Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Usadowiliśmy się w najmniej lepiącej się loży, jaką udało nam się znaleźć, i udawaliśmy, że czytamy plastikowe menu, które nie zmieniło się od dziesiątków lat. Chociaż byłam najedzona, zastanawiałam się nad tostem cynamonowym albo frytkami i w końcu uznając, że faszerowanie się węglowodanami jest poza Manhattanem dopuszczalne, wzięłam jedno i drugie. Sammy zamówił filiżankę swojej zwykłej kawy. Jedna z moich ulubionych kelnerek, kobieta z najdłuższym włosem wyrastającym z brodawki blisko wargi, parsknęła, kiedy poprosił o odtłuszczone mleko zamiast śmietanki i prowadzili teraz swoisty pojedynek na gniewne spojrzenia przez salę.
Popijaliśmy kawę, rozmawialiśmy i skubaliśmy jedzenie.
– Nigdy nie wspominałeś, że szykujesz brunch w Gramercy Tavem. Chętnie bym tam wpadła.
– Tak, ty też nigdy nie powiedziałaś, że wygłaszałaś mowę pożegnalną w imieniu swojej klasy. Ani że wygrałaś nagrodą imienia Martina Luthera Kinga za międzykulturową pracę społeczną.
Roześmiałam się.
– O rany, niczego nie opuścili, prawda? Myślałam, że skoro skończyłeś liceum trzy lata przede mną, nie będziesz żadnej z tych rzeczy pamiętał, ale się myliłam.
Kelnerka dolała Sammy'emu kawy, celowo trochę rozlewając.
– Są z ciebie dumni, Bette. Myślę, że to bardzo miłe.
– Byli ze mnie dumni. Teraz jest inaczej. Nie sądzę, żeby moja świeżo nabyta umiejętność przyciągania sław do Bungalowu Osiem i opisy w plotkarskiej prasie to było dokładnie to, czego dla mnie chcieli.
Uśmiechnął się smutno.
– Każdy idzie na kompromis, wiesz? To nie znaczy, że jesteś inną osobą, niż byłaś wtedy.
Powiedział to w taki sposób, że zapragnęłam w to uwierzyć.
– Czy możemy już stąd iść? – zapytałam, prosząc gestem o rachunek, który niezależnie od tego, ile osób siedziało przy stoliku i co zostało zamówione, zawsze wynosił dokładnie trzy dolary od osoby. – Chyba muszę zaoszczędzić trochę energii na jutrzejsze uroczystości, do udziału w których mam nadzieję cię namówić…
Zostawił na stoliku dwudziestodolarowy banknot („żeby zadośćuczynić za te wszystkie wieczory, kiedy zostawiałem naprawdę nędzne napiwki, a siedziałem godzinami”) i położył mi dłoń na plecach, prowadząc mnie do wyjścia. Szliśmy na tyle okrężną drogą, że zdążył jeszcze wygrać dla mnie małą wypchaną świnkę z automatu z chwytakiem w foyer – tego, który stał obok obrotowej witryny z ciastami. Przytuliłam świnkę, a on stwierdził, że nigdy w życiu lepiej nie wydał dwóch dolarów w dwudziestopięciocentówkach. Szesnastokilometrowa przejażdżka do domu Sammy'ego upłynęła nam w ciszy i zdałam sobie sprawę, że przez te wszystkie lata, które spędziłam w Poughkeepsie, nigdy nie byłam w tej części miasta. Oboje byliśmy w nastroju kontemplacyjnym, bez pogaduszek, żartów czy zwierzeń, na których upłynęło nam dziewięć spędzonych razem godzin. Dziewięć godzin, które zdawały się pięcioma minutami. Zatrzymałam się na krótkim nieutwardzonym podjeździe przy niedużym schludnym domu w stylu kolonialnym i ustawiłam biegi w położeniu do parkowania.
– To był uroczy wieczór. Dzień, wieczór, całe spotkanie. Dziękuję za podwiezienie i za kolację, za wszystko. – Nie wyglądało na to, żeby się specjalnie spieszył z wysiadaniem i w końcu zaczęłam obracać w głowie myśl, że może mnie pocałuje. W każdej powieści Harlequina byłaby teraz wzmianka o tym, jak przeskakują między nami iskry.
– Mówisz serio? To ja powinnam dziękować. Tylko ty uratowałeś nas od całej nocy cierpień z powodu zatrucia pokarmowego – wypaliłam. Potem wetknęłam ręce pod kolana, żeby się nie trzęsły.
A on już wysiadał z samochodu. Tak po prostu. Zwyczajnie otworzył drzwi, wziął z tylnego siedzenia swój worek i pomachał, może coś powiedział, że jutro zadzwoni. Rozczarowanie zapiekło mnie jak uderzenie w twarz, wrzuciłam wsteczny najszybciej, jak tylko potrafiłam. Musiałam odjechać, zanim zacznę płakać. Skąd ci przyszło do głowy, że mógłby być tobą choć odrobinę zainteresowany, zapytałam sama siebie, odtwarzając w myślach wydarzenia wieczoru. Potrzebował podwózki, ty zaproponowałaś, że go podwieziesz i przez cały czas zachowywał się wyłącznie po przyjacielsku. Łudzisz się i musisz to w sobie natychmiast przełamać, zanim zrobisz z siebie kompletną idiotkę. Odwróciłam się, żeby wyjechać tyłem ze żwirowego podjazdu, i zobaczyłam postać zbliżającą się do samochodu.
Mówił coś, ale nie słyszałam go przez zamkniętą szybę. Opuściłam ją i wcisnęłam hamulec.
– Zapomniałeś czegoś? – zapytałam, starając się powstrzymać drżenie głosu.
– Tak.
– Zaczekaj chwilkę. Proszę, tylne drzwi są otwarte, więc…
Nie dane mi było dokończyć. Sięgnął do środka przez otwarte okno kierowcy, nad moimi kolanami, i przez moment poczułam strach, dopóki nie chwycił dźwigni zmiany biegów i nie ustawił jej w pozycji do parkowania. Odpiął mój pas, otworzył drzwi i wyciągnął mnie z samochodu.
– Co? Nie wiem…
Uciszył mnie, ujmując moją twarz w dłonie w dokładnie taki sposób, o jakim marzy każda dziewczyna, i w jaki żaden facet tego nigdy nie robi. Dokładnie tak, jak na okładce Pożądania, o ile dobrze pamiętam tytuł, na ilustracji, która moim zdaniem przedstawiała szczytowe osiągnięcie w zakresie romantycznego pocałunku. Jego dłonie było chłodne i silne, byłam przekonana, że czuje, jak moja twarz płonie, ale nie było czasu, żeby się tym przejmować. Pochylił się i pocałował mnie tak miękko, że ledwie mogłam zareagować, nie miałam wyboru, musiałam tam stać i pozwolić, żeby to się stało, zbyt zszokowana, by oddać pocałunek.
– Następnym razem o tym nie zapomnę, obiecuję – powiedział głosem, który, przysięgłabym, brzmiał dokładnie tak ochryple, jak zdarza się to tylko w kinie. Z galanterią otworzył mi drzwi i gestem dał znak, żebym wsiadła. Szczęśliwa, że nie muszę już polegać na własnych nogach, opadłam niezdarnie na siedzenie i uśmiechałam się szeroko, a on zamknął drzwi i odszedł w stronę domu.
20
Właśnie skończyłam przywiązywać ostatni papierowy lampion w warzywny wzór, kiedy mama nie wytrzymała i zapytała o Sammy'ego.
– Bettino, kochanie, Sammy wydaje się uroczym chłopcem. Twój ojciec i ja z przyjemnością go wczoraj poznaliśmy.
– Tak, rzeczywiście wydaje się miły. – Zamierzałam ją zmusić, żeby się nad tym napracowała i cieszyć się każdą sekundą jej wysiłków.
– Czy przyłączy się do nas wieczorem? – Umieściła półmisek z hummusem obok tacy z mieszanymi oliwkami i cofnęła się, żeby nacieszyć oko swoim dziełem, zanim przeniosła uwagę na mnie.
– Nie sądzę. Wiem, że miałby ochotę, ale oboje przyjechaliśmy tylko na weekend i myślę, że chce spędzić trochę czasu ze swoim tatą. Wspomniał, że może wybiorą się na steki czy coś w tym rodzaju.
– Mmm, rzeczywiście? – zapytała mama z napięciem w głosie, wyraźnie starając się nie komentować czegoś, co z pewnością wyobraziła sobie jako szaleńczą orgię mięsożerców. Sammy powiedział tylko, że pewnie wybiorą się na świąteczny obiad, ale doprowadzanie jej do szaleństwa było zbyt łatwe i zbyt zabawne. – Może chciałby potem wpaść i pokosztować naszych najlepszych lokalnych produktów?