Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 123
Перейти на страницу:

Jakby na potwierdzenie jego słów rozległ się odgłos fal uderzających o brzeg. Później na chwilę zaległa cisza, słychać było tylko wiatr.

Tym razem wrzask rozdzierający ciemność był inny. Wściekłość i gniew. Nienawiść. I przytłoczony nimi, jakby zdławiony nagle ludzki krzyk. Zanim przebrzmiał, wszyscy strażnicy już stali, trzymając szable, miecze i topory gotowe do odparcia zagrożenia. Psy zwróciły się w stronę wioski, powarkując, sierść miały zjeżoną, a ogony schowane pod siebie. Zastygły między przerażeniem a atakiem szału. Zły znak.

– Dziesiętnicy do mnie.

Nie musiał podnosić głosu, w ciszy, jaka zapadła po ostatnim okrzyku, nawet szept słychać było wyraźnie.

– Nie sądzę, żeby dziś ktokolwiek już zasnął, a do świtu mamy ze trzy godziny. – Zaczął wydawać rozkazy – Bergh, psy na smycze, nie chcę, żeby rzuciły się do walki same. Andan, ludzi w dziesiątki, w każdej przynajmniej dwa psy, zanim wstanie słońce będą naszymi oczami i uszami. Wszyscy mają nosić płaszcze. I niech nie napinają kusz, w tych ciemnościach i tak zobaczą cel dopiero kilka kroków przed sobą. Velergorf, weźmiesz Wilka i Gawera, dobierzcie sobie jeszcze trzech tropicieli. Swoją dziesiątkę przekaż zastępcy.

– Patykowi?

– Da sobie radę. Rano dokładnie zbadacie okolice wioski. Jak tylko sprawdzimy, co tak wrzeszczało i kto zginął. Wyruszymy, hm... za jakieś dwie godziny, chcę być na miejscu, zanim wzejdzie słońce i zanim miejscowi usuną wszystkie ślady.

Zgrzytnął zębami.

– Będę miał do pogadania z tym starszym i lepiej, żeby potrafił odpowiadać składnie na moje pytania.

—— • ——

Ciało znaleźli na podwórzu, przed chatą. Mężczyzna w nieokreślonym wieku, ubrany w płócienne portki i koszulę. Coś zmiażdżyło i rozerwało mu gardło. Leżał na plecach, w kałuży już czarnej krwi, z oczami szeroko otwartymi, odbijającymi jaśniejące niebo. Psy zatrzymały się kilka kroków przed nim, skomląc cicho i węsząc. Były dobrze ułożone, nie próbowały podbiegać do ciała, lizać zaschniętej krwi, nie zadeptywały śladów. Dla psów służących w Górskiej Straży widok trupa nie był niczym niezwykłym.

Mężczyznę znaleźli na podwórku pierwszej chaty w wiosce. Tak jak pozostałe, ogrodzona była płotem i tylko mała furtka pozwalała dostać się do środka. Wnętrze podwórza pokrywały otoczaki, takie same jak na całym brzegu, choć tu dodatkowo ktoś ułożył w poprzek cztery rzędy większych kamieni. Pewnie żeby woda nie wymywała gruntu.

Kenneth zatrzymał oddział.

– Druga na zewnątrz, trzecia tył, czwarta przód, okna i drzwi – rzucił. – Pierwsza, przeszukać chatę. Wilk!

– Tak jest.

– Obejrzyj go. – Kenneth wskazał trupa. – Może zostały jakieś ślady.

Szczupły góral przestał mierzyć w okno, rozbroił kuszę i podszedł do ciała. Podwórze pokrywały takie same otoczaki jak te na brzegu jeziora, więc przeciętny obserwator nie wyczytałby na nim nic. Cawe Kaln obszedł zwłoki powoli, w odległości kilku stóp, ostrożnie stawiając kroki. Pochylił się, przykucnął w jednym, później w drugim miejscu, odwrócił kilka kamieni, rozejrzał dookoła. Ocenił odległość do płotu i chałupy, spojrzał na kryty gontami dach budynku. Wreszcie podszedł do martwego mężczyzny, obejrzał uważnie jego buty, podniósł ramię, potem nogę, przyjrzał się ranie na szyi. Następnie dotknął lekko plamy zaschniętej krwi, wziął do ręki kawałek czarnej jak smoła skrzepliny i powąchał. Splunął na dłoń, roztarł na niej krew i powąchał jeszcze raz. Pokiwał głową.

Nagle wstał i kilkoma długimi krokami przemierzył odległość od trupa do schodów. Przykucnął i obejrzał dokładnie każdy stopień, cofnął się, przypatrując uważnie dachowi. Spojrzał na ciało i poszedł prosto w stronę płotu.

– Chałupa pusta, panie poruczniku – rozległo się z wnętrza domu.

– Dobra. – Kenneth nie odrywał wzroku od Wilka. – Poszukajcie jeszcze śladów walki czy czegoś w tym stylu. Cawe?

Strażnik sunął wzdłuż płotu, oddalając się od jeziora. Zatrzymał się w rogu dziedzińca i ponownie pokiwał głową.

– Cawe? – Porucznik ponaglił go łagodnie. – Zaraz pewnie będziemy mieli gości.

Tropiciel liczył coś na palcach. Wreszcie westchnął ciężko, pokręcił głową i jeszcze raz spojrzał na dach.

– To się kupy nie trzyma – mruknął pod nosem.

Przez furtkę zajrzał jeden ze strażników.

– Panie poruczniku, idą. Wpuścić?

– Ilu?

– Trzech.

Zastanowił się chwilę.

– Wilk, wiesz już wszystko?

– Chyba tak. Mówić?

– Poczekaj. Wpuście ich. Reszta broń na widoku, psy leżeć, uważajcie na dach sąsiedniej chałupy i jezioro.

W furtce właśnie pojawiło się trzech mężczyzn. Kenneth odwrócił się ku nim, wymownym gestem poprawił płaszcz, aż odznaka Górskiej Straży błysnęła w promieniach wschodzącego słońca. Żeby nie było wątpliwości. Występował jako cesarski oficer.

– Witam, starszy Gospodarzu – skinął głową czarnobrodemu – sądzę, że synowie reperują już sieci. A ten trzeci to kto?

Trzeci z przybyłych na widok kilkudziesięciu żołnierzy usiłował schować się za plecy siwego.

– Nieważne. – Kenneth uśmiechnął się szeroko. – Rozumiem, że skoro świt pędzicie na jezioro, żeby nałowić ryb na zupę, którą nam wczoraj obiecaliście. Przy okazji pewnie sprzątnęlibyście ten nieporządek tutaj, żeby gościom apetytu nie psuć. Nie widzę, żebyś potakiwał, starszy, czyli się mylę, choć nie wiem, czy w sprawie ryb, czy sprzątania.

Odpowiedziało mu ponure spojrzenie. Dobrotliwy, jowialny gospodarz z wczorajszego wieczora gdzieś znikł.

– Mam jednak kilka pytań. Ten tu, leżący sobie na plecach, zginął jakieś trzy godziny temu. A umierał głośno, z wrzaskiem, który nawet my słyszeliśmy. Dlaczego więc cała wieś nie przybiegła tu z pochodniami, żeby go ratować? Albo chociaż mścić. I gdzie jest jego rodzina? Bo sam nie mieszkał w tak dużej chałupie. I co tak wrzeszczało nocą, że moje psy na zmianę rwały się do walki i szczały pod siebie ze strachu? Odpowiesz?

Wraz ze słowami porucznika wyraz twarzy starszego zmieniał się. Zmieszanie, niepokój, strach. Na końcu pozostał upór.

– Nie wasza sprawa, panowie żołnierze – wycedził. – Sami sobie poradzimy, a wy najlepiej idźcie sobie i powiedzcie dowódcy, że mieszkańcy Byrt nie potrzebują pomocy.

– Prawdę mówiąc, myślałem o tym, ale widzisz, starszy, może się zdarzyć i tak, że przyjdę tu ze swoją kompanią za rok czy dwa i zastanę tylko puste chałupy, zatopione łodzie i sterty kości. I do końca życia będę się zastanawiał, czy to moja wina, czy nie. – Kennethowi wydało się, że na te słowa czarnobrody drgnął i lekko otworzył usta. – Więc może zrobimy inaczej. Najpierw posłuchamy jednego z moich tropicieli, a potem się zastanowię. Nie! Nie odzywaj się, starszy, na widok trupa mnie i moich ludzi ręce swędzą do miecza, więc lepiej, żeby nic nas nie rozpraszało, jak będziemy słuchać. Mów, Wilk.

Żołnierz ruszył powoli przed siebie.

– No więc tak, panie poruczniku – zaczął. – Ten tam, nasz trup, wybiegł z chaty dzisiaj w nocy, jakieś trzy godziny temu, pędząc po dwa stopnie w dół. Po czym stanął i obrócił się w stronę domu. – Wilk szybkim krokiem podszedł do ciała i stanął obok. – Spojrzał w górę i wtedy coś skoczyło na niego z dachu. Wiem, jest prawie dwadzieścia stóp, ale to nie jest niemożliwe, bo to coś skakało z wysokości trzech chłopa i być może mogło wziąć rozbieg.

Kenneth skinął głową.

1 ... 57 58 59 60 61 62 63 64 65 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)