U martwych w Dallas
- Автор: Харрис Шарлин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «U martwych w Dallas». Краткое содержание книги:
Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemnicza postać z mitów greckich. Na szczęście, pewne przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ja o przysługę, Sookie wdzięczna za uratowanie życia nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności aby znaleźć wskazówkę co do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce, jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…
– Panno Stackhouse – powiedział głos starej arystokratki z akcentem charakterystycznym dla południa. – Pukałam do pani drzwi, ale musiała być pani zajęta. Zostawiłam pani czekoladowy tort; nie wiedziałam, jak inaczej mogłabym pani podziękować za to, co zrobiła pani dla mojego wnuka. Portia wszystko mi opowiedziała. Niektórzy ludzie byli na tyle mili, żeby uznać ten tort za smaczny. Mam nadzieję, że pani również zasmakuje. Jeśli będę mogła kiedyś coś dla pani zrobić, proszę zadzwonić.
– Nie przedstawiła się – skomentował Bill.
– Caroline Holliday Bellefleur spodziewa się, że każdy będzie wiedział, kim ona jest.
– Kto?
Spojrzałam na Billa, który stał przy oknie. Sama siedziałam przy kuchennym stole, pijąc kawę z jednego z ulubionych, kwiecistych kubków babci.
– Caroline Holliday Bellefleur.
Bill nie mógł bardziej zblednąć, ale niewątpliwie zesztywniał. Nagle usiadł na krześle na wprost mnie.
– Sookie, wyświadcz mi przysługę.
– Jasne, kochanie. Jaką?
– Pojedź do mojego domu i weź Biblię stojącą za szybką na półce w holu.
Wydawał się tak podenerwowany, że złapałam tylko klucze i pojechałam w szlafroku, mając nadzieję, że nie spotkam nikogo po drodze. Niewielu ludzi mieszkało w tej okolicy, a jeszcze mniej z nich było na nogach o czwartej nad ranem.
Weszłam do domu Billa i znalazłam Biblię dokładnie w tym miejscu, które wskazał. Ostrożnie wzięłam ją do ręki – musiała być stara. Wracając do swojego domu, byłam tak zdenerwowana, że prawie się potknęłam na schodach. Bill siedział z tym samym miejscu, co wcześniej. Kiedy położyłam przed nim Biblię, po prostu się na nią patrzył przez dłuższy czas. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy może jej dotknąć. Nie prosił jednak o pomoc, więc czekałam. W końcu wyciągnął rękę i jego prawie białe palce pogłaskały zniszczoną, skórzaną okładkę. Książka była ogromna, a złote litery na grzbiecie miały ozdobny krój.
Bill otworzył Biblię i delikatnie przewrócił kartkę. Patrzył na stronę, na której wyblakłym tuszem różne charaktery pisma zapisały informacje o rodzinie.
– Sam to napisałem – szepnął. – To – dodał, wskazując kilka linijek.
Serce podeszło mi do gardła, kiedy obeszłam stół, żeby zajrzeć przez jego ramię. Położyłam mu rękę na ramieniu, żeby nie stracił kontaktu z rzeczywistością.
Ledwie mogłam odczytać zapisy.
William Thomas Compton, napisała jego matki, a może był to ojciec. Urodzony 9 kwietnia 1840. Inny charakter pisma dodał: Zmarł 25 listopada 1868.
– Masz urodziny – powiedziałam, co było jedną z największych głupot, jakie mogły mi przyjść do głowy. Ale jakoś nigdy wcześniej nie myślałam, że Bill może mieć urodziny.
– Byłem drugim synem – powiedział. – Jedynym, który dorósł.
Pamiętałam, że starszy brat Billa, Robert, umarł w wieku dwunastu lat, a dwoje innych dzieci zmarło jako niemowlęta. Wszystkie te daty urodzin i śmierci były zapisane na tej stronie.
– Sarah, moja siostra, zmarła bezpotomnie. – Pamiętałam o tym. – Jej narzeczony zginął w czasie wojny. Wszyscy młodzi ludzie ginęli na wojnie. Ja przetrwałem po to, żeby umrzeć później. Tu jest data mojej śmierci, przynajmniej taka, którą znała moja rodzina. Zapisana ręką Sarah.
Zacisnęłam mocno usta, żeby nie wydać z siebie żadnego dźwięku. W głosie Billa, w sposobie, w jaki dotykał Biblii, było coś nie do zniesienia. Czułam, że moje oczy wypełniają się łzami.
– Tu jest imię mojej żony – powiedział jeszcze ciszej.
Nachyliłam się znów i przeczytałam: Caroline Isabelle Holliday. Przez chwilę miałam wrażenie, że pokój zawirował, ale potem zorientowałam się, że to niemożliwe.
– I mieliśmy dzieci – dodał. – Mieliśmy trójkę dzieci.
Ich imiona też tam były. Thomas Charles Compton, ur. 1859. Zatem musiała zajść w ciążę zaraz po ślubie.
Nigdy nie będę miała dziecka z Billem.
Sarah Isabelle Compton, ur. 1861. Nazwana po ciotce (siostrze Billa) i matce. Urodziła się mniej więcej wtedy, kiedy Bill wyruszył na wojnę.
Lee Davis Compton, ur. 1866. Tuż po powrocie. Zmarł 1867, dodane innym charakterem pisma.
– Dzieci padały wtedy jak muchy – szepnął Bill. – Po wojnie byliśmy biedni, nie stać nas było na żadne lekarstwa.
Byłam na granicy płaczu i miałam ochotę wyjść z kuchni, ale zdałam sobie sprawę, że jeśli Bill jest w stanie to znieść, to ja też.
– A pozostała dwójka? – zapytałam.
– Przeżyły – powiedział, a napięcie na jego twarzy zelżało. – Oczywiście musiałem je opuścić. Tom miał dziewięć lat, kiedy umarłem, a Sarah siedem. Miała jasne włosy, jak jej matka.
Bill uśmiechnął się nieznacznie; był to uśmiech, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam na jego twarzy. Wyglądał całkiem ludzko. To było jak patrzenie na inną istotę siedzącą w mojej kuchni, niepodobną do osoby, z którą z taką namiętnością kochałam się niecałą godzinę temu.
Wzięłam chusteczkę higieniczną i wytarłam nią twarz. Bill też płakał, więc podałam jedną i jemu. Spojrzał na nią ze zdziwieniem, jakby spodziewał się czegoś innego – może bawełnianej chusteczki z monogramem. Otarł policzki chusteczką, która przybrała czerwonawy odcień.
– Nigdy nie sprawdzałem, co się z nimi działo – powiedział z zastanowieniem. – Gwałtownie się odciąłem. Nigdy nie wróciłem, oczywiście, póki istniała szansa, że ktoś z nich będzie nadal żył. To by było zbyt okrutne.
Zaczął czytać dół strony.
– Jessie Compton, od którego dostałem dom, był ostatnim moim potomkiem w linii prostej – powiedział. – Linia mojej matki też wygasła, tylko ostatni Loudermilkowie są ze mną spokrewnieni. Ale Jessie był potomkiem mojego syna Toma. A moja córka Sarah wyszła za mąż w 1881. Miała dziecko w… Sarah miała dziecko! Miała czwórkę dzieci! Ale jedno z nich urodziło się martwe.
Nie mogłam nawet spojrzeć na Billa. Zamiast tego, utkwiłam wzrok w oknie. Zaczęło padać. Babcia kochała blaszane dachy, więc kiedy trzeba go było wymienić, kupiliśmy podobny. Bębnienie deszczu o dach było najbardziej relaksującym dźwiękiem, jaki mogłam sobie wyobrazić. Ale nie tej nocy.
– Spójrz, Sookie – powiedział Bill, wskazując coś. – Spójrz! Córka mojej Sarah, nazwana Caroline, po babce, wyszła za swojego kuzyna, Matthew Philipsa Hollidaya. A jej drugim dzieckiem była Caroline Holliday.
Jego twarz zdawała się promienieć.
– Więc pani Bellefleur jest twoją prawnuczką?
– Tak – potwierdził z niedowierzaniem.
– Więc Andy – kontynuowałam, zanim zdążyłam pomyśleć nad tym, co mówię – jest twoim, ach, prapraprawnukiem. I Portia…
– Tak – potwierdził, mniej uradowany.
Nie miałam pojęcia, co powiedzieć, więc tym razem milczałam. Po jakiejś minucie uznałam, że być może Bill wolałby zostać sam, więc próbowałam wyminąć go i wyjść z niewielkiej kuchni.
– Czego oni potrzebują? – zapytał, chwytając mnie za nadgarstek.
Okej.
– Potrzebują pieniędzy – odpowiedziałam natychmiast. – Nie możesz im pomóc w problemach osobistych, ale brakuje im pieniędzy. Pani Bellefleur nie sprzeda tego domu, chociaż pożera każdy grosz.
– Czy ona jest dumna?
– Myślę, że to było słychać już w tej wiadomości, którą mi nagrała. Gdyby na drugie imię nie dano jej Holliday, to powinno ono brzmieć „Duma”. – Zerknęłam na Billa. – To u niej chyba naturalne.
To dziwne, ale teraz, kiedy Bill wiedział, że może coś zrobić dla swoich potomków, zdawał się czuć dużo lepiej. Wiedziałam, że przez najbliższych kilka dni będzie wspominał i nie mogłam mieć mu tego za złe. Ale gdyby zdecydował na stałe ingerować w finanse Portii i Andy’ego, mógłby to być problem.