Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
— Towarzyszy jej jeszcze sześciu uczniów — zauważyłem. — I niosą tę przeklętą, tajemniczą skrzynię. W sześciu, więc jest ciężka. Nie mają zapasów, wody ani żywności. Tylko skrzynię. Aha, jeszcze są dwa ślepe, bojowe leopardy, które przy niej biegną. Dlaczego nie możemy dowiedzieć się więcej? Choćby tego, co jest w skrzyni? — zapytałem Nauczyciela. Ale nie pytałem już jak uczeń. Moje pytanie nie było przejawem bezradności. Żądałem odpowiedzi.
— Straciliśmy już czterech szpiegów — odpowiedział Rzemień głucho. — Po prostu nie wrócili. Nie wiem nawet, czy ich zabito.
— Czy to byli Kireneni?
— To nie ma znaczenia — rzucił ostro cesarz. — Nie będziesz rządził Kirenenem, tylko Amitrajem. Wszyscy ludzie będą twoimi poddanymi. Jeżeli zaczniesz myśleć w ten sposób, wkrótce nie będzie urzędu, którego nie trzymają nasi rodacy, i doprowadzisz do buntu.
— Źle mnie zrozumiałeś, ojcze — odrzekłem. — Tu chodzi o ten kult. Wyznawca Idącego Pod Górę i drogi do Stworzyciela nie zapragnie przejść na stronę Podziemnej. Amitraj to co innego. Może znać tę religię i bać się jej. Może też do niej w jakiś sposób tęsknić albo ją poważać.
— Byli sprawdzeni pod tym względem — odpowiedział spokojniej. — Ufałbym każdemu z nich na tyle, na ile w ogóle można komukolwiek ufać. Ci ludzie są dobierani z najrozsądniejszych i szkoleni od dziecka. Nie można ich omamić głupimi sztuczkami. Nie będą też tęsknić do tyranii Czerwonych Wież.
Spojrzałem na posadzkę. Czerwone Wieże stały już w wielu miastach, fortach, osadach, a nawet małych kiszłakach. Wyglądało to, jakby nadchodziły z pustyni, otaczając Wewnętrzny Krąg.
— Sprawy poszły za daleko — powiedziałem. — Mój szlachetny ojciec powinien wysłać skrytobójców.
— Już to zrobiono — mruknął Rzemień. — Z takim samym efektem, z jakim wysłano szpiegów. Nie tak łatwo zabić kogoś, kto pojawia się w cudowny sposób to tu, to tam. Nie wiemy, gdzie nocuje ani gdzie pojawi się jutro. Zresztą tu nie tylko chodzi o prorokinię. Wyższe kasty otwarcie zaczynają popierać kapłanów. Nic dziwnego. Odzyskaliby dawną pozycję.
— Musimy uderzyć w kapłanów. Znikają ludzie, składane są krwawe ofiary. Mamy powód.
— Cały problem w tym, Młody Tygrysie, że wycieńczony, umierający z pragnienia lud lgnie do Wież. I dostaje tam żywność, wodę i miejsce do spania. Nie mam pojęcia, skąd to biorą. Nagle w podziemiach Czerwonych Wież otworzyły się magiczne skarbce pełne durry, cebuli, mąki i wody. A do tego mamy swoje własne prawo. A mówi ono, że każdy może kłaniać się swoim bogom.
— O ile nie narusza praw innych ludzi! Nie wolno im składać ofiar krwi, a nam nie wolno patrzeć na to przez palce. Nawołują do zniszczenia wszystkich innych kultów, do zabicia ludzi, którzy sprzeciwiają się Pramatce i Kodeksowi Ziemi, do buntu przeciw Tygrysiemu Tronowi! Nie powiesz mi, że to jest zgodne z prawem. Mamy powód, żeby na nich ruszyć, i to poważny powód!
— Mielibyśmy, gdyby nie susza.
— Nauczycielu — powiedziałem. — Prorokini zwana Ogień Pustyni wyzwala źródła słodkiej wody tam, gdzie ich nigdy nie było i gdzie nawet głębinowe studnie już niemal wyschły. Leczy śmiertelnie chorych. Pojawia się co dzień w innym zakątku imperium, przemierzając całe staje w mgnieniu oka. Rozmnaża żywność. Wzbudza ogień. Zdarzyło się, że ci, którzy się jej sprzeciwili, zapłonęli żywym płomieniem i płonęli tak długo, aż ich ciała obróciły się w jasny popiół. Ponoć ten, kto ujrzy jej twarz, ślepnie i jego oczy wyglądają jak złote. Niemal każdy, kto się z nią zetknie, zostaje wyznawcą Podziemnej. Czy ja powtarzam bajki z bazaru, czy mówię, co widziałem w cesarskich zwojach, pisanych przez strategów i szpiegów?
— To jest w cesarskich zwojach — odpowiedział Rzemień niepewnie.
— Do tego cały Wewnętrzny Krąg nęka susza, jakiej dotąd nikt nie oglądał. Z niewiadomych przyczyn wysychają studnie. Na cały kraj spadają zarazy, na północy szaleje sztorm, mimo lata sypie śnieg i pływa kra, ale mimo to rozbójnicy z wilczych okrętów jakimś cudem nękają wybrzeże. Czy coś przekręciłem?
— Nie.
— Więc powiedz mi, Rzemieniu, bo jestem tylko prostym księciem i nie rozumiem: co jeszcze musi się zdarzyć, byśmy uwierzyli, że to jest gniew dawnej bogini? Może Podziemna Matka naprawdę chce odzyskać Amitraj, którym zawładnęli cudzoziemcy?
— Bo bogowie nie mogą działać w ten sposób. Spotkałeś kiedyś jakiegoś boga, tohimonie?
— Nie.
— A ja tak. Ze cztery razy. Powiem ci, jak działają. Widziałeś kiedyś zawody bojowych leopardów, popisujących się sztuczkami?
— Wiesz, że tak.
— Przewodnik siedzi na krześle i wolno mu tylko gwizdać, prawda? Leopard przebiega przez przeszkody, niszczy cele, obala manekiny, tropi i zabija królika, a potem przynosi go przewodnikowi. Powiedz, co to byłyby za zawody, gdyby przewodnik zastrzelił królika, sam poprzewracał cele, a na koniec ściął swojego konkurenta? Tu jest tak samo. Bogowie pojawiają się w ziemskich postaciach i wszczynają ponoć czasem jakieś intrygi, czasem popychają wybranych ludzi, by coś uczynili. Albo nawiedzają swoje święte miejsca w boskiej postaci, na przykład promienia księżycowego światła lub słupa dymu, i wtedy czasem mówią coś wiernym. Niezrozumiale, dziwnie albo zupełnie od rzeczy. Ciemni ludzie nazywają ich bogami. Ale ja nie wiem, czym są te istoty. Według naszej wiary Bogiem jest tylko Stworzyciel, który nie pojawia się nigdy i nigdzie. Tych innych nazywamy nadaku — duchy żywioły. Nie mogą sprowadzać suszy ani wygrywać osobiście bitew czy dawać cudownej mocy wybrańcom, bo wtedy wszystkie zaczęłyby tak robić. Nastąpiłby koniec świata. Podziemna Matka nie może rozkazywać słońcu, bo go nie stworzyła. I dlatego, że świeci ono nad innymi krajami, które mają swoje nadaku.
— Wiem przecież, ale według mnie nadaku to są istoty z naszego kraju. W Kirenenie mieliśmy różne nadaku i Idącego pod Górę, i Stworzyciela. Może tu jest inaczej. Zresztą, Amitraje wierzą, że Podziemna dała życie wszystkim istotom. Więc nie może być nadaku, bo one nie stwarzają. A, o ile wiem, nad innymi ziemiami słońce świeci normalnie.
— A skąd wiesz, że cokolwiek stworzyła? Bo im tak powiedziała?
— Wszystko jedno. Może powinniśmy znaleźć sposób, żeby porozumieć się z tą Podziemną Matką? Amitraj jest teraz nasz.
— Po pierwsze — powiedział mój ojciec. — To nie takie proste. To nie służąca. Nie przyjdzie dlatego, że klasnąłeś w ręce. Żeby przywołać boga, nadaku, czy jak je tam zwać, trzeba zrobić na ich cześć coś, czego sobie życzą, i jeszcze być szczerym wyznawcą, i pragnąć im służyć. Nie chcę dokonać krwawego mordu w jakiejś jaskini, zwłaszcza że może być nadaremny. A po drugie, co moglibyśmy jej zaproponować? Że sami się wytrzebimy, a potem zaprowadzimy Kodeks Ziemi?
— Więc poprośmy o pomoc Idącego pod Górę. Albo inne kireneńskie nadaku. Wezwijmy Kamarassu.
— Od dawna nikt ich nie widział. Zresztą, bogowie nie mogą toczyć wojny, tohimonie. Po prostu nie mogą. Zniszczyliby świat i siebie.
— Według Księgi Drogi kiedyś tak było — zauważyłem.
— Tak, synu. I według Księgi, zniszczyło wtedy świat.
Dni mijały, a susza trwała nadal. Wydawało się, że nikt już nie pamięta, kiedy padał deszcz. Nawet jezioro w Wiosce Chmur skurczyło się, wokół wysp i na brzegu pojawiły się wielkie łachy piasku, z wody wyrosły skały, których przedtem nigdy nie widziałem. Nasze strumienie zmieniły się w leniwe, ledwo płynące strumyczki.
Ojciec postanowił wyprowadzić wojsko, żeby strzegło porządku. Amitrajska ciężka piechota, która przez pokolenia podbijała świat, teraz miała zaprowadzić spokój we własnych miastach. Drogami całego imperium, ze wszystkich prowincji ciągnęły rzędy wozów z beczkami wody i żywnością. W prowincjach obrzeżnych podatki sięgnęły niemal dwudziestu od sta i kupcy wpadli we wściekłość.