Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 104
Перейти на страницу:

Przez dziurkę wywierconą w płachcie gazety zobaczyłem zbliżającego się korytarzem mister Freyby’ego. Udałem, że jestem zajęty lekturą, jednak Anglik przystanął, by się ze mną przywitać.

Towarzystwo butlera zazwyczaj działało na mnie uspokajająco, ale teraz jego obecność była bardzo nie na czasie, albowiem drzwi pokoju lorda Banville’a mogły się w każdej chwili otworzyć.

- Good news? - spytał Freyby, wskazując głową gazetę, i wygrzebał z kieszeni słownik. - Dobry... nowość?

Nie miałem ze sobą słownika - pozostał w liberii - dlatego ograniczyłem się do prostego skinięcia.

Uważnie mi się przyglądając, Anglik wymówił jakieś zdanie, złożone z czterech krótkich słów. Znowu poszeleścił słownikiem.

- Wy... patrzeć... lepiej... dziś.

Zadrżałem i ze strachem podniosłem wzrok na jego rumianą fizjonomię. Skąd on wie o naszym planie? I co w ogóle wie?

Butler uśmiechnął się dobrodusznie, ukłonił i poszedł dalej.

A po pięciu minutach na korytarz wyszedł mister Carr. Wyglądał dosyć dziwacznie: pomimo jasnego, ciepłego dnia owinięty był w długi, sięgający pięt płaszcz. Szeroki kapelusz z opadającym rondem miał opuszczony prawie na nos, a do tego rzucały się w oczy pantofle na bardzo wysokim i cienkim obcasie. Przykładając oko do samej dziurki w gazecie, dostrzegłem, że angielski dżentelmen jest wymalowany i uróżowiony mocniej niż zwykle.

Z wdzięcznym stukiem obcasików mister Carr skierował się do wyjścia. Zaraz potem, pogwizdując beztrosko, minął mnie Endlung. Obejrzał się, mrugnął, a ja pozostałem na swoim stanowisku.

Ale nie musiałem długo czekać. Dokładnie po półminucie skrzypnęły drzwi milorda i Banville, stąpając na czubkach palców, ruszył śladem przyjaciela. Też był w płaszczu, choć nie tak długim jak okrycie mister Carra.

Działo się coś zagadkowego. Odczekałem chwilkę, nałożyłem melonik i przyłączyłem się do tego dziwacznego pochodu.

Dziś najjaśniejsza para przeniosła się z pałacu Aleksandrowskiego na Kreml, toteż z parku zniknęli wszyscy agenci - i bardzo dobrze, postronnemu obserwatorowi nasze manewry niewątpliwie wydałyby się podejrzane.

Nie mogłem dać Endlungowi sygnału: bałem się wystraszyć lorda Banville’a, a sam lejtnant nie oglądał się do tyłu. Szedł spokojnym, lekkim krokiem spacerowicza i szybko się upewniłem, że milorda wcale nie interesuje Endlung, tylko mister Carr.

Za bramą ten ostatni złapał fiakra i pojechał w stronę placu Kałuskiego. Kiedy siadał do dorożki, poła płaszcza odchyliła się i w promieniach zachodzącego słońca błysnęło coś jaskrawego, świetlistego, podobnego do sukni z atłasu albo brokatu.

Endlung, postukując laseczką, przeszedł się kawałeczek trotuarem, zatrzymał przejeżdżającego „wańkę” i zamienił z nim kilka słów, a następnie ruszył w tym samym kierunku. Ale Banville’owi tak się nie poszczęściło - na ulicy nie było już dorożek. Brytyjczyk wybiegł na jezdnię, rozglądając się za powozem. Na wszelki przypadek schowałem się w krzaki.

Minęło dziesięć minut, zanim milordowi udało się złapać fiakra. Najwidoczniej Banville wiedział - albo się domyślał - dokąd zmierza mister Carr, ponieważ krzyknął coś krótko woźnicy i dorożka ruszyła, grzechocząc na kocich łbach.

Teraz mnie przyszło się denerwować. Zamiast więc czekać na przejeżdżającego „wańkę” - zatrzymałem woziwodę, wsunąłem mu w dłoń całe dwa ruble i usiadłem na przedzie obok beczki. Chłopina chlasnął szkapę batem, ta potrząsła grzywą, prychnęła i pobiegła w dół szerokiej ulicy wcale nie wolniej od dorożkarskich koni.

Pewnie wyglądałem bardzo dziwnie w porządnym ubiorze na bryce zbitej z desek, jednak teraz to nie miało żadnego znaczenia. Najważniejsze, że lord Banville pozostawał w moim polu widzenia.

Przejechaliśmy znany mi już most Krymski, skręciliśmy w zaułki i minąwszy po prawej świątynię Chrystusa Zbawiciela, znaleźliśmy się na pięknej ulicy, zabudowanej pałacami i willami.

Przed jednym z domów, z jasno oświetlonym podjazdem, co chwila zatrzymywały się dorożki, karety, kolasy i powozy. Tam też, rozliczywszy się z woźnicą, wysiadł z fiakra Banville. Minął ważnego szwajcara w liberii haftowanej złotem i zniknął w wysokich, ozdobionych płaskorzeźbami drzwiach, a ja pozostałem na chodniku - woziwoda ze swoją beczką i moimi dwoma rublami potoczył się dalej.

Najwyraźniej w willi szykowano się do maskarady, ponieważ wszyscy przyjeżdżający byli w maskach. Przypatrzyłem się gościom i odkryłem, że dzielą się na dwa typy: mężczyźni w zwykłych frakach i garniturach oraz osoby płci nieokreślonej, podobne do mister Carra, owinięte w bardzo długie płaszcze. Wielu przybywało parami, pod rękę, i już domyśliłem się, jakiego rodzaju wieczorek tu się odbywa.

Ktoś z tyłu wziął mnie pod łokieć. Obejrzałem się - Endlung.

- To „Elizjum” - szepnął, błyskając oczami. - Elitarny klub moskiewskich pedziów. Mój też jest tam.

- Mister Carr? - spytałem.

Lejtnant skinął głową, poruszając w zamyśleniu podkręconymi pszenicznymi wąsikami.

- Tak łatwo się tam nie wejdzie. Trzeba się przebrać. Eureka! - Klepnął mnie w ramię. - Za mną, Ziukin! O pięć minut stąd jest teatr „Varietes”, mam tam wiele przyjaciółek.

Wziął mnie pod rękę i szybko poprowadził tonącą w mroku ulicą.

- Widzieliście tych, którzy przybywają w płaszczach do samej ziemi? To cioty, pod płaszczami mają kobiece suknie. Z was ciota nie wyjdzie, Ziukin, będziecie bugrem. Widać tak mi pisane, dokonam bohaterskiego czynu i dla dobra najjaśniejszej rodziny zrobię się na dziewczynkę.

- Kim ja będę? - spytałem, myśląc, że się przesłyszałem.

- Bugrem. Tak się nazywa opiekuna cioty.

Skorzystaliśmy ze służbowego wejścia do teatru. Stróż nisko się ukłonił Endlungowi, nawet jeszcze zdjął furażkę, za co otrzymał od lejtnanta monetę.

1 ... 56 57 58 59 60 61 62 63 64 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)