Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 104
Перейти на страницу:

Pociągnąłem narzuconą mi towarzyszkę w głąb sali i nagle dostrzegłem mister Carra. Miał aksamitną maseczkę, ale od razu poznałem go po oślepiająco żółtych włosach. Anglik - szczęśliwiec - siedział pod ścianą w zupełnej samotności i rozglądając się na boki, pił szampana. Okazało się, że i lejtnant ze swoim staruszkiem zajął pozycję przy stoliku nieopodal. Spotkaliśmy się z Endlungiem spojrzeniami i lejtnant znacząco wskazał mi coś głową.

Popatrzyłem w tamtą stronę - niedaleko, za kolumną, stał lord Banville, choć rozpoznać go było trudniej niż mister Carra, ponieważ maska zakrywała jego twarz do samego podbródka. Dostrzegłem jednak znajome spodnie z purpurowym lampasem.

Usiadłem na kanapie, a nimfa ochoczo rozsiadła się obok, przyciskając nogę do mojej nogi.

- Zmęczony? - szepnęła. - A z wyglądu taki siłacz. Jaką masz słodką brodaweczkę. Istny rodzyneczek.

Palcem dotknęła mojego policzka. Z trudem się powstrzymałem, żeby jej, to jest jemu, nie dać po łapie.

- Jedwabna broda, maślana głowa - wymruczała nimfa. - Z ciebie zawsze taki mruk?

Nie spuszczając oka z Banville’a, odburknąłem:

- Zawsze.

- Tak na mnie teraz spojrzałeś, jakbyś mi batem przyłożył.

- Będziesz ręce pchać gdzie nie trzeba to i batem dam - odgryzłem się, postanawiając dłużej się z nią nie certolić.

Moją groźbę nimfa przyjęła w nieoczekiwany sposób.

- Po pupce? - zapiszczała, zatrajkotała i przylgnęła do mnie całym ciałem.

- Tak cię obiję, że na długo zapamiętasz. - Odepchnąłem ją.

- Na długo, na długo? - wyszeptała moja dręczycielka i głęboko westchnęła.

Nie wiem, czym zakończyłby się nasz dialog, ale właśnie przez salę przepłynęło jakieś skryte poruszenie - jakby lekki wiatr przemknął po morskiej fali. Wszyscy dookoła odwrócili głowy w jednym kierunku, ale dyskretnie, wręcz ukradkiem.

- Ach, Filidorek przyszedł! - wyszeptała nimfa. - Jaki on jest piękny! Brylant, prawdziwy brylant!

Wodzirej lekką rysią podbiegł do bardzo wysokiego, przystojnego mężczyzny w jedwabnej purpurowej masce, spod której było widać zadbaną espaniolkę. Za plecami nowo przybyłego dostrzegłem surową, beznamiętną twarz Fomy Anikiejewicza i od razu się domyśliłem, kto to ten Filidor. Sługa generała-gubernatora miał taką minę, jakby przyszedł ze swoim panem na najzwyklejszy pod słońcem raut. Sam nie włożył maski, a na ręce trzymał długi jedwabny płaszcz - widać specjalnie nie zostawił go w garderobie, żeby obecni nie nabrali wątpliwości co do jego statusu. Rezolutny człowiek, bez dwóch zdań.

- Do kogo pragniesz się dosiąść, boski Filidorze? - usłyszałem melodyjny głos wodzireja.

Generał-gubernator z wysokości sążnia rozejrzał się po sali i zdecydowanie ruszył tam, gdzie w samotności siedział mister Carr. Usiadł obok, pocałował Anglika w policzek i łaskocząc wąsami, zaczął mu szeptać coś do ucha. Carr uśmiechnął się, błysnął oczkami, skłonił głowę w bok.

Zauważyłem, że Banville wycofuje się głębiej w cień.

W pobliżu pojawiła się Kolombina, ta, która wcześniej wywarła na mnie takie wrażenie nieudawaną gracją. Stała pod ścianą, patrząc na jego wysokość, i załamywała szczupłe ręce. Ten gest był mi znany, teraz domyśliłem się, kto to - książę Gliński, adiutant Symeona Aleksandrowicza.

A tymczasem na estradzie rozpoczęło się przedstawienie.

Dwie cioty zaśpiewały w duecie modny romans pana Pojgina Nie odchodź, zostań ze mną.

Śpiewały bardzo dobrze, z prawdziwym uczuciem, tak że mimo woli się zasłuchałem, ale przy słowach: „Ciebie ja pieszczotą ognistą i spalę, i ucieszę”, nimfa nagle położyła mi głowę na ramię, a palcami, jakby przypadkowo, zabłądziła pod moją koszulę, czym wprawiła mnie w prawdziwe przerażenie.

W panice spojrzałem na Endlunga. Ten, chichocząc perliście, uderzał wachlarzem po rękach swojego pomarszczonego kawalera. Wydaje się, że lejtnantowi wcale nie szło łatwiej niż mnie.

Śpiewaczki nagrodzono burzliwymi oklaskami, do których przyłączyła się i moja towarzyszka, co choć na moment uratowało mnie od jej nachalnych zalotów. Wodzirej wszedł na estradę i ogłosił:

- Na życzenie naszego drogiego Filidora obejrzymy tak przez wszystkich lubiany taniec brzucha. Tańczy niezrównana pani Desiree, która specjalnie podróżowała do Aleksandrii, żeby studiować tę prastarą sztukę! Prosimy!

Witany oklaskami, na podwyższenie wszedł zażywny mężczyzna w średnim wieku, w ażurowych pończochach, króciutkiej narzutce, spódniczce ozdobionej cekinami i z gołym brzuchem - okrągłym i nienaturalnie białym (można przypuścić, że od świeżego golenia).

Akompaniator zagrał perską melodię z operetki Odaliska i „pani Desiree” zaczęła kołysać biodrami i udami, od czego rozbujał się jej wydatny brzuch.

Mnie to widowisko wydało się wyjątkowo nieapetyczne, lecz publiczność oszalała z zachwytu. Ze wszystkich stron krzyczano:

- Brawo! Czarodziejka!

A moja nimfa już zupełnie przestała się krępować - z trudem zdążyłem złapać jej rękę, która opuściła się na moje kolano.

- Jesteś taki niedostępny, uwielbiam to - szepnęła mi do ucha.

Symeon Aleksandrowicz nagle gwałtownie przyciągnął do siebie Carra i wpił się w jego usta długim pocałunkiem. Mimo woli spojrzałem na Fonię Anikiejewicza, stojącego z obojętną miną za fotelem wielkiego księcia, i pomyślałem, ile trzeba mieć opanowania i siły woli, żeby nieść swój krzyż u boku takiego pana - i to z godnością. Gdyby Fonia Anikiejewicz wiedział, że jestem tutaj, na sali, zapewne ze wstydu zapadłby się pod ziemię. Dzięki Bogu, nie można mnie było poznać pod tą rudą brodą.

I wtedy wydarzyło się coś niewiarygodnego.

Lord Banville z niezrozumiałym wrzaskiem wybiegł zza kolumny, kilkoma skokami pokonał odległość do stolika, chwycił mister Carra za ramiona i odciągnął na bok, wykrzykując coś w swoim sepleniącym narzeczu.

1 ... 58 59 60 61 62 63 64 65 66 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)