śmierci albo wycinaniem lasów, uzależnieniem od importu ropy naftowej, antykoncepcją dla nastolatków czy restrykcyjnymi ustawami imigracyjnymi. Kapało z nich zarozumialstwo i faktycznie były to ohydne, zadufane w sobie epistoły, ale rodzice nie szczędzili mi pochwał, więc nie mogłam przestać. Stały się rzadsze pod koniec liceum, ale dopiero kiedy jakiś facet, z którym się prowadzałam na pierwszym roku studiów, wziął jeden z nich z mojego biurka i powiedział coś o tym, jakie to słodkie, że próbują uratować świat, dopiero wtedy przestałam je pisać. Nie chodziło o to, co powiedział, po prostu przyszedł ten moment. Styl życia rodziców stawał się dla mnie coraz mniej atrakcyjny. Cholernie szybko porzuciłam osobowość alternatywnej dziwaczki, która pragnie ratować świat, na rzecz o wiele bardziej normalnego studenckiego życia towarzyskiego. Czasem zastanawiałam się, czy to odrzucenie to nie było nieco zbyt gruntowne. Zapewne istniał jakiś złoty środek, ale bankowość czy – powiedzmy to sobie szczerze – organizacja imprez nie kierowały mnie bynajmniej z powrotem na drogą działań bezinteresownych.
Zdałam sobie sprawę, że Sammy przygląda mi się z uwagą, kiedy wspominałam tamte czasy, i stwierdziłam:
– Wybranek? Ach, nie były pisane do chłopaka ani nic w tym rodzaju. Mężczyznom niespecjalnie podobał się typ „dredy i espadryle”, który wówczas reprezentowałam. To były po prostu, wiesz, listy do… no wiesz, nic specjalnego.
– Cóż, ja zawsze uważałem, że jesteś wyjątkowo urocza.
Poczułam, że się rumienię.
Z jakiegoś powodu ucieszyło mnie to bardziej, niż gdyby obwieścił mi dozgonną miłość, ale nie miałam czasu, żeby się tym napawać, ponieważ moja komórka jękiem zasygnalizowała nadejście rozpaczliwego SMS-a.
„Laleczko, gdzie ty? Potrzebny cristal natychmiast”.
Nie byłam w stanie pojąć, dlaczego Philip nie mógł po prostu zwrócić się do jednego z kilkudziesięciu modeli/kelnerów krążących w pobliżu, ale wiedziałam, że powinnam wracać do środka i zorientować się, co i jak.
– Słuchaj, muszę wracać, żeby sprawdzić, czy wszyscy są wystarczająco pijani, żeby się dobrze bawić, ale nie na tyle zalani, żeby zrobić coś głupiego, i tak się zastanawiam, chcesz, żeby cię jutro podwieźć do domu?
– Do domu? Do Poughkeepsie? Jedziesz tam?
– Jak mogłabym opuścić Święto Plonów.
– Święto Plonów? – Kolejny raz przerwał, żeby podnieść aksamitny sznur, tym razem wpuszczając parę, która ledwo szła, ale zachowała wystarczającą sprawność, żeby się obmacywać.
– Nie pytaj. To coś, co rodzice organizują w każde Święto Dziękczynienia, moja obecność jest obowiązkowa. Jestem pewna, że wujek się wykręci, zawsze wymyśla jakieś nagłe zobowiązania, które wypadają w ostatniej chwili, ale pożyczy mi samochód. Z przyjemnością cię podwiozę – zapewniłam, modląc się gorączkowo, żeby nie tylko się zgodził, ale by jego starzejąca się „druga połowa” nie została uwzględniona w tym równaniu.
– Hm, dobrze. To znaczy, jeżeli ci to nie przeszkadza, byłoby świetnie. Zamierzałem jechać autobusem w czwartek rano.
– Chciałam wyruszyć jutro po pracy, więc gdybyś mógł jechać w środę zamiast w czwartek, z przyjemnością pojadę w towarzystwie. Zawsze mam ochotę zjechać z drogi w pole gdzieś na wysokości Peekskill. – W duchu biłam sobie brawo, udało mi się w końcu normalnie porozmawiać z tym chłopakiem.
– Tak, byłoby bardzo miło – powiedział, wyglądając na zadowolonego. Oczywiście, też byłabym zadowolona, unikając czterogodzinnej męki w autobusie Greyhounda na trasie, która normalnie zajmuje dwie godziny.
– Świetnie. Może spotkamy się u mojego wujka, powiedzmy, około szóstej? Mieszka na Central Park West, północno-zachodni róg Osiemdziesiątej Ósmej Ulicy. Może być?
Zdążył tylko powiedzieć, że z przyjemnością, bo w tym momencie Philip zmaterializował się na zewnątrz i dosłownie wciągnął mnie do środka. Niespecjalnie mi to przeszkadzało, biorąc pod uwagę, co czekało na mnie nazajutrz. Krążyłam uszczęśliwiona po sali, odbierałam komplementy od wszystkich pracowników i przysłuchiwałam się rozmowom gości, jakie „świetne widowisko” zorganizowaliśmy tego wieczoru. Kiedy koło drugiej tempo imprezy zaczęło zwalniać, udałam kolejny ból głowy, a Philip dosyć chętnie został sam z Leo i butelką cristala. W domu zwinęłam się w kłębek ze slim jimem i nowiutkim harlequinem. To był najbardziej perfekcyjny wieczór, jaki mogłam sobie przypomnieć.
19
Czekając na Sammy'ego w holu budynku Willa, z trudem opanowywałam podniecenie. Cały ten dzień ciągnął się w nieskończoność. I to mimo iż Kelly postawiła śniadanie dla całego biura, by uczcić sukces poprzedniego wieczoru, oraz zaprosiła mnie do swojego tropikalnego matecznika i oznajmiła, jak bardzo jest pod wrażeniem i w związku z tym oficjalnie mianuje mnie „drugą po Bogu” przy imprezie „Playboya”, a podlegać będę bezpośrednio jej. Kiedy zostało to ogłoszone, twarz Elisy stężała – pracowała w firmie o półtora roku dłużej i najwyraźniej oczekiwała, że będzie nadzorowała najważniejszą imprezę sezonu. Jednak po kilku stwierdzeniach, że z przyjemnością da „komuś innemu” szansę organizowania czegoś, co niechybnie skończy się totalnym chaosem, przybrała szczęśliwy wyraz twarzy i zaproponowała drinki, aby to uczcić. Nawet gazety i portale internetowe, które nie były obecne na imprezie, rozpisywały się na temat „tłumów sław i ludzi z towarzystwa”, którzy przyszli fetować „najmodniejszy wielkomiejski gadżet”. Ledwie zauważyłam, kiedy bezpośrednio z biura pana Kronera przyszła paczka zawierająca taką liczbę palmtopów BlackBerry, że można by wyposażyć cały sklep, dołączony liścik napisano zaś w tak entuzjastycznym tonie, że wprawił mnie w zakłopotanie. Prawie nie zauważyłam paru linijek w „Nowojorskiej Bombie” obwieszczających, jak to widziano mnie zapłakaną, kiedy Philip obściskiwał się z urodzoną w Nigerii gwiazdą oper mydlanych, i zupełnie mnie nie obeszło, kiedy Elisa wyznała, że „przypadkiem” została podwieziona przez Philipa vespą, bo „była taka pijana, że ona i Davide się pokłócili, ale że nic – nic, przysięgam na wszystko – nie zaszło”. Nie, żadnego z tych wydarzeń nawet nie zarejestrowałam, ponieważ żadne z nich nie mogło sprawić, by minuty stały się krótsze, ani szybciej umieścić mnie w samochodzie z Sammym. Kiedy wszedł do holu w wytartych dżinsach i obcisłym swetrze, z workiem marynarskim na ramieniu, nie wiedziałam, czy będę w stanie utrzymać wzrok na drodze na tyle długo, żeby dać radę wywieźć nas z miasta.