Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 98
Перейти на страницу:

I koniec końców, naprawdę była to nauka. Taka sama jak taniec albo rzeczywiście sztuka walki. Odwiedzałem jej sypialnię niemal codziennie. Przychodziłem, gdy zapadał zmierzch i zapalano lampy, a wychodziłem o godzinie wołu w połowie nocy. Były zadania, była wiedza.

I były kary.

Kiedy zrobiłem coś wyjątkowo niezgrabnie, zachłannie albo pospiesznie, dostawałem w twarz. A potem tłumaczyła mi jeszcze raz, pokazywała, prowadziła moje palce lub sama pokazywała na mnie to, o co chodziło, tak, żebym zrozumiał. I kazała powtarzać jeszcze raz i jeszcze raz, do znudzenia, aż uznała, że pojąłem. Dziś wiem, że są kobiety, które podczas miłości pragną rządzić, wydawać rozkazy, poniewierać mężczyzną albo zadawać mu ból. Dopiero wtedy czują satysfakcję. Ale Aiina do nich nie należała. Ona naprawdę mnie uczyła. Starannie i porządnie, krok po kroku.

Dokładnie tak samo, jak uczyła mnie intryg, dyplomacji lub polityki czy handlu. Obawiałem się nawet, że stracę do tego serce i zainteresowanie, ale nic podobnego nie nastąpiło. Były to jedyne lekcje, jakich nie opuściłbym za żadne skarby świata. I to mimo że Aiina była bardzo wymagającą nauczycielką.

Kiedy po raz pierwszy przeżyła ze mną spazmy rozkoszy, czułem się tak dumny, jak jeszcze nigdy w życiu, ale szybko sprowadziła mnie na ziemię.

— Sama to zrobiłam, posługując się tobą — powiedziała. — Nie ma w tym nic złego i tak powinno być. To jest jak gra na cintarze. Ty grasz na mnie, ja na tobie. Poprowadziłam cię za rękę i dostałam, co chciałam. Ale nie pokonałeś mnie. Nastąpi to dopiero wtedy, gdy nie będę umiała ci się oprzeć. Gdy oddam ci się, choć nie będę chciała, i gdy będę skamleć i błagać o więcej. Gdy sprawisz, że stracę nad sobą kontrolę i nie będę mogła niczego udawać. To być może nastąpi, ale jeszcze nie teraz. Trzeba ci więcej wprawy i samokontroli. Często będziesz dawał mi zwykłą rozkosz, ale sam zauważysz, kiedy nastąpi ten moment. Wtedy, kiedy ty zechcesz, a nie kiedy ja będę chciała. Wtedy pokonasz mnie, tak jak w każdej chwili ja mogę pokonać ciebie. A teraz weź więcej olejku i rozsmaruj go tutaj. Ułóż palce w Dach Świata...

W dzień była tą samą Aiiną z upiętymi wytwornie włosami i w zapiętym, haftowanym kaftanie. Rozkładała zwoje, mapy albo planszę do tarbiss i uczyła mnie. Któregoś ranka ująłem jej pośladek i pogładziłem go tak, jak wiedziałem, że lubi, po czym dostałem mocno w twarz, aż mi pociemniało w oczach.

— Ta lekcja będzie w nocy, uczniu! — warknęła. — Nie jestem twoją kochanką, tohimonie, i nigdy nie będę. Jestem nauczycielką i chcę, żebyś pokazał mi nowy szlak handlowy z Narginu do Akasany i wytłumaczył, co możemy mieć z rozciągnięcia nad nim kontroli.

Dzięki wieczornym lekcjom, które odbywałem bardzo pilnie, spłynął na mnie spokój i więcej rozsądku. Wprawdzie często wracałem do siebie zmęczony i z obolałymi lędźwiami, ale czułem ogromną ulgę. Nadal odczuwałem pożądanie i zaczęło mi się wydawać, że jest to pragnienie nie do zaspokojenia, ale było to coś zupełnie innego niż dziki obłęd, jakiego zaznawałem przedtem. Przynajmniej zacząłem rozumieć, co się wokół mnie dzieje. A nie działo się dobrze.

— Przynajmniej ostatnio nie gapisz się już na niewiasty jak skalny wilk, Ruda Głowo — burknął kiedyś Brus podczas wyprawy do miasta. — Tu się zaczyna robić niebezpieczne. Arazymowie łażą już wszędzie okutani w kastowe szmaty i zaczynają otwarcie tropić występki przeciw bogini. Nasi chodzą już po czterech po mieście. Od kilku dni w kanałach i w rzece znajduje się trupy ludzi noszących narodowe stroje. Kirenenów też.

Z każdym dniem wyczuwało się większe napięcie. Przy miejskich studniach stale koczował tłum z wiadrami i bukłakami, pełen wściekłych, zmęczonych ludzi, okrytych przeciwsłonecznymi płaszczami. Co chwila wybuchały bójki.

Patrole garnizonu miejskiego, które przedtem chodziły uzbrojone głównie w bicze i drewniane pałki, przepychały się przez tłum, żartując z przekupniami i zaczepiając kurtyzany, teraz zaczęły wyglądać groźnie. Wydano im żelazne hełmy, które wprowadziliśmy kilka lat temu, mieli również miecze i włócznie, z każdym patrolem szło też dwóch łuczników.

Coraz częściej słyszałem gdzieś w tłumie przekleństwa pod adresem „cudzoziemskiej dynastii”, coraz częściej ktoś pobożnie wzywał Podziemną Matkę, choć to chyba z tchórzostwa. Czerwone szaty i srebrne maski kapłanów Podziemnej widywało się do niedawna rzadko. Skromnie przeciskali się przez tłum, czasem usiłowali napominać i gromić, ale otwarcie ich wyśmiewano i poszturchiwano. Teraz wszędzie było ich pełno. Chodzili butnie w otoczeniu akolitów o ogolonych głowach z pałkami w ręku, a tłum rozstępował się przed nimi. Kupcy zasłaniali towary, a ludzie w narodowych strojach, pary i kobiety, ubrani niezgodnie z Kodeksem Ziemi, nagle znikali z ulic, kryjąc się po bramach i w podcieniach.

Na murach zaczął pojawiać się dziwny znak, rysowany węglem albo ochrą, a kilka razy chyba krwią. Okrąg, przecięty pionową linią.

Zapytałem więc Brusa, czy wie, co to jest. Splunął na ziemię.

— „Podziemne łono”, znak tego przeklętego kultu.

Korciło mnie, żeby powiedzieć, że na przykład łono Aiiny wygląda zupełnie inaczej, ale wiedziałem, że to głupia przechwałka. Zmilczałem. Usiłując się w ten sposób popisać przed Brusem, byłbym żałosny.

Rzeczywiście pojawiła się plaga much. Były wszędzie. Ogromne, tłuste i oszalałe jak przed burzą. Pchały się do oczu i ust i obsiadały jedzenie. Paliliśmy kadzidła, ale nie bardzo to pomagało.

W północnych prowincjach dla odmiany szalał sztorm, jakiego nie widziano od lat, powódź zalała pola i rybołówstwo zamarło.

W prowincji Jarmakandy suche jak pieprz lasy stanęły w ogniu. W Sauragarze i Kangabadzie wybuchła zaraza.

Słowa „gniew bogów” i „Ogień Pustyni” wracały jak obłąkane echo. Prorokini pojawiała się co chwila nie wiadomo skąd. Gdzie tylko się pojawiła, wytryskały źródła, suche drzewa rodziły kwiaty i owoce, ociemniali odzyskiwali wzrok, a kulawi stawali na nogi. Zmywała ludziom wrzody zwykłą gąbką, jakby to były grudki zaschniętej gliny, a skóra pod spodem była zdrowa i gładka, nawet bez blizn. Wszędzie tam oddawano majątki pod zarząd kultu i wznoszono Czerwone Wieże. Kapłani Podziemnej Matki wyroili się jak szczury. Wokół świątyń budowano Domy Kobiet. Matki, kochanki i żony nagle przestawały zauważać swoich mężczyzn i wprowadzały się tam, by żyć u boku Azziny. Urządzano tajemnicze misteria w jaskiniach, podczas których oszalali mężczyźni podobno pozbawiali się genitaliów. Zaczęto znajdować trupy z poderżniętymi gardłami i wyrwanymi sercami. W jaskiniach odkrywano ofiarne kamienne stoły całe zalane krwią. Pomimo że za krwawe ofiary z ludzi nasze prawo karało śmiercią, najwyraźniej znów ktoś zaczął karmić Panią Żniw.

Staliśmy z ojcem i Rzemieniem w Sali Świata — ogromnej komnacie w pałacu, gdzie mozaika przedstawiała cały znany świat. Amitraj i wszystkie jego prowincje, Morze Północne, Wszechmorze i Morze Wewnętrzne, także Kebir, Nassim, pustynie, cudzoziemskie kraje, wszystko.

Specjalnie ukształtowane tokeny przedstawiały miasta, a inne góry, które wystawały nad posadzkę.

Nad miastami i osadami, w których widziano Nahel Ifriję — Ogień Pustyni, cesarz kazał ustawić malowane na czerwono figurki z terakoty. Postać zakapturzonej kobiety zaludniała już całą połać imperium. Od osad na granicy Nahel Zymu aż po Kebzegar. I zbliżała się do prowincji Wewnętrznego Kręgu.

— Ona po prostu nie może być wszędzie! — rozzłościł się ojciec. — Jednego dnia wypuszcza źródło na placu miejskim w Kangabadzie, a następnego sprawia, że pahan-dej z Hyrmizu staje w ogniu. To jest dwanaście staj w jeden dzień! A przychodzi pieszo. Zawsze pieszo.

1 ... 55 56 57 58 59 60 61 62 63 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)