Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Tak, cóż, zdecydowanie przekażę mu to seksowne zaproszenie. – Poczułam się rozstrojona, kiedy Sammy zadzwonił, żeby powiedzieć, że nie da rady przyjść na przyjęcie, i jeszcze bardziej, kiedy wspomniał, że nie będzie wracał do miasta razem ze mną. Po uprzejmych podziękowaniach za przejażdżkę poprzedniego dnia wyjaśnił, że musi pracować w sobotę wieczorem i z powrotem pojedzie autobusem. Pomyślałam o tym, żeby też wcześniej wyjechać, ale wiedziałam, że rodzice by się zdenerwowali, więc po prostu życzyłam mu dobrej nocy i odłożyłam słuchawkę.
– Hej, Bettino, przyjdź mi z tym pomóc, dobrze? – Tata z czułością układał stos patyków i drewna na opał w skomplikowany przeplatany wzór. Głównym punktem programu każdego Święta Plonów było ceremonialne ognisko, wokół którego wszyscy gromadzili się, żeby tańczyć, pić wino i „sławić plony”, cokolwiek to oznaczało.
Przyłączyłam się do niego. Czułam się wyjątkowo swobodnie w znoszonych sztruksach z czasów liceum, wełnianym swetrze na suwak i zmechaconej kamizelce. Było to dziwnie rozkoszne wrażenie, ulga po cienkich topach i ciasnych, podnoszących tyłek, obciskających uda dżinsach, które zwykle nosiłam z religijnym oddaniem. Moje stopy spowijały puchate skarpetki z angory, na które założyłam mięciutkie indiańskie mokasyny. Na gumowych podeszwach. Wyszywane paciorkami. Z frędzlami. W liceum stanowiły potworną obrazę wobec wymagań mody, ale i tak je nosiłam. Chodzenie w nich teraz, kiedy pyszniły się na każdej stronie „Lucky”, wydawało się skażone, ale były zbyt wygodne, żeby unikać ich dla samej zasady. Głęboko wciągnęłam listopadowe powietrze i poczułam coś dziwnie przypominającego szczęście.
– Hej, tato, co mogę zrobić?
– Bierz się za ten stos obok oranżerii i przytargaj go tutaj, jeśli możesz – mruknął, kładąc sobie na ramieniu szczególnie dużą kłodę.
Rzucił mi parę wielkich rękawic roboczych – takich, co to dawno temu zrobiły się czarne od brudu – i machnął mniej więcej w stronę drewna. Wciągnęłam rękawice i zaczęłam przenosić opał z jednego miejsca na drugie, kłodę za kłodą.
Mama oznajmiła, że idzie wziąć prysznic, ale zostawiła nam w kuchni dzbanek herbaty z lukrecji. Usiedliśmy, nalaliśmy, wypiliśmy.
– Więc powiedz, Bettino, jakiego rodzaju relacja łączy cię z tym miłym młodym człowiekiem z wczorajszego wieczoru? – zapytał tata, starając się mówić niedbałym tonem.
– Miłym młodym człowiekiem?- powtórzyłam, bardziej by zyskać na czasie, niż zażartować. Wiedziałam, że oboje rozpaczliwe chcą usłyszeć, że Sammy i ja się spotykamy – i Bóg jeden wie, że nikt bardziej ode mnie nie pragnął, żeby tak było naprawdę – ale nie mogłam się zmusić do wyjaśnienia całej tej sytuacji.
– Cóż, wiesz oczywiście, że twoja matka i ja w marzeniach widzimy cię u boku kogoś takiego jak kolega Penelope. Jak mu na imię?
– Avery.
– Słusznie. Avery. Bo rozumiesz, rozkosznie byłoby mieć dostęp do niewyczerpanego źródła naprawdę dobrej trawy, ale pomijając wymarzony ideał, ten koleżka Sammy wydaje się w porządku. – Wyszczerzył zęby, ciesząc się z własnego żartu.
– No tak, ale nie mam żadnych ekscytujących wieści do przekazania. Właściwie to tylko go tu podwiozłam, wiesz? – Nie miałam ochoty wdawać się w dyskusję. Byłam już trochę za duża, żeby opowiadać rodzicom o czymś, co w tym momencie można by określić najwyżej mianem zauroczenia.
Tata upił łyk herbaty i zerknął na mnie znad kubka z napisem „Weterani dla pokoju”. Z tego, co wiedziałam, żadne z moich rodziców nie zaliczało się do weteranów w żadnej dziedzinie, ale nie powiedziałam ani słowa.
– W porządku. A więc jak tam w pracy? – zapytał.
Udało mi się nie myśleć o pracy przez całe dwadzieścia cztery godziny, ale nagle poczułam histeryczną potrzebę sprawdzenia wiadomości. Na szczęście w domu rodziców nie było zasięgu i nie zawracałam sobie głowy sprawdzaniem poczty przez ich telefon stacjonarny.
– Właściwie całkiem dobrze – odparłam szybko. – Znacznie lepiej, niż się spodziewałam. Na ogół lubię ludzi, z którymi pracuję. Imprezy są na razie zabawne, chociaż widzę, jak szybko można się tym znudzić. Poznaję tłumy nowych ludzi. W sumie na teraz wydaje się, że to dobry plan.
Skinął głową, jakby to rozważał, ale widziałam, że chce coś powiedzieć.
– Co takiego? – zapytałam.
– Nie, nic. To wszystko jest bardzo interesujące.
– Co w tym interesującego? Imprezy w ramach public relations. Moim zdaniem to nic porywającego.
– Cóż, oczywiście, dokładnie to mam na myśli. Nie zrozum mnie źle, Bettino, ale my – to znaczy twoja matka i ja – jesteśmy po prostu nieco zaskoczeni, że wybrałaś taką drogę.
– Przynajmniej nie jest to UBS. Mama prawie dostała ataku serca, kiedy się dowiedziała, że jednym z naszych klientów było Dow Chemical. Codziennie przez trzy tygodnie pisała do mnie listy, oskarżając mnie o wspieranie wycinania lasów, raka płuc u dzieci, a nawet, chociaż nadal nie rozumiem, w jaki sposób, wojny w Iraku. Nie pamiętasz? Była taka przerażona, że w końcu musiałam uzyskać pozwolenie na rezygnację z pracy dla tego klienta. Jak możecie się denerwować faktem, że mam nową pracę?
– Nie chodzi o to, że się denerwujemy, Bettino, myśleliśmy po prostu, że jesteś gotowa na coś, coś… znaczącego. Może uzyskanie grantu na pisanie? Zawsze wspaniale pisałaś. I czy przez jakiś czas nie mówiłaś o Świadomym Rodzicielstwie? Co się stało z tym planem?
– Wspominałam o różnych rzeczach, tato. Ale to się trafiło i dobrze się bawię. Czy jest w tym coś złego? – Wiedziałam, że brzmi to defensywnie, ale ta rozmowa w najwyższym stopniu mnie brzydziła.
Uśmiechnął się i położył rękę na mojej dłoni.
– Oczywiście, że to nic złego. Wiemy, że w końcu znajdziesz własną drogę.
– Znajdę drogę? A cóż to za protekcjonalny ton? W tym, co robię, nie ma niczego złego…
– Bettino? Robercie? Gdzie jesteście? Właśnie dzwoniły dziewczyny ze spółdzielni spożywczej, że już jadą. Czy ognisko przygotowane? – Głos mamy odbił się echem od drewnianych ścian domu. Spojrzeliśmy na siebie, a potem wstaliśmy.
– Już idziemy, kochanie! – zawołał tata.
Umieściłam oba nasze kubki w zlewie i przepchnęłam się obok ojca, biegnąc na górę, żeby zmienić jedne workowate spodnie na drugie. Zanim przejechałam szczotką po włosach i wtarłam trochę wazeliny w usta (te same usta, które niespełna dwadzieścia cztery godziny temu całował Sammy), na podwórzu słychać już było głosy.
W godzinę dom pękał w szwach i zdałam sobie sprawę, że większości tych ludzi nie znam. Oprócz garstki sąsiadów i pracowników uniwersytetu, których znałam od lat, wszędzie kręciły się duże grupy obcych, którzy popijali gorący cydr i kosztowali baba ganoush.
– Hej, mamo, kim są ci wszyscy ludzie? – zapytałam, zakradając się do niej do kuchni, kiedy szykowała lemoniadę. Słońce właśnie zaszło – a raczej niebo pociemniało, ponieważ tak naprawdę nie mieliśmy tego dnia słońca-i zaczął grać jakiś zespół, coś w rodzaju orkiestry klezmerskiej. Mężczyzna w sandałach podobnych do sandałów mojego ojca wydał zachwycony okrzyk i zaczął podskakiwać w irytującym tańcu, który równe dobrze mógł oznaczać uwięźnięcie przepukliny jak chęć zabawy. Nie był to typowy obiad z okazji Święta dziękczynienia.
– Niech się zastanowię… W tym roku mamy masę nowych gości. Mieliśmy więcej czasu na aktywność towarzyską, ponieważ twój ojciec uczy w tym semestrze tylko jedną grupę. Ci siedzący przy stole to ludzie z naszej spółdzielni spożywczej. Wiesz, że kilka miesięcy temu przenieśliśmy się do nowej? Nasza zrobiła się taka faszystowska! Och, a te dwie urocze pary znamy z sobotniego targu warzywnego na Euclid Street. Niech spojrzę. Tam są ludzie, których poznaliśmy podczas tygodniowego milczącego czuwania na rzecz zniesienia kary śmierci w zeszłym miesiącu i kilka osób z naszego komitetu na rzecz budowy osad zrównoważonych ekologicznie…