KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Panie Masa - rozpocząłem, ukłoniwszy się. - Przyszedłem wam powiedzieć, po pierwsze, że nie mam do pana pretensji o uderzenie, które otrzymałem, albowiem swoim postępkiem w pełni zasłużyłem na podobne potraktowanie. A po drugie, głęboko żałuję, że stałem się mimowolną przyczyną klęski planu pana Fandorina. Proszę mi wybaczyć.
Japończyk w odpowiedzi ukłonił się ceremonialnie, nie wstając z podłogi.
- Proszę i mnie wybaczyć - rzekł - ale wybaczać wam nie mogę. Was pokorny sługa.
I jeszcze raz się skłonił.
No, jak kto chce - pomyślałem. Ja swój obowiązek wypełniłem. Pożegnałem się i wyszedłem.
Trzeba było czymś się zająć do powrotu mademoiselle, żeby czas tak okropnie się nie dłużył. Przeszedłem się po pokojach i w bawialni zwróciłem uwagę na kilim, cały obwieszony kaukaską i turecką bronią. Stanąłem na krześle, zdjąłem kindżał zdobiony srebrem, przejechałem palcem. Pochwa była czysta, ani plamki, ani kurzu. Pomyślałem, że sprawdzę, czy Somowowi starcza cierpliwości, by zadbać także o czystość klingi.
Powoli wyciągnąłem ostrze, pochuchałem na nie, popatrzyłem pod światło. Tak jest - rozmazy. A jeśli któryś z gości także zechce się przyjrzeć? Byłby wstyd. Mimo wszystko do prawdziwego sługi dworu Somowowi jeszcze daleko - stwierdziłem i, przyznaję, odczułem pewne wewnętrzne zadowolenie.
Rozległy się dziwne, powolne kroki. Odwróciłem się, wciąż jeszcze stojąc na krześle, i dostrzegłem pana Masę. Był w tej samej japońskiej bieliźnie i boso. O Boże, na co on sobie pozwala! Spacerować po domu w takim stroju!
Bardzo zagniewany i w dodatku z obnażonym ostrzem w ręku, musiałem pewnikiem wyglądać złowieszczo. W każdym razie Japończyk wyraźnie się wystraszył.
Podbiegł do mnie, chwycił za rękę i zatrajkotał tak szybko, że połowy nie zrozumiałem.
- Ceraz ja widzę, ze wy zalujecie naplawde. Wy plawdziwy samulaj i ja psyjmuje wasi pseprosiny. Nie tseba harakiri.
Pojąłem jedynie, że z jakiegoś powodu zdecydował się zmienić zdanie i już się na mnie nie gniewa. No cóż, tym lepiej.
* * *
Obchodu pokoi nie dokończyłem - lokaj Lipps odnalazł mnie w sali bufetowej, gdzie sprawdzałem, czy serwetki są dobrze wyprasowane, i przekazał, żebym natychmiast udał się na bel etage do Pawła Gieorgijewicza.
W pokoju wielkiego księcia siedział także lejtnant Endlung, paląc turecką fajkę o długim cybuchu i spoglądając na mnie z zagadkową miną.
- Siadaj, Afanasij, siadaj - poprosił jego wysokość, co już było czymś niezwyczajnym.
Ostrożnie przysiadłem na skraju krzesła, nie oczekując po tej rozmowie niczego dobrego.
Paweł Gieorgijewicz wydawał się wzburzony, lecz zarazem zdecydowany. Jednak jego pierwsze słowa zupełnie mnie zaskoczyły - nie to obawiałem się usłyszeć.
- Filka dawno mi tłumaczył, że wy, Afanasij, wcale nie jesteście tacy prości, jacy się wydajecie - zaczął wielki książę i skinął na Endlunga - a ja mu nie wierzyłem. Teraz widzę, że tak jest.
Już chciałem się usprawiedliwiać, ale jego wysokość machnął ręką - lepiej milcz - i kontynuował:
- Dlatego naradziliśmy się i zdecydowaliśmy włączyć cię do sprawy. Nie myśl, że ze mnie jakiś hulaka bez serca i że przez te wszystkie dni tylko siedziałem z założonymi rękoma albo po restauracyjkach się rozjeżdżałem. Nie, Afanasij, to był tylko pozór, a w rzeczywistości cały czas myśleliśmy z Filką wyłącznie o jednym - jak pomóc biednemu Mice. Policja policją, ale my też nie wypadliśmy sroce spod ogona... Trzeba działać, inaczej ci państwowi mądrale doprowadzą do tego, że przestępcy zamęczą brata albo po prostu go zabiją. Dla nich te świecidełka są cenniejsze!
To była głęboka prawda, ja tak samo myślałem, ale, prawdę mówiąc, nie spodziewałem się po tych urzędasach niczego innego i dlatego tylko z godnością skinąłem głową.
- Endlung ma własną teorię - powiedział zdenerwowany Paweł Gieorgijewicz. - Filka, powiedz mu.
- Chętnie - odezwał się lejtnant, wypuszczając obłoczek dymu. - Rozsądźcie sami, Afanasiju Stiepanowiczu. Tutaj wszystko jest takie proste. Co wiadomo o tym doktorze Lindzie?
Poczekałem, aż sam odpowie na własne pytanie, i Endlung, podnosząc palec, ciągnął dalej:
- Tylko jedno. Że nie lubi kobiet. Jak zresztą mogłoby być inaczej! Normalny człowiek, chętny do bab, jak my z wami - przy tej uwadze mimowolnie się nachmurzyłem - na takie łajdactwa nie pójdzie. Nieprawda?
- Przypuśćmy - odpowiedziałem ostrożnie. - I co z tego?
Jakoś nie chciało mi się wierzyć w analityczne zdolności lejtnanta. Jednak Endlung mnie zaskoczył.
- A kto nie cierpi kobiet? - zapytał z miną zwycięzcy.
- Tak, rzeczywiście, no, kto? - podchwycił Paweł Gieorgijewicz.
Pomyślałem i powtórzyłem:
- Kto?
Jego wysokość i lejtnant wymienili spojrzenia.
- No, Afanasij, skojarz.
Pomyślałem jeszcze trochę.
- No, wiele kobiet nie znosi swoich sióstr...
- Ach, Afanasij, jak ty wolno myślisz! Przecież nie mówimy o kobietach, tylko o doktorze Lindzie.
Endlung powiedział z powagą:
- Bugry
W pierwszej chwili nie zrozumiałem, jakie bugry ma na myśli, lecz potem skojarzyłem to z francuskim słowem bougre, którym w porządnym towarzystwie określa się amatorów mężczyzn. Zresztą lejtnant od razu wyjaśnił, o co mu chodzi, używając innego, już całkiem nieobyczajnego terminu, którego nawet nie będę powtarzał.
- I wszystko od razu staje się jasne! - wykrzyknął Endlung. - Lind i cała jego szajka to sami pedzie - bugry i cioty.
- Kto, kto? - spytałem ponownie.
- Cioty, inaczej dziewczynki... no, pasywni pedzie. Rozumie się, że w takiej bandzie jeden drugiego chroni! I nieprzypadkowo na miejsce przestępstwa Lind wybrał Moskwę. Dzięki wujaszkowi Semowi to po prostu mekka dla pedziów. Nie bez kozery mówią: dawniej Moskwa stała na siedmiu wzgórzach, a dziś na jednym bugrze.
To złośliwe powiedzenie, będące aluzją do obyczajów Symeona Aleksandrowicza, zdarzało mi się słyszeć już wcześniej. Uznałem za swój obowiązek zauważyć: