Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Sammy zabrał głos:
– Czy nie chodziło o coś z pracą Simona? – zwrócił się do mnie. – W ostatniej chwili zadzwonili do Simona z filharmonii, żeby zastąpił chorego muzyka. Nie miał właściwie wyboru. Nie mógł odmówić. – Nie dał mi szansy, żebym coś poplątała. Był lojalny, trzeba mu to oddać.
Mama uśmiechnęła się najpierw do mnie, potem do ojca.
– Czyżby? Zdawało mi się, że mówił coś o nagłym spotkaniu ze swoim prawnikiem w jego biurze w New Jersey.
Sammy zaczerwienił się, przekonany, że jednak coś poplątał. Czas na interwencję.
– Oni wiedzą, że Simon nikogo nie zastępuje, Sammy, i wiedzą, że ty to wiesz. Nie przejmuj się, nikogo nie zdradziłeś.
– Nie przejmuj się, Sammy. Po prostu znam mojego kochanego brata zbyt dobrze, żeby wierzyć w te jego bajki. Dokąd się wybierają? Miami? Bahamy?
– Key West – mruknęłam, dolewając wszystkim herbaty.
– Wygrałaś – przyznał ojciec. – Twoja matka przypuszczała, że odwoła w ostatniej chwili i zwali winę na Simona. Szczerze mówiąc, jestem zachwycony, że wzniósł się ponad tę starą wyświechtaną wymówkę o pilnym terminie. – Roześmieli się oboje.
– Dobrze, lepiej zajmę się kolacją – stwierdziła mama. – Pojechałam dziś na rynek i kupiłam wszystkie zimowe specjały.
– Mogę pomóc? – zapytał Sammy. – Przynajmniej tyle mogę zrobić po tym, jak próbowałem was okłamać. Poza tym już dawno nie byłem w domowej kuchni. Będzie to dla mnie prawdziwa przyjemność.
Rodzice spojrzeli na niego zaciekawieni.
– Sammy jest szefem kuchni – wyjaśniłam. – Studiował w Amerykańskim Instytucie Kulinarnym i zamierza w przyszłości otworzyć własną restaurację.
– Naprawdę? To bardzo interesujące. Czy w tej chwili gotujesz gdzieś w mieście? – zainteresował się ojciec.
Sammy uśmiechnął się nieśmiało, spuścił wzrok i powiedział:
– Właśnie parę miesięcy temu zacząłem przygotowywać niedzielny brunch w Gramercy Tavem. Poważna klientela. To ciekawe doświadczenie.
Poczułam dreszcz. Kim ten facet jest?
– W takim razie chodź ze mną. Potrafisz zrobić coś ciekawego z cukinii? – spytała mama, biorąc go pod ramię, kiedy tylko podniósł się z podłogowych poduszek.
W ciągu kilku minut Sammy znalazł się przy kuchence, a mama siedziała cicho przy stole, patrzyła zadziwiona i nie próbowała nawet ukryć zachwytu.
– Co przygotowujesz? – spytałam, kiedy odcedził makaron, po czym skropił go oliwą z oliwek. Wytarł ręce w fartuch, w który zaopatrzyła go mama (z napisem W AKCEPTACJI JEST SPOKÓJ) i spojrzał, oceniając postępy w przygotowaniach.
– No cóż, pomyślałem, że zacznę od sałatki makaronowej z pieczonymi marchewkami, ogórkami i orzeszkami piniowymi, i może przystawki z cukinii. Twoja mama wspominała, że planowała jako danie główne coś zwykłego, więc pomyślałem, żeby przygotować kanapki z ciecierzycą w sosie curry na focaccii, a do tego nadziewane czerwone papryki z ryżem, cskariolą i fasolką garbanzo. Co wszyscy sądzą o pieczonych jabłkach ze świeżo ubitą śmietaną i tym oto sorbetem na deser? Muszę powiedzieć, pani Robinson, że wybrała pani fantastyczne składniki.
– O rany, mamo, co właściwie chciałaś ugotować? – spytałam, delektując się wyrazami twarzy ich obojga.
– Zapiekankę – mruknęła mama, nie odrywając wzroku od Sammy'ego. – Po prostu chciałam wrzucić to wszystko razem i zapiekać przez parę minut.
– To też brzmi świetnie – natychmiast stwierdził Sam-my. – Z przyjemnością to właśnie przygotuję, jeśli tak państwo wolicie.
– Nie! – wykrzyknęliśmy jednocześnie z tatą. – Proszę cię, Sammy, nie przerywaj. To będzie dla nas prawdziwa gratka – oznajmił tata, klepiąc go po ramieniu i próbując pastę z ciecierzycy.
Kolacja była oczywiście niesamowita, tak dobra, że nie zrobiłam żadnej złośliwej uwagi na temat braku mięsa czy nadmiaru organicznej żywności, ale głównie dlatego, że w ogóle niczego nie zauważyłam. Wszystkie moje obawy co do niezręcznej sytuacji, że Sammy siedzi przy stole z moimi rodzicami, ulotniły się, kiedy skończyliśmy sałatkę makaronową, a Sammy dosłownie promieniał od nieustannych pochwał, którymi go obsypywaliśmy, zrobił się taki rozmowny i szczęśliwy. Nigdy go przedtem takim nie widziałam. Zanim się zorientowałam, co się dzieje, już sprzątałam ze stołu, a rodzice zabrali go z powrotem do oranżerii i pokazywali mu moje okropne zdjęcia jako nagiego niemowlęcia w kąpieli oraz wszystkie rzeczy, które jakoby osiągnęłam w życiu, a które kompletnie nie obchodzą nikogo oprócz ludzi, którzy to życie komuś dali. Była już prawie północ, kiedy rodzice w końcu ogłosili, że idą się położyć.
– Wy dwoje jak najbardziej możecie zostać, ale twój ociec i ja musimy już iść spać – obwieściła mama, gasząc ostatni niedopałek goździkowego papierosa, przyjemności, którą sobie fundowali, kiedy byli w świątecznym nastroju. – Jutro wielki dzień. – Wyciągnęła rękę do ojca, który ujął ją z uśmiechem. – Miło było cię poznać, Sammy. Po prostu uwielbiamy poznawać przyjaciół Bette.
Sammy zerwał się z miejsca.
– Mnie również miło było was poznać. Dziękuję za gościnę. I powodzenia na jutrzejszym przyjęciu. Zapowiada się wspaniale.
– Tak, no cóż, to tradycja i mamy nadzieję, że i ciebie tam spotkamy. Dobranoc – powiedział ojciec wesoło, wchodząc w ślad za mamą do domu, ale najpierw nachylając się i szepcząc Sammy'emu gorące podziękowania za zapewnienie mu jadalnego posiłku.
– Są świetni – stwierdził cicho Sammy, kiedy drzwi się zamknęły. – Po tym, jak ich opisałaś, naprawdę spodziewałem się cyrkowych dziwaków. Tymczasem są najnormalniejsi w świecie.
– Tak, no cóż, wszystko chyba zależy od tego, jak zdefiniujemy normalność. Gotowy?
– Tak, oczywiście. Jeżeli ty jesteś gotowa.
– Pewnie chciałbyś pojechać do domu, ale jeżeli masz ochotę, chętnie się jeszcze pokręcę.
Wyglądało na to, że się zastanawia, po czym zapytał:
– Może byśmy wpadli do Starlight?
Sprawa przesądzona: jest idealny.
– Świetny pomysł. To najlepsza knajpka na świecie. Uwielbiasz ją tak samo jak ja?
– Bardziej. Chodziłem tam w liceum, sam, jeśli możesz sobie w ogóle wyobrazić takie upokorzenie. Siadywałem tam po prostu z książką czy czasopismem nad filiżanką kawy. Byłem zdruzgotany, kiedy odeszła stamtąd pierwsza dama z brodawkami.
Starlight stanowiło epicentrum naszego licealnego życia towarzyskiego, było miejscem, w którym jako nastolatka spędzałam większość czasu, przesiadując z przyjaciółkami, które tak jak ja nie były ani dość ładne, ani modne, żeby zaliczać się do osób popularnych, ale nadal z pewnością górowały nad durniami i ofermami (głównie przerażająco aspołecznymi typami matematycznymi i komputerowymi), które to ofiary niechętnie, ale zajmowały szczeble drabiny społecznej pod nami. Hierarchia społeczna była tam ściśle przestrzegana – modna młodzież okupowała część dla palących, poważnie upośledzeni towarzysko grali w gry wideo w dwóch budkach na tyłach, a moje towarzystwo (zbieranina hippisów, alternatywnych punków i osób z ambicjami towarzyskimi, które nie zakwalifikowały się jeszcze do pierwszej ligi) zajmowała kilka stolików i całą przestrzeń w środku. Chłopcy siadywali w jednym boksie, palili i dyskutowali – z dużą swadą i sugerując wielkie znawstwo – czy zrezygnowaliby z miłości francuskiej lub seksu, gdyby ktoś przyłożył im pistolet do głowy, a my, ich lojalne dziewczyny (które nigdy z żadnym z nich nie posunęły się dalej niż do całowania) piłyśmy kawę i analizowałyśmy bardzo szczegółowo, która z dziewczyn w szkole ma najlepsze ubrania, piersi i chłopaka. Starlight stanowiło wersję Central Parku na miarę Poughkeepsie, było tylko trochę bardziej lepkie, ze światłem jarzeniowym, brązowymi winylowymi lożami i obsługą, której każdy pracownik – niewiarygodne! – miał na twarzy brodawkę albo brakowało mu palca. Uwielbiałam to miejsce tak samo, jak czasem ludzie zachowują sentyment do dziecięcego pokoju albo letniska, i wracałam tam jak gołąb pocztowy za każdym razem, gdy byłam w mieście. Kiedy pomyślałam o Sammym siedzącym tam samotnie, zrobiło mi się smutno i nostalgicznie.